Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Opowiadania, tłumaczenia, grafiki itd

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 15 Sty 2016, 01:06

Zarwana nocka, ale było warto :) Ponownie nie dopatrzyłem się błędów, trzymaj tak dalej.
Niestety kolejny raz dostałem więcej pytań niż odpowiedzi. Jestem ciekaw ile z nich kiedykolwiek wyjaśnisz.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 15 Sty 2016, 11:07

Ja też mam z tym problem, ale zobaczymy.
c.d. XV.
Zerwali się z miejsc i pobiegli na dół do pozostawionego w lesie łazika. Kilka minut później byli na autostradzie. Samochód nagrzał się wewnątrz, więc nie zamykali okienek. Powiewy wiatru wpadały do kabiny szarpiąc Angie za luźne włosy. Toteż zaraz wyciągnęła grzebyk i z wprawą uczesała się w kitkę.
– Angie, – odezwał się parę kilometrów dalej – czy ja się wreszcie dowiem, co przegrałem?
– Ach, zapomniałam! Niestety jeszcze nic nie wymyśliłam. Musisz być cierpliwy.
– Jestem, ale chciałbym jednak wiedzieć. – przyhamował, bo przed nimi wyprzedzały się jakieś dwie wielkie ciężarówki. Zajęły oba pasy ruchu.
– Dowiesz się, ale nie dziś. Wiesz, że jestem wredna?
– Nie wiem.
– Nie szkodzi. Mogę ci tylko obiecać, że nie będę okrutna!
– Tak już lepiej. – jej powiedzonko tak do niego przylgnęło, że używał go teraz częściej, niż ona. Zawsze powodowało wybuch śmiechu, teraz też.
Przed wieczorem ruch na autostradzie nie był duży. Gdy dziesięć minut przed ósmą zbliżali się już do pierwszych zabudowań miasta, Kevin spytał:
– No i jak? Namyśliłaś się co do mojego zaproszenia?
– No ... nie wiem. Czy to wypada?
– Pewnie, że wypada!
– No to zgoda, ale prośba: na krótko i potem, jeśli możesz, odwieź mnie do domu.
– Załatwione!
– Wiesz, – dodała po chwili jakby dla usprawiedliwienia – Muszę się przygotować. Na czwartek ... no i na piątek, do wyjazdu. Jeszcze dziś wieczorem muszę zadzwonić do ojca.
Zjechali właśnie z głównej trasy przelotowej i skręcili na drogę do osiedla Kevina. Angie sięgnęła za siebie po kurtkę. W niebieskim, nieco wytartym dżinsie, idealnie pasującym kolorem do jej oczu, wyglądała cudownie. Nawet tajemniczy znak, wyhaftowany nad kieszonką, dodawał jej uroku i tajemniczości. Niezapięte połówki kurtki rozchylały się obiecująco na boki.
Przed dom zajechał z fasonem, zatrzymując łazik przed gankiem. Od razu dojrzał matkę. W starych dżinsach i rozciągniętej koszulce porządkowała coś na kwiatowej rabatce wzdłuż ogrodzenia. Nie zwróciła większej uwagi na samochód, dopiero gdy oboje wysiedli, znieruchomiała odkładając grabie na ziemię.
– Mówiłam, że to nie najlepszy pomysł ... – szepnęła Angie do ucha Kevinowi.
– Nie jest źle, nie pękaj! – odparł nadrabiając wyraźnie miną.
Podeszli do matki, która wydostała się z rabatki i wycierała ubrudzoną rękę w podkoszulkę.
– Cześć mamo, poznaj moją ... koleżankę z pracy.
– Dobry wieczór, jestem Angie. – dokończyła prezentacji.
– Witaj w naszym domu. – kobiety przywitały się – Kevin, czemu nas nie uprzedziłeś? Nie grzebałabym teraz w ziemi.
– Tak jakoś wyszło, niespodziewanie.
– Nie szkodzi. Zapraszam do środka.
– Proszę sobie nie przeszkadzać. – Angie była jednak nadal skrępowana niezręczną sytuacją.
– Już wieczór, – matka uśmiechnęła się – robi się ciemno, a ja po zmroku prawie nic nie widzę. Kevin, pewnie chciałbyś pokazać pani swój pokój.
– No, tak ... chciałbym.
– No to idźcie na górę, a ja za kwadrans zapraszam was na herbatę.
– Ale proszę się nie fatygować. Ja tylko na chwilę. – próbowała się tłumaczyć.
– Żaden kłopot, jedno miejsce przy stole więcej zawsze się znajdzie
– A gdzie tato? – spytał Kevin.
– Coś tam jeszcze robi za domem. Zaraz kończy.
Weszli po schodkach do ganku, a stamtąd do holu.
– Tędy. – wskazał jej wejście na stryszek.
Pozwoliła się wpuścić pierwsza na schody i pierwsza weszła na górę. Stanęła na podeście nie wiedząc gdzie dalej.
– To tutaj! – Kevin otworzył szeroko drzwi swego pokoju. – Bardzo proszę! – przekręcił wyłącznik głównego oświetlenia.
Angie rozejrzała się szybko po ciasnawym wnętrzu, zastawionym książkami, albumami, skryptami i płytami. Wszystko było równo poukładane na dwóch szeregach półek i wnęk. Prawie połowa przestrzeni życiowej pokoju zajęta była przez rozmaite wydawnictwa, traktujące głównie o sztuce. Reszta, to jest biureczko, łóżko i dwa krzesła, musiała zadowolić się pozostałą powierzchnią. Wolnego miejsca nie pozostawało wiele.
Kevin zapalił boczny reflektorek, który oświetlił ścianę wraz z oprawioną w ramki fotografią z gazety.
– Ooo! – zdumiała się dziewczyna – nie spodziewałam się tego, a już na pewno nie w takich honorach! – podeszła do biurka i przyjrzała się kawałkowi gazety, wyprasowanemu i oprawionemu starannie w szkło. – Że też chciało ci się tak z nim bawić.
– Nie zmuszałem się.
Spojrzała zagadkowo za mówiącego.
Nagle coś sobie uświadomił!
– Angie, nie potrzebujesz przypadkiem łazienki?
– Oj, i to bardzo!
– Chodź, pokażę ci.
Czekając na nią szybko wyciągnął z plecaka aparat. Musi uwiecznić jej pierwszą wizytę u niego. Może to będzie także i ostatnia?
Gdy wróciła po dłuższej chwili powiedział ze skruchą.
– Przepraszam, zapomniałem dać ci ręcznik.
– Nie szkodzi, skorzystałam z twojego.
Dotarło to do niego z opóźnieniem!
– Jak ... jak odróżniłaś mój ręcznik od młodego?
W odpowiedzi dotknęła palcem nieco zadartego noska.
– Po zapachu?
Skinęła potwierdzająco.
Patrzył na nią z niedowierzaniem nie wiedząc, czy mówi prawdę, czy się wygłupia.
– Bez przesady, Kevin! – roześmiała się – Psiego węchu to ja nie mam, za to twój ręcznik tak pachniał twoją wodą kolońską, że nie sposób było się pomylić!
– No tak ... ale może gdzieś sobie usiądziesz? – wskazał krzesło przy biurku.
– A mogę obejrzeć twoje książki?
– Jasne!
Wspólnie zwiedzali świat jego książek, po którym Kevin okazał się świetnym przewodnikiem, a Angie bystrą słuchaczką. Na koniec wskazała mu jeden z tytułów:
– „Fale cywilizacji”? – odczytała z grzbietu. – O co tu chodzi?
– To pewna mało popularna teoria, mówiąca, że cywilizacja na ziemi nie jest zjawiskiem jednorazowym, lecz powtarza się co pewien nieokreślony odstęp czasu. Przerwy między nimi są tak długie, że nie zachowują się prawie żadne dowody, potwierdzające istnienie tych poprzednich.
– Prawie?
– No właśnie! Są pewne przedmioty, których pochodzenie nie sposób wyjaśnić, ale nauka nie jest skora uznać je za twory z poprzednich cywilizacji. Już prędzej przypisano by je ingerencji obcych! Wiesz, jak to jest, „brak niezaprzeczalnych dowodów”. A co, może twórca miał się na nich podpisać i sygnować: rok XXXX, fala YY? I to nie wiem, czy by ich przekonało!
– Pamiętasz, jak mówiłam ci o „ognistej kuszy” Jenifer?
– Pamiętam bardzo dobrze. To też należy do takich właśnie zagadek.
– Niestety, karabinek Jeny nie zachował się, ale ja chyba wiem, gdzie został ukryty.
– Gdzie?! – Kevin aż podskoczył na tę wiadomość.
– W tunelach pod górami Elgardzkimi.
– Jakimi górami? – nie załapał.
– No, tymi na północy. Przyzwyczaiłam się do tej dawnej nazwy. – uśmiechnęła się – Wejścia do nich z czasem uległy zawaleniu, ale na pewno wewnątrz gór coś pozostało.
– I myślisz, że mogło przetrwać do naszych czasów?
– Mogło. Trzeba by tylko poszukać.
– To czemu jeszcze nikt się tego nie podjął?
– To nie takie proste. Jaskiń i pieczar jest tam bez liku.
Kroki na schodach i pukanie do drzwi przerwało im rozmowę w najważniejszym momencie.
– Pogadamy o tym jeszcze. – rzekł szybko – a głośno dodał – Proszę!
Do pokoju zajrzał Młody.
– Kevin, gdzie masz ... o, przepraszam. – teraz dopiero się zorientował, że brat nie jest sam.
– Nie szkodzi. Wejdź Sebastian, poznaj Angie.
Chłopak uścisnął podaną mu dłoń i omiótł ciekawskim wzrokiem sylwetkę dziewczyny.
– Z widzenia chyba się już znamy. – zerknął wymownie na oświetloną reflektorkiem ścianę.
– Miło mi. – Angie uśmiechnęła się do niego swym najuprzejmiejszym uśmiechem. – Ale tamto, to już stara historia.
– Chyba nie tak bardzo. Nic się nie zmieniłaś.
– Buszowałeś po moim pokoju! – warknął Kevin.
– Sory. Chciałem tylko pożyczyć tę ostatnią składankę. Tę, którą kupiłeś w poprzednią niedzielę. Nie leżała na wierzchu.
– Jest w odtwarzaczu.
– Mogę?
– Jasne, tylko oddaj!
– Dzięki i przepraszam. – Sebastian znikł za drzwiami.
– Sympatyczny ten twój brat. – Angie wciąż się uśmiechała.
– Jeszcze go nie znasz, to duży dzieciuch.
W tej chwili z dołu dobiegło wołanie matki.
– Chodźmy. – Kevin zerwał się z łóżka
– Może jednak ... – Angie zawahała się – może odwieź mnie do domu. Nie chcę sprawiać kłopotów.
– Przestań, mama pogniewałaby się na mnie i na ciebie. Zaczekaj! Posiedź jeszcze przy biurku. – powstrzymał ją sięgając po aparat.
Zrobił szybko kilka ujęć Angie na tle pokoju i oprawionego wycinka. Brzęczenie silniczka oznajmiło koniec kliszy. Postawił aparat na półce.
Zeszli na dół. Pierwszą osobą, którą tam spotkali, był ojciec.
– Tato, poznaj moją koleżankę z pracy.
– Angela Davies. – przedstawiła się podając rękę.
– Witam panią – ojciec uśmiechnął się szeroko. – Bardzo miło poznać osobę, z którą mój syn spędza ostatnio całe dnie!
Angie zarumieniła się lekko, bo nie tylko dnie wchodziły tu w rachubę, choć nie w tym sensie, jak rozumiano to zazwyczaj. Opanowała się szybko.
– Mnie również miło poznać ojca mojego najlepszego przyjaciela. – zabrzmiało to bardzo poważnie – Nie chciałam państwu sprawiać kłopotów taką niespodziewaną wizytą, ale Kevin zatrzymał mnie siłą.
– I dobrze zrobił. U nas rzadko bywają goście.
– Siłą? – zdziwił się Sebastian, który akurat zjawił się obok – To by się mu raczej nie udało! – zachichotał.
– Nie rozumiem?
– Angie jest karateką! – pochwalił się wiedzą.
– To prawda?
– Tak się złożyło, że od dziecka szkolę się w tej dziedzinie. – wyjaśniła spokojnie. Z jej miny Kevin wywnioskował, że wolałaby ten temat zostawić na później.
– Wygrała turniej wszech wag!
– No to gratuluję! – jego entuzjazm udzielił się także ojcu.
– Dziękuję, ale to było już dawno, pięć lat temu!
– Nie szkodzi, sukces jest zawsze sukcesem. Ale, Kevin wspominał, że znacie się z pracy. Pani pracuje gdzieś na budowie?
– Tak, na różnych.
– Angie jest operatorem ciężkiego sprzętu. – Kevin pośpieszył z wyjaśnieniem – Koparki, spychacze itp.
– To chyba niewiele ma pani tam koleżanek?
– Zgadł pan, żadnej!
Wszyscy roześmiali się głośno. W tej chwili do pokoju weszła mama z wielką michą makaronu.
– Lubisz spagetti? – spytał Kevin szeptem.
– Uwielbiam. Nie zdążyłam ci jeszcze zrobić.
– Nie szkodzi. Zamawiam następnym razem.
Skinęła głową puszczając mu oko.
– Proszę do stołu! – matka postawiła parującą miskę pomiędzy pięcioma nakryciami, czekającymi na śnieżnobiałym obrusie.
Ojciec pełniąc obowiązki gospodarza pousadzał wszystkich. Angie znalazła się po jego prawej ręce, pomiędzy nim i Kevinem.
– Proszę, najpierw pani. – ojciec podsunął jej miskę.
Angie odczekała, aż wszyscy nałożą sobie makaron i powiedziała.
– Mam do was prośbę. Proszę mówić mi po imieniu, będzie mi miło.
– Bardzo chętnie, Angelo. – rzekł ojciec.
– Angie. – sprostowała.
– Oczywiście, Angie.
Podczas kolacji ojciec zdominował wszystkich opowiadając ze szczegółami o swoich sukcesach w uprawie różnych ozdobnych roślinek na poletku za domem. Dopiero, gdy znikło spaghetti, a na stole pojawiło się ciasto i herbata zwrócił się do gościa.
– No, ale dość o mnie. Powiedz nam, Angie, coś o sobie. Zdobyłaś mistrzostwo w tak prestiżowym turnieju, a mimo to nadal pracujesz w takim, trochę nietypowym jak na kobietę, fachu?
– To mój zawód. Skończyłam technikum budowlane z tą właśnie specjalnością. Ale nie zerwałam kontaktu ze sportem. Obecnie wspólnie z kolegą prowadzimy szkółkę dla młodzieży i dorosłych. Kiedyś też trochę tańczyłam...
– Gdzie? – zainteresował się ojciec.
– W międzyszkolnym zespole form nowoczesnych. Nazywał się Modern. Obecnie już nie istnieje.
– Dodaj, że byłaś solistką. – wtrącił Kevin.
– Ty to powiedziałeś. – wytknęła mu znów się rumieniąc.
– To ja już teraz rozumiem, skąd u ciebie taka doskonała figura!
W pokoju było ciepło i chwilę wcześniej Angie zdjęła kurtkę prezentując się wszystkim w obcisłej bluzce, podkreślającej oprócz „przodu” także brak czegokolwiek pod spodem oraz piękny kolor opalonych ramion z delikatnym rysunkiem mięśni pod aksamitną skórą.
Teraz słysząc komplement zarumieniła się jeszcze mocniej.
– Te ćwiczenia są często bardzo forsowne.
– Wyobrażam sobie, jak większość sportów. Poza może szachami i bridżem. – wszyscy roześmiali się. – Kevin nie dał się zmobilizować do żadnego, jest za leniwy.
– Dlaczego? – zaprotestowała z przekonaniem – Świetnie pływa, sama widziałam!
– Możliwe, ale gdy ma wolne trudno go wygonić spośród książek. A twoi rodzice, Angie? Mieszkają tu w mieście? – ojciec kontynuował „przesłuchanie”.
– Nie. Mama nie żyje, a tato ożenił się powtórnie i wyjechał na zachodnie wybrzeże. Ja zostałam tu, sama. Mieszkam na „Wichrowym Wzgórzu”.
Ojciec stropił się nieco, bo nie spodziewał się takiej odpowiedzi i zanim znów się odezwał, wtrąciła się mama.
– Andrew, może przestałbyś męczyć naszego gościa?
– Ależ nie! – zaprotestowała Angie – wcale mnie to nie przeszkadza.
– No to jeśli pozwolisz, jeszcze tylko jedno pytanie ...
– Bardzo proszę.
– Zaintrygowało mnie twoje rodowe nazwisko. Kilka lat temu nasze biuro robiło większy projekt do budowy centrum kultury. Kierownikiem całej inwestycji był Edward Davies. Czy to może ktoś z twojej rodziny?
– Tak. To mój ojciec.
Odpowiedź zaskoczyła nie tylko ojca, ale wszystkich, łącznie z Kevinem. Słyszał wtedy wielokrotnie o Edwardzie Davies, była to dość znana postać ze świata interesu.
– Milena ma rację, – rzekł ojciec – nie będę cię więcej indagować, ale przy następnej okazji chętnie porozmawiałbym z tobą na ten temat.
– Nie ma sprawy. – Angie zerknęła na Kevina z niemą prośbą w oczach. Pojął w lot.
– Właśnie w piątek Angie jedzie na weekend do ojca i ma jeszcze sporo przygotowań.
– Jeśli tak, to trudno. Kevin, odwieziesz naszego gościa?
– Pod tym warunkiem zgodziła się przyjść dziś do nas.
– Miło było cię poznać i porozmawiać. – ojciec powstał od stołu. – zapraszam ponownie, kiedy tylko będziesz miała ochotę pogadać ze starym nudziarzem.
– Proszę tak nie mówić! Wcale nie myślę o tym w ten sposób! Naprawdę! – dodała widząc niedowierzanie w jego oczach.
– Wierzę ci. – powiedział całując ją w rękę na pożegnanie.
Wyszli przed dom. Zapadła już noc, a mimo to uliczne lampy jeszcze nie świeciły. Wyglądało to na jakąś większą awarię, bo ciemno było na całym osiedlu.
– Sebastian, – rzekł ojciec – zapal światło przed gankiem.
Lecz zanim chłopak spełnił prośbę, Angie jak gdyby nigdy nic, zeszła w zupełnych ciemnościach po całkiem nieznanych sobie schodkach, w dodatku poprawiając przy tym włożoną właśnie kurtkę!
Zaskoczona nagłym zapaleniem się halogenowej lampy odwróciła się do pozostałych stojących na ganku z przepraszającym uśmiechem. Kevin widział przestrach w jej oczach, ale udał oczywiście, że nie stało się nic nadzwyczajnego.
Gdy czerwone światełka samochodu znikły za zakrętem, ojciec odezwał się szeptem do żony:
– Coś mi mówi, Milenko, że dziś poznaliśmy ... naszą przyszłą synową.
– Co ty mówisz? – zdumiała się.
– A tak. To trochę tajemnicza osoba, ale z charakterem. I bardzo inteligentna, mimo, że nie ma studiów.
– Jest chyba trochę starsza od Kevina.
– Możliwe. On dotąd interesował się samymi młódkami. Chyba dobrze się stało, że się zaprzyjaźnili ze sobą. Dziewczyna jest bardzo ładna, ale nie jak lalka i ma coś szlachetnego w rysach. I jest odpowiedzialna. A takiej mu trzeba! – położył jej rękę na ramieniu – Nasz syn dorósł, Milenko. A to mnie tylko cieszy! – uśmiechnął się do swoich myśli wchodząc po schodkach do domu.

– Trochę inaczej wyobrażałam sobie twojego ojca. – powiedziała Angie gdy wyjechali z osiedlowej uliczki na główną trasę.
– A jak? – spytał zaciekawiony.
– Przypuszczałam, że jest bardziej ... nieprzystępny.
– A co, ja taki jestem?
– Nie, skąd! Tak jakoś ... mi się wydawało. Tymczasem szybko znalazłabym z nim wspólny język. Jest bardzo sympatyczny.
– Tak, zwłaszcza gdy nie zanudza wszystkich swoją działką!
– Ja go rozumiem. Gdy ktoś cały dzień widzi tylko papiery, projekty, rysunki, to później z radością popatrzy na coś innego. Lubię, gdy ktoś robi coś z takim zaangażowaniem. Widać, że raduje go każda roślinka, która mu tam wyrośnie.
– Ja nigdy nie miałem serca do dłubania w ziemi.
– Ja także nie. Zresztą, nie miałam po temu okazji. Nigdy nie mieliśmy żadnego kawałka własnej ziemi. Może teraz, gdy ojciec kupił ten dom nad oceanem, coś się zmieni?
– Jak się umówimy? – spytał Kevin gdy już zjeżdżali na drogę osiedlową.
– Jutro mam cały dzień zajęty. Praca, szkółka, a potem muszę się przygotować na czwartek i do wyjazdu. Zejdzie mi z tym do wieczora. Z opatem jestem umówiona na osiemnastą. Będziesz miał jeszcze samochód?
– Oczywiście.
– No to przyjedź zaraz po obiedzie.
– Dobra. A gdzie jest to, co mamy tam zawieźć?
– W piwnicy. Przywiozłam okazją, jeszcze w zeszłym tygodniu.
Kevinowi niespodziewanie przebiegł dreszcz po plecach. Nie bał się nigdy zmarłych ani tego, co po nich zostawało. Jednak to, z czym miał teraz do czynienia, związane było z takimi tajemnicami i niezwykłymi siłami, że nie mógł myśleć o tym bez lęku. Jak to dobrze, że już niebawem wszystko to znajdzie się na swoim miejscu.
Podjechali pod klatkę.
– Dzięki, Kevin, za wycieczkę i że ... że mnie zabrałeś do swego domu. Teraz przynajmniej o twoich rodzicach i bracie nie będę myśleć, jak o ludziach bez twarzy.
– A myślałaś o nich?
– Czasami.
– Chyba zacznę być zazdrosny!
– Nie masz powodów. No, do zobaczenia we czwartek. Czekam!
Przechyliła się na drugą stronę kabiny i pocałowała go w usta, krótko i mocno. Jak zwykle. Zaczekał, aż wejdzie do klatki obserwując ją w bocznym lusterku. Obejrzała się i pomachała mu ręką domyślając się, że ją widzi. Mignął jej światłami. Znikła w klatce, w charakterystyczny sposób przytrzymując stopą drzwi, żeby nie trzasnęły.
Ruszył do wyjazdu. Skręcił w uliczkę i nagle poczuł jakiś ucisk w prawej kieszeni dżinsów. Pomacał, były to klucze od jej mieszkania. Pomyślał, że teraz może tam wejść w każdej chwili, nawet teraz, ale też, że na pewno tego nie zrobi!
Magiczna data czwartku przybliżyła się o jeden dzień.
c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 16 Sty 2016, 16:55

sikorek48 napisał(a):– Pamiętasz, jak mówiłam ci o „ognistej kuszy” Jenifer?
– Pamiętam bardzo dobrze. To też należy do takich właśnie zagadek.
– Niestety, karabinek Jeny nie zachował się, ale ja chyba wiem, gdzie został ukryty.
– Gdzie?! – Kevin aż podskoczył na tę wiadomość.
– W tunelach pod górami Elgardzkimi.
– Jakimi górami? – nie załapał.
– No, tymi na północy. Przyzwyczaiłam się do tej dawnej nazwy. – uśmiechnęła się – Wejścia do nich z czasem uległy zawaleniu, ale na pewno wewnątrz gór coś pozostało.
– I myślisz, że mogło przetrwać do naszych czasów?
– Mogło. Trzeba by tylko poszukać.
– To czemu jeszcze nikt się tego nie podjął?
– To nie takie proste. Jaskiń i pieczar jest tam bez liku.
A ja wciąż mam nadzieję :J

Przy okazji, czy klasztor z wielką księgą przetrwał? Jeśli tak, to jak daleko się on znajduje?
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 16 Sty 2016, 21:29

Klasztor z wielką księgą chyba nie przetrwał, ale gdyby, to byłby gdzieś dalej na południe (za Ilgenordem).
Sprawa tuneli pod górami pozostaje otwarta, można by kiedyś do tego wrócić. Na razie nie przewiduję.
c.d.
Rozdział XVI.
W środę po pracy Kevin zabrał się ostro do roboty wokół domu. Na nic zdały się protesty matki, że przecież ma wakacje i powinien odpocząć. Razem z Sebastianem karczowali chwasty za domem przygotowując ojcu nowe poletko „doświadczalne”.
Wczorajsza wizyta Angie, chociaż krótka, pozostawiła jednak spore wrażenie wśród domowników. Niby się nie odzywali wiele na ten temat, ale mama zauważyła, że następnym razem wolałaby wiedzieć wcześniej o planowanej wizycie. Szczęśliwie wczoraj miała akurat co podać.
Sebastian natomiast zerkał na brata jakoś niespokojnie i podejrzanie nie dogadywał mu, jak zawsze to robił. Raz tylko powiedział coś w rodzaju: „Ta twoja nowa dziewczyna jest świetna. Gdzie takich szukać?” Kevin puścił tę uwagę mimo uszu.
We czwartek do pracy pojechał samochodem. Nie chciał tracić czasu na wystawanie po przystankach. Na budowie od wczoraj zaczął się montaż płyt stropowych piwnic. Transportów już nie rozładowywano, ale Kevin nadal pracował pod dźwigiem. Tym razem sam, bo Tao układał płyty na stropie.
W przerwie na śniadanie do baraku zajrzała asystentka Calaghana z wiadomością:
– Pan Kevin Holm! Telefon do pana w biurze! – zawołała i natychmiast znikła.
Poleciał jak wicher z niepokojem w sercu podejrzewając najgorsze nieszczęścia. Wczoraj nie dodzwonił się do niej i był niespokojny.
– Cześć, to ja. – spokój w jej głosie udzielił mu się natychmiast.
– Stało się coś? – spytał dla pewności.
– Nie, nic. Chciałam tylko spytać, czy pamiętasz ...?
– Chyba mnie nie podejrzewasz o tak kurzą pamięć?!
– Nie.
– Trochę się wystraszyłem.
– Przepraszam. Naprawdę. Chciałam ... usłyszeć twój głos ... – zająknęła się – I mam prośbę. Przyjedź jak najwcześniej.
– Mam tu łazik. Będę o czwartej.
– Jak najwcześniej, dobrze? – jej głos stał się jeszcze bardziej miękki, jakby zalękniony.
– Postaram się.
– No to ... do zobaczenia, Kevin.
– Na razie, Angie. – dziwnie drżącą ręką odłożył słuchawkę.
Telefon zaniepokoił go. Skoro nic się nie stało, to czemu ona jest jakaś ... jakby przestraszona? Postanowił naprawdę się pośpieszyć.
Około południa na placu budowy rozpętało się piekło. Martinez chodził wokół składu płyt, liczył je po kilka razy myląc się i klnąc na czym świat stoi. Calaghan natomiast biegał od biura do magazynu i z powrotem, wściekły, aż czerwony. Kevin nie pytał o nic, bo pewnie i jemu by się oberwało. Sprawa wyjaśniła się niebawem. Zapas płyt wystarczał najdalej do piątku. Na poniedziałek nie powinno zostać ani jednej. Tymczasem kolejna dostawa miała być dopiero we wtorek. Jeden dzień wypadał z harmonogramu.
Kevin nie przejął się tym zbytnio, miał ważniejsze sprawy. Wychodząc przed piętnastą do domu słyszał tylko, jak Martinez wrzeszczał do telefonu, że ma to w dupie i od poniedziałku puszcza ludzi na wolne. Czyżby więc weekend miał się przedłużyć jeszcze na poniedziałek?
Do domu Kevin wpadł jak po ogień. Przebrał się, złapał kasetę wyjętą z aparatu i zbiegł na dół, gdzie w ciągu 5-ciu minut wchłonął posiłek.
– Znów się śpieszysz? – zaniepokoiła się mama.
– Tak, jestem umówiony z Angie. Ona potrzebuje mojej pomocy w pewnej ważnej sprawie.
– No to leć, leć. Kiedy wrócisz?
– Nie wiem, mamo, nie czekajcie na mnie. To może potrwać.
– Napij się jeszcze czegoś! – zawołała za nim, ale jego już nie było. Dobiegł ją tylko trzask drzwiczek wozu i odgłos uruchamianego silnika.
Pod blok na Wichrowym Wzgórzu podjechał za 10 czwarta. Otworzył sobie drzwi wejściowe jej kluczem i pobiegł na piętro. Trzy kroki przed jej drzwiami usłyszał trzask zamka! Udając, że niż nie zauważył, zapukał.
– Chodź, chodź! – dobiegło go ze środka.
Zamknął za sobą drzwi. Angie siedziała na środku pokoju po turecku wśród rozmaitych ciuchów, porozkładanych wokół niej. Podniosła się ciężko i podeszła do niego.
– Jak dobrze, że już jesteś ... – zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego ufnie. Owionął go zapach orchidei. Przy twarzy miał jej nagie ramię, gorące i wilgotne. Najpierw przytulił do niego swój policzek, a potem pocałował aksamitną, delikatną skórę. Nigdy przedtem nie przypuszczał, że w tak prozaicznym momencie można doznać tak silnych odczuć. To było coś więcej niż doświadczał dawniej, będąc z kimś innym!
Ona też musiała poczuć coś podobnego, bo przez całe ciało przebiegł jej dreszcz. Odsunęła się na bezpieczną odległość. Teraz dopiero zauważył, że była ubrana w te same powypychane dżinsy i rozciągniętego T-shirta, które nosiła do pracy.
– Wybacz, nie przebrałam się jeszcze, ale ... jestem dziś trochę rozkojarzona. Czuj się jak u siebie. – dodała klękając znów wśród ciuchów.
Przyszła Casie prosząc o powitalne pieszczoty. Dostała ich zaliczkę.
– Spakowałam torbę na jutrzejszy wyjazd, ale nie wiem, czy zabrałam wszystko. – tłumaczyła się przekładając ułożone w kostkę ubrania. – Pomożesz mi to pochować?
Podawał jej stosiki, a ona układała je na odsłoniętych półkach regału. We dwoje poszło im szybko.
– No, dzięki. – uśmiechnęła się pomagając mu podnieść się – Sama grzebałabym się z tym jeszcze z godzinę. Teraz możemy się za to czegoś napić. Chcesz kawę?
Chciał, więc poszła do kuchni.
Teraz dopiero zauważył zmianę w wystroju jej pokoju. Znikły obydwa zabytkowe miecze ze ściany obok wojownika! Na tym miejscu Angie powiesiła jakąś chyba niezbyt ambitną atrapę miecza samurajskiego.
Gdy wróciła z kawą i ciastkami, Kevin spytał.
– Co się stało z twoimi mieczami?
W odpowiedzi wskazała mu wzrokiem podłużną torbę pod ścianą.
– Zabieramy je do opactwa. Będą nam potrzebne. Wiesz, umówiłam się z opatem, że przed szóstą otworzy nam starą bramę w murze od strony bagien. Wjedziemy tamtędy wprost na teren klasztoru i nie będziemy musieli taskać naszego znaleziska przez całe miasto. Dojazd do tej bramy jest rzadko używany, ale dla naszego pojazdu to chyba nie jest problem?
– Sama wiesz, co potrafi.
Angie była wyraźnie spięta i podenerwowana tak, jak nigdy dotąd nie było mu dane zobaczyć. Nawet dłoń trzymająca filiżankę, drżała jej dostrzegalnie.
– Denerwujesz się...?
– Tak, nawet nie wiesz, jak wiele zależy od dzisiejszego wieczoru. To zmieni całe moje dotychczasowe życie. – wyznała.
– A czy ... czy chcesz tego? Na pewno?
Spojrzała mu w oczy.
– Tak, Kevin, chcę i to bardzo. Już się zdecydowałam i tylko ... boję się, że coś pójdzie nie tak i może się nie udać.
– Chodź, usiądź tu obok mnie.
Przefrunęła na kanapę jak mały, przestraszony ptaszek. Kevin otoczył ją ramieniem jakby chcąc przekazać jej trochę własnego spokoju i nadziei.
– Będę tam z tobą. Niewiele z tego rozumiem i niewiele będę mógł ci pomóc, ale możesz na mnie liczyć. – przyciągną ją ku sobie, a ona przytuliła się ufnie do jego boku.
– Jesteś moim ... przyjacielem ... najlepszym. – wyszeptała.
Siedzieli tak nieruchomo jakiś czas zatopieni we własnych myślach. Jasne światło dnia wpadało przez okna wraz z powiewem chłodnego powietrza.
W końcu Kevin zerknął ukradkiem na zegar. W pół do piątej.
– Angie, – rzekł cicho jakby bojąc się ją obudzić – na nas chyba już pora.
Znów poczuł drżenie w jej ciele.
– Na dobre samopoczucie nie ma jak długa i ciepła kąpiel. Wskakuj pod prysznic!
– Tak myślisz? Nie próbowałam.
– Zobaczysz, pomoże.
Nie ruszyła się jednak nadal przytulając się do niego.
– Mam cię tam zaprowadzić? – spytał, a widząc dalszy brak reakcji wstał podnosząc ją za sobą. Teraz wydała mu się małym zagubionym stworzeniem, na które czaiło się jakieś wielkie, nieznane niebezpieczeństwo.
– Chodź. – poprowadził ją potulną w stronę łazienki.
Zapalił światło i wciągnął ją do środka. Odwrócił ją do siebie, ale ona stała nadal nieruchomo na środku wzorzystej posadzki.
– No, ściągaj te zakurzone ciuchy! – zakomenderował, a widząc że nie zabiera się do tego, kucnął i po kolei ściągnął jej klapki i skarpetki. Potem rozpiął jej klamrę od paska i rozsunął zamek.
– Z resztą musisz poradzić sobie sama. – stwierdził i wycofał się do przedpokoju zamykając za sobą drzwi.
Po chwili szum wody oznajmił, że sprawy poszły do przodu.
Jemu także udzielił się jej niepokój. Podświadomie obawiał się tego, co ją tam czekało, a pośrednio także i jego. Sam włączył się w te wydarzenia, to była jego świadoma decyzja i teraz nie wycofałby się już za żadne skarby. Lęk potęgował fakt, że tak naprawdę nie wiedział, co Angie zamierza i jakie mogą być tego konsekwencje. Ale skoro taka dziewczyna jak Angie, która bez mrugnięcia okiem stawała naprzeciw bandy chuliganów, teraz odczuwała obawę, to zagrożenie musiało być realne.
Szum wody w łazience ucichł, a jemu serce gwałtownie podskoczyło do góry. Decydujący czas się zbliżał.
Dokładnie za kwadrans piąta Angie wyłoniła się z łazienki kompletnie ubrana w piaskowe spodnie i szeroką, koszulową bluzkę, białą z niebieskimi wszywkami. Mokre włosy lepiły jej się do głowy i ramion. Zabieg chyba niewiele poprawił jej stan psychiczny, w niebieskich, rozszerzonych oczach nie było wszechobecnych wesołych iskierek.
– Usiądź tutaj. – podsunął jej fotel, a sam poszedł do łazienki. Wrócił z grzebykiem i ręcznikiem.
– To moje zajęcie. – powiedział i zaczął rozczesywał złote pasma i dosuszać je. Poddawała się tej czynności bez sprzeciwów, zauważył, że chyba sprawia jej to przyjemność. Podobnie jak i jemu.
– No dobra, wystarczy. – wstała i znanym ruchem głowy rozrzuciła wilgotne jeszcze pasemka wokół ramion i pleców.
– Dzięki, to także mi pomogło.
– Mogę częściej. – zaoferował się, ale ona była myślami już gdzie indziej,
– Kevin ... – zaczęła i zawahała się – słuchaj ... muszę ci coś powiedzieć, a właściwie pokazać.
Podprowadziła go do sekretarzyka pod wojownikiem i wyciągnęła jedną z szufladek. Na wierzchu były dwie podłużne koperty. Wyjęła je.
– Posłuchaj, gdyby tam dziś coś poszło ... nie tak, to ... masz klucze od mieszkania i ...
– O czym ty mówisz?! – przerwał jej drętwiejąc na samą myśl.
– Wrócisz tu, – kontynuowała jakby chciała to już mieć za sobą – wyjmiesz te listy ...
– Angie, na Boga, z czym ty się tam chcesz zmierzyć?! – zawołał przerażony.
– A żebym to ja wiedziała, z czym! Dlatego muszę się zabezpieczyć. Słuchaj i nie przerywaj! Wyjmiesz te listy. Jeden jest do ciebie, ale zanim go otworzysz weź ten drugi, idź na pocztę i wrzuć do skrzynki. Jest do mojego ojca. Dopiero wtedy wróć tu i przeczytaj ten pierwszy. – podała mu kopertę. Na wierzchu kształtnym pismem napisane było:
Pan Kevin Holm
Do rąk własnych
otworzyć po mojej śmierci
Angela Davies
– Boże ... – jęknął Kevin i głos ugrzązł mu w gardle. Dopiero po chwili dokończył. – myślisz, że może się to tak skończyć?
– Raczej nie, ale ... zresztą, nie pytaj, tam – wskazała kopertę – jest wszystko wyjaśnione. Reszty dowiesz się od mojego ojca. Bądźmy dobrej myśli. Jeśli będziesz tam ze mną, nic mi się nie powinno stać.
– Będę, Angie, nawet jeśli miała by to być ostatnia moja czynność na tej ziemi!
– Nie będzie aż tak źle ... ale dzięki. – wzruszona tym niespodziewanym wyznaniem mogącym wystarczyć za wszystkie inne pocałowała go w policzek. Krótko i mocno. Szybko schowała oba listy do szufladki, jakby sama ich obecność mogła im już zagrażać.
Z bocznego schowka wyjęła Medalion i włożyła sobie na szyję charakterystycznym ruchem wyciągając luźne włosy spod rzemyka. Talizman Tharków znalazł się na swoim miejscu.
W mgnieniu oka Kevin pojął, że to co ich czeka tam w opactwie, to nie tylko złożenie doczesnych szczątków tych dwojga w miejscu im przynależnym. Sam fakt, zważywszy na odległość tylu wieków, był dość niezwykły. Jednak miało mu towarzyszyć coś jeszcze, coś niekoniecznie zgodnego z wiarą, religią i Bogiem, ale ściśle związanego z tymi ludźmi i Angie. To coś miało też zaważyć na jej życiu. I jego także! Teraz naprawdę zaczynał się bać.
Ona tymczasem już spokojniej dokończyła czesania ściągając włosy w kitkę, odszukała i zawiązała adidasy.
– Kevin, już piąta. Zbieramy się, chcę to już mieć za sobą.
– Zobaczysz, damy sobie z tym radę.
Uśmiechnęła się do niego, ale kiepsko jej to wyszło. Wręczyła mu podłużną torbę i chwilę szukała czegoś w przedpokoju.
– No, są! – pokazała jakieś klucze – Idziemy do piwnicy po nasze wykopalisko.
Piwniczka Angie znajdowała się na końcu odrapanego korytarza pod budynkiem. Była niewielka, ale panował w niej przyzwoity porządek. Pudełka, skrzynki, słoiki i rozmaite drobiazgi leżały równo poukładane na drewnianych półkach wokół ścian i na podłodze. Centralne miejsce wśród nich zajmowała znana mu już podłużna skrzynka ze znakami uniwersytetu.
– Masz tu bardzo piękny porządek. – zauważył z nutką zazdrości.
– Kiedyś, to znaczy w zeszłym roku, zawściekłam się i powywalałam wszystkie rupiecie. Głównie po poprzednich mieszkańcach i po moim ... byłym. – chyba celowo nie wymieniła jego imienia – Zabieramy skrzynkę.
Uparła się nieść ją razem z nim, chociaż nie była ciężka. Wzięli ją za boczne uchwyty i bez problemów zanieśli do auta. Tutaj Kevin umocował skrzynkę w poprzek za kabiną i unieruchomił taśmami. Przedtem całość okrył jakimś starym pokrowcem. Torba Angie znalazła się za tylnymi siedzeniami.
– Zaczekaj tu, pójdę po resztę i zamknę piwnicę.
Wróciła z jakąś starą kraciastą torbą, mocno czymś wypchaną. Niosła ją ostrożnie, oburącz przyciskając do siebie.
– To urna. – wyjaśniła lokując się na siedzeniu pasażera. – No, gotowe. Możemy jechać.
– Będziesz ją tak trzymać? – spytał wskazując na pakunek.
– Tak, amfora ledwo się trzyma w całości. Wolałabym dowieźć ją w jednym kawałku.
– No to uwaga, jedziemy.
c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 16 Sty 2016, 23:25

Sprawa tuneli pod górami pozostaje otwarta, można by kiedyś do tego wrócić. Na razie nie przewiduję.
Cieszę się. Zatem będę czasem namawiał do poruszenia tego tematu. Może odnajdzie się któryś z listów Jeny?

– Usiądź tutaj. – podsunął jej fotel, a sam poszedł do łazienki. Wrócił z grzebykiem i ręcznikiem.
– To moje zajęcie. – powiedział i zaczął rozczesywał złote pasma i dosuszać je. Poddawała się tej czynności bez sprzeciwów, zauważył, że chyba sprawia jej to przyjemność. Podobnie jak i jemu.
– No dobra, wystarczy. – wstała i znanym ruchem głowy rozrzuciła wilgotne jeszcze pasemka wokół ramion i pleców.
W sumie powinienem wspomnieć kilka rozdziałów wcześniej, ale zapomniałem dopisać.
Ze znalezionych przeze mnie informacji wynika, że lepiej rozczesywać suche włosy, a suszyć nierozczesane. Podobno rozciąganie mokrych włosów szybko je niszczy. Odkąd hoduję włosy, trzymam się tej zasady i nie narzekam.
Jestem ciekaw czy włosy Angie też są jakieś specjalne, czy jedyna ich właściwość to zapach.

A wracając do tematu, czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. W tym nie zauważyłem błędów.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 17 Sty 2016, 00:32

Nigdy nie miałem dłuższych włosów i nie znam się na ich utrzymaniu. Podobno można je rozczesywać także pod wodą, przy myciu. A włosy Angie, poza aromatem dzikich orchidei, są zwyczajne. I pachną tylko na sucho!

c.d. XVI. (teraz będzie jazda)
Starając się nie szarpać wyjechał spod bloku. W ostatniej chwili, gdy już skręcał na ulicę, w lusterku mignęła mu jakaś znajoma postać. Dziewczyna patrzyła wyraźnie w ich stronę. Nie był pewien, ale to chyba była Meg! Ale dlaczego do nich nie podeszła? To było niezrozumiałe. Zaraz też przestał o tym myśleć.
Jechał dość wolno uważając na dziury w jezdni i zakręty aby nie narazić cennego ładunku, spoczywającego wciąż w ramionach Angie. Oparła go sobie na kolanach i w pewnym, krótkim momencie nawet mu pozazdrościł.
Pod Starym Miastem byli tuż przed wpół do szóstej. Tu droga się kończyła z jednej strony podjazdem pod bramę, gdzie widniał wielki zakaz wjazdu, a z drugiej parkingiem dla zwiedzających. Była jeszcze uliczka, na której spotkali Fąfla, ale wiodła do portu i tam się kończyła. Klasztor był dokładnie po przeciwnej stronie miasta.
Przed skrzyżowaniem Kevin zatrzymał samochód.
– Kurczę, jak tam dojechać?
Angie także rozglądała się wokół z niewesołą miną.
– Stara droga miała być nad fosą. Ja tu nic takiego nie widzę.
– Ja też nie, chociaż ... – na widocznym odcinku dawnych fortyfikacji, za resztkami wschodniej baszty, widoczny był rząd białych punkcików. Biegły wzdłuż granicy torfowiska wchodząc w łąkę i znikając za pagórkami.
– Widzisz, – wskazał dziewczynie – to chyba tam. Te kamienie, wyglądają jak dawne znaki milowe na gościńcu.
– Tak, widzę, ale nie ma do nich dojazdu.
– Spróbujemy na przełaj!
– Dasz radę?
– Bądź spokojna, nie takie rzeczy ... Widzisz gdzieś policję?
Oboje rozejrzeli się w poszukiwaniu radiowozów. Nie było żadnego. Teraz mogli ich widzieć tylko strażnicy przy bramie i na obiektach.
– Ryzykujemy! – zarządził i ruszył może cokolwiek za ostro.
– Uważaj! – krzyknęła przestraszona.
Skinął przepraszająco głową.
Wóz przetoczył się przez krawężniki i ruszył wzdłuż fosy. Gęste chwasty szorowały po blachach podłogi i trzeszczały łamane potężnymi kołami. Pojazd lekko kołysał na nierównościach łąki.
W kilka minut dojechali do narożnej baszty i zakrętu fosy. Potwierdziło się to, co widzieli przed chwilą. Stara droga, wytyczona zabytkowymi kamieniami, biegła wzdłuż granicy torfowiska.
– Tamtędy będziemy wracać. – stwierdził wskazując w lewo i skręcił w prawo.
Tę stronę miasta widzieli z zewnątrz po raz pierwszy. Tu mury były w znacznie gorszym stanie, widać nikt nie dbał o ich renowację. Także dachy i ściany widocznych ponad nim kamieniczek były odrapane i szare, co świadczyło o braku zainteresowania nimi ze strony użytkowników.
Zaraz też w oddali ujrzeli mostek, przerzucony nad fosą.
– To będzie tam! – wskazała Angie – Opat coś wspominał o jakiejś kładce.
Kładka okazała się dość solidną konstrukcją, wprawdzie drewnianą, ale mocną i wcale nie starą. Kevin bez większych obaw wprowadził na nią pojazd. Terenowe opony zaszurgotały po szorstkich deskach. Dopiero z mostku, w głębokiej niszy murów, ukazała im się wysoka, dwuskrzydłowa brama, zakończona od góry ostrołukowym portalem. Masywna konstrukcja zaopatrzona była w poczerniałe od deszczów i słońca żelazne okucia i wrzeciądze. Pomyślał sobie w tej chwili, że zakon widocznie potrzebował dawniej kontaktów ze światem także poza oficjalnymi drogami. Stąd wynikła potrzeba wykonania dodatkowej bramy, prowadzącej wprost do klasztoru, a na dodatek nie rzucającej się w oczy od zewnątrz. Dziś to się zmieniło. Ale brama pozostała.
Nie zdążył zatrzymać pojazdu, gdy obie połówki bramy zaczęły odchylać się do środka. Czekano tu na nich, więc szybko wjechali na teren zakonu. Dwaj bracia odźwierni zaraz za nimi zamknęli wejście ryglując je od środka.
Główny dziedziniec klasztorny otoczony był z trzech stron zabytkowymi budynkami z czerwonej cegły. Piękne ostrołukowe okna z rzeźbionymi portalami i gzymsami tworzyły trzy piętra wokół zabudowy. Strome dachy i nisze z figurami świętych w ścianach składały się na klasyczny gotycki charakter zabytku. Środkowy gmach posiadał w głównej fasadzie ostro sklepiony tunel, prowadzący do dalszych pomieszczeń klasztornych, przegrodzony w połowie żelazną, kutą kratą. Ponad dachem piętrzyła się masywna bryła kościoła z dwoma strzelistymi wieżami. Niskie słońce przebijające się przez czerwonawe opary na zachodzie kładło na te mury ciepłe, pomarańczowe światło, ostrymi cieniami i krawędziami nadając im plastyczności.
Bracia furtianie znikli gdzieś natychmiast i oboje pozostali na dziedzińcu sami. Kevin zgasił silnik i wysiadł na kamienną posadzkę. Otworzył tylną klapę i uwolnił skrzynkę z krępujących ją pasów. Angie nadal siedziała w środku wciąż obejmując oburącz swoją paczkę.
Obszedł wóz od jej strony.
– Jesteśmy chyba trochę za wcześnie. – rzekł do niej przez uchyloną szybkę.
– Nie szkodzi. – odrzekła zamyślona – Poczekamy.
Nie czekali długo. W ciszy skrzypnęły jakieś zawiasy i z bocznej furty wyszło trzech zakonników w białych odświętnych habitach.
– Jest Opat! – Angie odłożyła swój ładunek i wysiadła z wozu.
– Witaj, Ojcze! – podeszli do zakonników.
– Witaj, moje dziecko i ty młody człowieku – rzekł Opat. Głos miał nieco drżący, ale miły i serdeczny. – Czy przywieźliście wszystko?
– Tak ojcze. – potwierdziła Angie.
– To świetnie. Wszystko przygotowane, możemy udać się na miejsce.
Z budynku naprzeciwko wyszło ośmiu młodych mnichów w długich płaszczach z kapturami.
– Oni zaniosą relikwie na miejsce wiecznego spoczynku. – rzekł Opat.
Kevin pomógł im wyciągnąć skrzynkę z bagażnika, a sam zabrał podłużną torbę z kabiny. Angie chwyciła urnę widząc, że jeden z braci ma zamiar ją w tym wyręczyć.
– Przepraszam, ja!
Ruszyli w kierunku przejścia pod głównym gmachem tworząc mimowolnie coś jakby procesję. Najpierw szli czterej nowicjusze ze skrzynką w asyście pozostałych, za nimi Angie z urną i Kevin, a na końcu Opat ze Starszymi. Nowicjusze zaintonowali żałobną pieśń. Kevin nie rozumiał słów, śpiewano po łacinie, ale znał ją z kościoła.
Tak minęli gotycki tunel z uniesioną w górę kratą i znaleźli się na klasztornym podwórcu. Otoczony był z dwóch stron zabudowaniami klasztoru, od północy bryłą kościoła, a od zachodu niskim murem z parterową przybudówką w środku. Była tu druga wewnętrzna furta, zapewne wyjście do miasta.
Teraz kondukt skierował się pod ceglaną ścianę kościoła. Pomiędzy masywnymi wspornikami, poniżej szeregu wąskich okienek widniały otwarte, kute drzwi, niskie, ledwie widoczne wśród wysokich traw, pokrzyw i ostów. Nowicjusze wciąż śpiewając na głosy poczęli zanurzać się w wąskim wejściu.
Za progiem trzeba było zejść po kilku kamiennych stromych schodkach. Był tu nisko sklepiony przedsionek. Ciemności wokół rozpraszały tylko dwie zatknięte w żelazne uchwyty pochodnie. Bracia zapalili jeszcze cztery nowe i z nimi weszli przez następne drzwi znów po kilku schodkach do długiego, niskiego podziemia. Małe okienka tuż pod sufitem wpuszczały minimalną ilość światła i perspektywa katakumb tonęła w półmroku. Bracia z namaszczeniem niosący skrzynkę skręcili w lewo i wolno podeszli do tylnej ściany krypty. Tam na wysokości ich oczu ciemniała otwarta, podłużna wnęka w masywnym murze. Obok na kamiennej posadzce stały oparte o ścianę płyty do jej zamknięcia.
Bracia postawili skrzynkę tuż przed wnęką na dwóch kamiennych stojakach i stanęli po obu stronach katakumby. Pochodnie umocowane w żelazne kuny rzucały czerwone, migotliwe światło na tę niezwykłą scenerię.
Kevin spojrzał przelotnie w niebieskie oczy Angie, teraz rozszerzone, prawie czarne i dostrzegł w nich lęk. Angie bała się, ale nie tego miejsca i nie tych ludzi ani tych rzeczy, które tu przynieśli. To był lęk przed tym, co dopiero miało się tu wydarzyć. Przesunął się w bok i stanął tuż obok niej, tak, żeby w każdej chwili mogła czuć jego obecność. Podziękowała mu spojrzeniem.
Opat i dwaj Starsi Bracia wysunęli się do przodu.
– Najmilsi w Panu naszym. – rzekł Opat – Zebraliśmy się dziś na tej skromnej uroczystości aby uczcić pamięć i złożyć w poświęconym miejscu szczątki tych dwojga ludzi, którzy przed wiekami sprowadzili sprawiedliwość i pokój na nasze ziemie. Przez tyle set lat spoczywali oni w nie poświęconej ziemi, aż niezbadanymi wyrokami Boskimi zostali odnalezieni dziś, po tylu latach. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy dzięki temu oddać im należny hołd i spełnić wobec nich nasz chrześcijański obowiązek.
Dał znak nowicjuszom, którzy otworzyli skrzynkę i z namaszczeniem, powoli przenieśli białe jak wapień kości układając je pieczołowicie na dnie wnęki w ścianie. Gdy skończyli i odstawili pustą skrzynkę na bok, Angie ostrożnie wydobyła amforę z torby. Trzymając ją oburącz, umieściła naczynie we wnęce po prawej stronie. Wróciła na miejsce.
Starsi Bracia podeszli do wnęki na dwa kroki. Zaśpiewali wspólnie.
– Panie nasz, który nie szczędzisz nam swych łask, spraw, aby dusze tych dwojga odnalazły szczęście wiekuiste i należne im miejsce u Twego boku.
– Odpuść im Panie wszelkie winy i daj swym sługom życie wieczne.
– Na wieki wieków, Amen – zakończył Opat.
Któryś z nowicjuszy podał mu metalowe kropidło.
– Niech spoczywają w pokoju. – rzekł Opat i pokropił wnękę, doczesne szczątki w środku, a na koniec wszystkich obecnych. Przeżegnali się uroczyście.
Nowicjusze skłonili się i wyszli z krypty, a wtedy Opat zwrócił się do Angie.
– Prosiłaś mnie, moje dziecko, żebyście mogli zostać tu sami jeszcze przez chwilę z waszymi bliskimi. My teraz udajemy się do kościoła na wieczorną modlitwę. Jeśli chcecie później też w niej uczestniczyć, któryś z braci wskaże wam drogę.
– Oczywiście, Ojcze. Dziękujemy. – odrzekli zgodnie.
Chwilę później zostali sami w krypcie.
„Teraz się to dokona” pomyślał i wcale nie zrobiło mu się lepiej.
Podeszli do otwartej krypty. Angie spróbowała się do niego uśmiechnąć, ale jej to nie wyszło. W odpowiedzi ścisnął jej ramię.
– Jestem tu obok, pamiętaj ...
W spojrzeniu, które mu posłała, zobaczył tyle, że wystarczyło mu za wszystkie wyznania. Serce jeszcze przyśpieszyło rytm choć i tak waliło mu jak młotem. Albo przejdą przez to razem, albo ... niech się wszystko zawali!
– Daj moją torbę. – poprosiła, a echo odpowiedziało jej zwielokrotnionym pogłosem.
Postawiła ją obok siebie i otworzyła. Wyjęła dwa błękitne miecze z czarno-czerwonymi rękojeściami. Chwyciła w obie ręce, uniosła i skrzyżowała.
Drżące światło czterech pochodni oświetliło zabytkową broń i choć wszystko wokół pokrywała różowawa poświata, stalowe klingi nawet tu połyskiwały niebieskawo.
Angie trąciła o siebie oba ostrza. Czysty dwudźwięk rozszedł się w półmroku harmonicznym pogłosem i długo zamierał pod niskim sklepieniem wydobywając echa dawnych wieków. Kevinowi ścierpła skóra, ale tego, co teraz nastąpiło nie spodziewał się w najśmielszych przypuszczeniach!
Angie zaczęła mówić wolno, dziwnym, zmienionym głosem.
– Należały do ciebie, Jenifer. Były wszędzie tam, gdzie i ty ... niech więc nadal będą z tobą!
Z ostatnim słowem podeszła do wnęki i umieściła oba miecze w głębi pod ścianą, tuż obok urny. Wróciła do torby i wyciągnęła z bocznej kieszeni jakieś zawiniątko. Rozwiązała białą chusteczkę. W blasku pochodni błysnęło złoto.
– Alku, – mówiła znów tym zmienionym głosem – nosiłeś tę roślinkę od jej śmierci aż do końca życia, zawsze przy sobie. Jej miejsce jest obok ciebie. – umieściła złote pudełko po lewej stronie krypty. Stanęła znów obok Kevina.
–Jenifer! Wiesz, że jestem ostatnią z Wybranek, nie mam i nie będę miała następczyni, tak więc historia Tharków zakończy się wraz z moją śmiercią. Ja jednak chcę, aby stało się to tu i teraz. Wiesz, dlaczego. Niech więc ten Medalion – przy tych słowach zdjęła rzemyk z szyi – powróci tam, skąd zaczęła się jego droga, do ciebie! – po raz trzeci podeszła do wnęki i położyła błyszczącą blaszkę przy amforze okręcając rzemyk wokół niej.
– „PRZYJMIJ GO ODE MNIE!”
Te słowa wypowiedziała głośno i uroczyście, a echo znów powtórzyło je wielokrotnie.
Kevin patrzył na to z przerażeniem. Ona pozbywała się tego niesamowitego talizmanu?!
Drgające światło pochodni oświetlało wnękę grobową i wszystko w jej wnętrzu przesycone było różową mgiełką. Angie z coraz większym napięciem wpatrywała się w kryptę. Na coś wyraźnie czekała.
– JENIFER!! – zawołała głośno, aż echo jak oszalałe odbiło się o ściany podziemia – JA SPEŁNIŁAM WARUNKI ... WIEM, ŻE MNIE SŁYSZYSZ!
W jej oczach migotały czerwone iskry pochodni.
Nagle we wnęce coś zaczęło się dziać. Mgła! Mgła zmieniła barwę z różowej na zieloną! Już gdzieś to widział. Taką samą barwę miało światełko Medalionu, gdy Angie pomagała Holly w szpitalu.
Mgła gęstniała i zaczęła tworzyć drobne pasemka i smużki, które zaczęły poruszać się jakby pod wpływem ruchu powietrza skupiając się w niszy w dwóch punktach blisko siebie.
Ręka Angie gwałtownie zaczęła czegoś szukać i natrafiła na dłoń Kevina. Palce splotły się w uścisku.
Kłaczki zielonej mgły wciąż dążyły do owych dwóch punktów i Kevin nagle zrozumiał. To była para ogromnych oczu! Zdawały się patrzeć na nich.
Kevin pomyślał, że to chyba jakiś sen, niezwykły nawet jak na nocną marę, ale uścisk ręki Angie był aż nadto realny. Na Boga! Co tu się dzieje??
Nagle uświadomił sobie, że coś zmieniło się w otoczeniu. Krypta wyglądała zupełnie inaczej! Pochodnie znikły zastąpione jakimś fioletowym światłem z sufitu, który był teraz znacznie wyżej niż przed chwilą. Ściany też rozpłynęły się gdzieś na boki. Byli w jakiejś jaskini czy grocie, z kamienną, nierówną posadzką. Płaska ściana szczytowa była teraz rumowiskiem skalnym, gdzie nie było śladu otwartej krypty ani pozostałych katakumb.
„Gdzie my jesteśmy?”
– Kevin, – szepnęła Angie drżącym głosem – widzisz to samo, co ja?
– Tak, widzę ...
Wokół oczu pojawił się zarys owalu twarzy, prostego noska, ust, a nawet krótkich kosmyków jasnych włosów. Młoda i niezwykle piękna kobieta patrzyła na nich i czuł, że ona także ich widzi! Nie wiedział czemu, ale wyraziste oczy, choć utkane z zieleni, były szare.
– Jenifer ... – szepnęła Angie.
I wtedy, choć zjawa nie poruszyła ustami, w ich głowach pojawiły się słowa, wypowiedziane z dziwnym, obcym akcentem:
„SPEŁNIŁAŚ WARUNKI, ANGIE. PRZYJMUJĘ TWÓJ DAR...”
Kevin poczuł, jakby jakiś powiew wiatru dotknął jego głowy, wiatru, którego tu nie miało prawa być!
Twarz w niszy znikła w zawirowaniu seledynowych, świecących pasemek, które tym razem zaczęły skupiać się w jednym punkcie. Tam leżał ... Medalion! Utworzyły zbitą kulkę, która świeciła coraz mocniej, aż wchłonęła całą, zieloną poświatę. I wtedy znienacka kulka spadła na urnę i rozbiegła się po niej drobnymi, połyskującymi falkami.
Równocześnie wokół nich zaczęło narastać jakieś niesamowite napięcie. Coś wirowało w powietrzu naokoło nich i to coraz szybciej. Nagle chyba zakręciło mu się w głowie, bo te zielone iskierki, wirujące wokół, nie mogły być realne! Ale ten świetlny, zielony wir był jak najbardziej realny. Sufit uniósł się jeszcze w górę, a w ścianach nie było śladu po niskich okienkach. Zresztą to co ich otaczało nie mogło być murem. Wszystko wokół wyglądało jak wykute w skale. To wydawało się niemożliwe, ale oni byli teraz w jakiejś olbrzymiej grocie oświetlonej gdzieś z góry sinawą, upiorną poświatą.
„Teraz, teraz wszystko się rozstrzygnie!” przebiegło mu przez myśl. Wyszarpnął rękę z jej dłoni i chwycił ją wpół, otaczając ramionami, jakby chciał osłonić ją własnym ciałem.
Napięcie osiągnęło szczyt i nagle to coś spadło na nich z góry! Poczuł jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro gorącej wody, która spłynęła po nim aż do stóp. Zamroczyło go. Nogi nie wytrzymały podwójnego ciężaru i opadł na kolana wciąż nie wypuszczając jej z objęć. Przez moment wydawało mu się, że od ich splecionych ciał po otaczających skałach rozbiegły się we wszystkie strony drobne zielone płomyczki migocząc i wnikając w chropowatą powierzchnię głazów.
Chyba stracił na chwilę przytomność, gdy oprzytomniał klęczał przed otwartą katakumbą przyciskając do siebie Angie. Siedziała bezwładnie oparta o niego. Spojrzał w jej odchyloną do tyłu głowę. Jej oczy z rozszerzonymi źrenicami patrzyły na niego przytomnie. Wracała do świadomości.
– Angie, jestem tu ... – szepnął tuląc ją do siebie.
– Kevin ... już po wszystkim ... udało się ...
Dłuższą chwilę siedzieli tak przytuleni do siebie starając się swoją obecnością pomóc drugiemu w powrocie do rzeczywistości. Kevin rozejrzał się wokół. Cztery pochodnie paliły się spokojnie równym płomieniem, oświetlając znaną mu niską, długą kryptę z szeregami katakumb w bocznych ścianach. Żadnych śladów zieleni ani nieociosanych, kamiennych bloków.
Kevin pierwszy podniósł się z posadzki pomagając jej stanąć na nogach. Kręciło mu się trochę w głowie, ale nie pokazywał tego po sobie. Co dopiero musiała czuć ona, na którą musiał spaść większy strumień zielonej energii?
Gdy doszli jako tako do siebie Kevin zbliżył się do niszy. Wszystko było na swoim miejscu, miecze, pudełko, amfora, ... ale zaraz! Medalion!
Błyszcząca wyrazistym rysunkiem mosiężna blaszka znikła! W tym miejscu leżał sczerniały, nieregularny kształt z wielką dziurą w środku, powygryzanymi brzegami, rozerwanym uszkiem i bez śladu jakiegokolwiek rysunku. Wokół rozsypany był brunatny proszek ze śladami poodłupywanych grudek. Niewiele myśląc sięgnął do niego. Dotyk nie wywołał żadnej reakcji, oprócz oderwania kolejnych, sczerniałych łusek.
– Daj spokój, jego już nie ma ... – szepnęła, a Kevin nie wiedział, czy w jej głosie więcej było żalu, czy nadziei.
Dziewczyna pociągnęła go za rękę w stronę wyjścia.
– To już wszystko, Kevin, chodźmy stąd!
Po drodze podniósł z posadzki jej pustą torbę. Angie pierwsza wspięła się po kilku schodkach, widział, że chce jak najszybciej opuścić to miejsce i wszystko z nim związane. Choć sam czuł jeszcze dziwną miękkość w nogach, wciąż trzymał ją pod rękę.
Przez żelazne, kute drzwi wyszli wreszcie na klasztorny podwórzec. Obok czekało dwóch zakonników w roboczych strojach.
– Czy możemy już zamurować katakumbę? – spytał ten starszy.
– Tak, możecie, – odrzekła – ale chcielibyśmy wrócić tam jeszcze później. Tylko na chwilę.
– Oczywiście. Zostawimy państwu otwarte drzwi i światło w środku.
– Dziękujemy.
Zostali sami na pustym placu. Wtedy Angie, chociaż wciąż mocno oszołomiona, zarzuciła mu obie ręce na szyję i szepnęła wprost do ucha.
– Kevin, jestem wolna. Nareszcie!
Tym razem nie miał już wątpliwości co do jej odczuć.
– Teraz jestem zwyczajnym człowiekiem, – mówiła dalej – bez żadnych obciążeń dziejowych, dziedzictwa i magicznych znaków.
Przysunął usta do jej zgrabnego uszka.
– Angie, ja cię ... – i znów jej palec znalazł się na jego wargach wcześniej, nim zdążył wypowiedzieć to jedno najważniejsze słowo. Ona wiedziała jakie, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
– Nie mów nic, mamy czas. Teraz mamy mnóstwo czasu, dla siebie i dla innych.
Z kościoła dobiegły ich głosy zakonników, modlących się wspólnie na wieczornym nabożeństwie.
– Wejdźmy tam, – wskazała oczami bryłę kościoła – chcę tam posiedzieć chwilę.
Boczne wejście jakby na nich czekało. Cicho jak myszy wślizgnęli się w głąb wiekowych, cienistych murów. Usiedli przy sobie w ostatniej, długiej ławie na końcu głównej nawy. Nabożeństwo dobiegało końca. Zakonnicy skupieni wokół ołtarza śpiewali na głosy po łacinie z towarzyszeniem organów znaną pieśń, a ich harmonia rozpływała się pod ostrołukowym sklepieniem wielokrotnym pogłosem. Angie wsunęła mu rękę pod ramię i dyskretnie przytuliła się do niego. Przez kurtkę czuł ciepło jej ręki i policzka przyklejonego do jego ramienia.
Przesiedzieli tak bez ruchu i zbędnych słów do końca mszy. Zakonnicy przyjęli ostatnie błogosławieństwo z rąk Opata i zaczęli się rozchodzić. Po niedługim czasie w kościele byli już tylko oni i Przeor. Wyszli na podwórzec jego śladem.
Opat uśmiechnął się do nich.
– Ojcze, – zaczęła Angie – chcielibyśmy jeszcze raz podziękować za pomoc i wyrozumiałość.
– Po to tu jesteśmy, moje dziecko. Czy wszystko już zrobiliście dla waszych bliskich?
– Właściwie tak, ale chcielibyśmy tam jeszcze raz wejść.
– Bardzo proszę. – wskazał wciąż otwarte drzwi od podziemi – Zejdę tam z wami.
Krypta była już zamknięta murem, składającym się z kilku dużych, kamiennych elementów. Zakrywała dokładnie zawartość wnęki. Wyglądała teraz dokładnie tak samo, jak wszystkie inne, ułożone szeregami wokół niskiego podziemia. Podeszli bliżej.
Wtedy Angie wyjęła coś błyszczącego z kieszeni. Mosiężna płytka zaopatrzona była w dwa zakrzywione na końcach kołki. Angie docisnęła płytkę do ściany i wcisnęła kołki w świeżą spoinę. W migocącym świetle czterech pochodni ukazały się wyryte głęboko w metalu dwa słowa:
„Alex” i „Jenifer”
Opat pokiwał siwą głową z aprobatą.
– Teraz jeszcze raz pomódlmy się, moje dzieci.
Wspólnie odmówili modlitwę za dusze zmarłych, a echo powtarzało ich słowa jakby zdziwione tymi wszystkimi wydarzeniami, których dziś było świadkiem.
Opat odprowadził ich aż do zaparkowanego łazika.
– Dziękujemy, ojcze. – rzekł tym razem Kevin – Jesteśmy bardzo ojcu wdzięczni za wszystko.
Opat uśmiechnął się tajemniczo.
– Ja także chciałbym komuś podziękować i chyba poproszę was, abyście to zrobili w moim imieniu.
Angie patrzyła na niego ze zdumieniem, ale Kevin już wiedział.
– Podziękuj, Angie, komuś z twoich przyjaciół za ten szczodry dar na rzecz naszego zakonu. Było tu dziś rano dwóch policjantów, oficerów i to oni przekazali go na moje ręce. Była to ponoć jakaś nagroda. Mam nadzieję, że wiesz, komu należą się słowa podziękowania.
– Wiem ojcze. – odrzekła bez wahania.
– Zrób to więc jak najszybciej.
– Obiecuję.
– Zostańcie z Bogiem. – Opat uczynił nad ich głowami znak krzyża i oddalił się.
Zaraz też na dziedzińcu pojawili się dwaj furtianie i otworzyli oba skrzydła zewnętrznej bramy.
– Jedziemy, Kevin! – Angie wskoczyła do samochodu lekko, jakby wstąpiły w nią nowe siły.
Byli jeszcze na drewnianym mostku, gdy brama na nimi zamknęła się z głuchym łoskotem i zgrzytem rygli. Na ten odgłos Angie obejrzała się. Było coś symbolicznego w tym wydarzeniu. Właśnie zamknął się za nią duży rozdział jej życia, rozdział, który miał wypełnić cały dany jej czas, ale który skurczył się tylko do pewnego, określonego odcinka. Wraz z jego zamknięciem otwierał się nowy, na razie nie znany. Nie znany i jemu, bo mistyczny obrzęd, którego był świadkiem i mimowolnym uczestnikiem miał na to zasadniczy wpływ. Jakie będą jego konsekwencje trudno było przewidzieć, ale wiedział na pewno, że owo dramatyczne wydarzenie wywróci na drugą stronę jej życie. Jego także, bo już nie wyobrażał sobie życia bez niej. Kilkakrotnie miał już na końcu języka to jedno magiczne słowo, ale za każdym razem ona nie dopuszczała, aby padło ono między nimi. Dla niego był to oczywisty dowód jej czystych i uczciwych intencji względem niego. A jak było naprawdę?

c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 17 Sty 2016, 01:24

Tak, dwóch facetów dobrało się i rozmawia na temat włosów. Przydała by się jakaś płeć piękna do weryfikacji naszych opinii.

Dziękuję za kolejny rozdział. Nie ma to jak dobra lektura przed spaniem.

Spodziewałem się że Angie przekaże medalion Kevinowi albo któremuś z zakonników, w ostateczności pożegna się z nim. Czy ten rozdział oznacza że pożegnała się również z darem, więc znikła także cała magia? Nie, to się nie może tak zakończyć. Jutro czekam na wyjaśnienia.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 17 Sty 2016, 14:05

No tak, na temat włosów najlepiej porozmawiać z płcią odmienną.
A teraz nieco wyjaśnień!
c.d. XVI.
Skręcili na groblę wzdłuż wałów.
Jakby czując jego myśli Angie odezwała się cicho.
– Wiesz, Kevin, to, że teraz jedziemy tu razem zawdzięczam tylko temu, że zdecydowałeś się stanąć tam, w krypcie, obok mnie w tym decydującym momencie. Gdybym była tam sama, nie wiem, czy przeżyłabym ...
– Przede wszystkim samej to ja bym cię tam nie puścił. A tak w ogóle, to jak się czujesz?
– Dziwnie, – odparła jakby wsłuchując się w siebie – ale chyba niebawem dojdę do siebie. A ty? Ty nie miałeś przecież z tym nigdy do czynienia.
– Już mi przeszło. Zaraz po tym ... „wyładowaniu” (nie wiedział, jak nazwać to zjawisko) trochę kręciło mi się w głowie. Ale, właściwie co to było?
– To był odpływ energii nagromadzonej we mnie przez te lata noszenia Medalionu. Myślę, że im później by to się stało, tym tej energii byłoby więcej.
– I tak było jej sporo. Powiedz mi, po co to zrobiłaś? Mogłaś przecież z tym żyć.
– Mogłam żyć z „tym”, ale wtedy nie mogłabym żyć z ... – urwała nie dokończywszy zdania, a Kevin bał się nawet pomyśleć, co mogła mieć na myśli.
Grobla wzdłuż murów miasta powoli wtopiła się w łąkę i teraz ich pojazd toczył się prawie już zupełnym bezdrożem. W oddali widać było tylko jasno oświetloną ulicę do nowo budującego się osiedla. Chmury zasnuły niebo grubą warstwą gasząc ostatnie promyki słońca. Zapowiadał się wczesny zmierzch.
Było już po ósmej, gdy Kevin skręcił z głównej trasy do jej osiedla. Od pewnego czasu Angie siedziała w fotelu skulona nie odzywając się ani słowem. Szanował to i nie wciągał jej w rozmowę, choć coraz więcej pytań cisnęło mu się na usta. Zapewne miała też wiele rzeczy do przemyślenia. Musiała też być zmęczona i gdy teraz opadły z niej emocje, była pewnie wykończona.
Nagle zaraz za krzyżówką niespodziewanie się ożywiła.
– Kevin? – spytała mrużąc oczy – czy ty masz może coś wspólnego z tą ... nagrodą?
Nie trudno było zgadnąć. Potwierdził skinieniem.
– Nic mi nie powiedziałeś. – rzekła z wyrzutem – Kiedy to zrobiłeś?
– W niedzielę. Po tych komunikatach zadzwoniłem do nich w drodze powrotnej od ciebie. Upewniłem się, że nagroda jest moja i kazałem im całą sumę przekazać Opatowi.
– Co powiedziałeś? Że to od kogo?
– Od przyjaciela pewnej dziewczyny, której opat ostatnio bardzo pomógł.
– No, no. – rzekła z uznaniem – Chyba znów mi zaimponowałeś.
– I tak nie wziąłbym tej forsy, choć to niezły kawałek grosza. Po drodze od ciebie przyszło mi do głowy takie rozwiązanie. Chyba najlepsze. – dodał wrzucając migacz i skręcając na skwerek pod jej domem.
– Zaczekaj, Kevin. Jedź prosto, na tamtą skarpę, gdzie wiesz, siedzieliśmy wtedy ...
Pojechał we wskazanym kierunku i zaparkował w tym samym miejscu. Pod drzewami panował już gęsty mrok, który otoczył pojazd ze wszystkich stron. Kevin zgasił światła i silnik, mrok wypełnił wnętrze kabiny i otoczył ich naokoło jak gęsta, lepka mgła.
– Powinnam ci chyba parę spraw wyjaśnić. – zaczęła, ale Kevin zaprzeczył.
– Słuchaj, jesteś pewnie padnięta, może innym razem?
– Nie, wolałabym, abyś to wiedział jak najszybciej.
– Jeśli się czujesz na siłach. To może na początek, mam jedno pytanie.
– Mów.
– Obawiam się, czy ci dwaj zakonnicy-murarze, czekający na zewnątrz krypty, nie mogli czegoś zauważyć? To zielone światło było mocne, na pewno widać go było przez te małe okienka.
Angie uśmiechnęła się z wyrozumiałością.
– Nie, Kevin, oni nic nie widzieli.
– Jesteś pewna? – spytał zdziwiony.
– Tak, jestem.
– ... bo ja na twoim miejscu ...
– Powiedz mi, ile czasu mogło upłynąć na twoim zegarku od chwili pojawienia się zielonego światła do końca, do rozładowania?
– Nie wiem, – zaskoczyła go chyba tym pytaniem. – ze trzy, cztery minuty.
– No to sobie wyobraź, że na ich zegarkach w tym czasie wskazówki ... nawet nie drgnęły!
– Jak to, nie rozumiem?
– Po prostu, dla nich czas płynął inaczej, niż dla nas.
Kevin zdumiał się.
– Chyba nie powiesz, że ... to przecież nie jest możliwe!
– Nie możliwe? – Angie znów się uśmiechała. – No to porównaj swój zegarek z tym. – wskazała fosforyzujące cyferki zegara pokładowego w kokpicie.
Kevin spojrzał na swój zegarek i zbaraniał. Jego zazwyczaj dokładny zegarek śpieszył się równo cztery i pół minuty! Chyba jeszcze nie dowierzając do końca spytał:
– A ty? Też miałaś tam zegarek?
Odpięła pasek i podała mu swój. Wskazywał dokładnie taki sam czas, jak jego!
– O kurde, – wyrwało mu się niechcący. Dosłownie go zamurowało.
Nie czekając na pytania wyjaśniła:
– Ja tego też nie mogłam zrozumieć, aż dopiero mój daleki krewny, nauczyciel fizyki, wyjaśnił mi to bardzo prosto. Jest to zjawisko pętli czasowej. Najlepiej to zilustrować rysunkiem. Wyobraź sobie: na kartce rysujesz prostą i okrąg, styczny do prostej w jednym punkcie. Czas płynie najpierw po linii prostej, jednakowo dla wszystkich aż do punktu stycznego. Tu strumień czasoprzestrzeni rozdziela się i dla części obserwatorów wykonuje pętlę po okręgu. Dla reszty stoi w miejscu, chociaż oni tego nie są w stanie zauważyć. Po obiegnięciu całego okręgu strumienie znów się spotykają i dalej dla wszystkich czas płynie znów jednakowo.
– Nie miałem pojęcia, Angie, że to sięga aż tak daleko. – rzekł Kevin zafascynowany. – A powiedz mi, czy ty się z tym już spotkałaś?
– Każda Wybranka spotyka się w tym dwa razy. Podczas Przekazania czyli w chwili gdy otrzymywała Medalion od poprzedniczki i kiedy go oddawała Następczyni. Ja miałam z tym do czynienia po raz drugi i ... ostatni.
– A czy wtedy, za pierwszym razem, też było takie wyładowanie energii?
– Nie, bo Następczyni przejmuje Medalion wraz z jego energią. Takie zjawisko może wystąpić tylko wtedy, jeśli nie będzie miał kto jej odebrać.
– Czyli, że to był jedyny taki przypadek?
– Tak. A teraz ja cię o coś spytam. Co widziałeś wokół nas w czasie, gdy byliśmy w pętli?
Przypomniał sobie złudzenie jakichś skał, czy jaskini, które wtedy widział. Opowiedział jej o tym a na koniec spytał:
– Czy to możliwe, że wtedy przebywaliśmy w jakimś innym miejscu?
– Bardzo możliwe. Strumień czasu mógł przenieść nas na tę chwilę w jakiś inny wymiar, do równoległej czasoprzestrzeni. W rzeczywistości prawdopodobnie nie ruszyliśmy się z miejsca, to rzeczywistość zmieniła się wokół nas. To bardzo skomplikowane i niewiele z tego rozumiem.
– Niewiele? Twoja wiedza jest wprost niesamowita. Skąd, ... skąd ty to wszystko wiesz?
– Dzięki temu nauczycielowi fizyki. On mnie w to wprowadził.
Kevin pomilczał chwilę usiłując zebrać myśli. To wszystko nie mieściło mu się w głowie. Jak w tak dalekiej przeszłości ludzie mogli znać teorie czasoprzestrzeni i jeszcze umieć ją wykorzystać?
Gdy już jako tako uspokoił burzę myśli w swej głowie odezwał się w ciemnościach, które już na dobre okryły całą okolicę.
– Powiedz mi coś jeszcze, Angie. Ty i ta zielona zjawa w krypcie, Jenifer, mówiłyście coś o jakichś spełnionych warunkach. O co tu chodzi?
– Właśnie to przede wszystkim chciałam ci wyjaśnić. – zaczęła wolno. – Moja poprzedniczka wyczytała w jakimś starym liście Wybranki sprzed dwustu lat, że ten ciąg rodzinnych przekazów można przerwać. Jest na to pewien sposób. Skąd tamta go znała, o tym nie było nic napisane w liście. Ów sposób brzmiał tak:
„Zbierz wszystko co pozostało
I złóż tam, gdzie się to stało”.
– Trochę zawiły ...
– Tak się wydaje na początku. Moja poprzedniczka przez wiele lat rozpracowywała ten dwuwiersz i doszła do wniosku, że w pierwszym zdaniu chodzi o wszystkie przedmioty związane z Aleksem i Jenifer, które dotrwały do naszych czasów, a głównie o ich doczesne prochy. Słowa „tam, gdzie się to stało” dotyczyły natomiast miejsca, w którym rozpoczął się ten rodzinny przekaz.
– Bardzo logiczne. – zauważył z uznaniem.
– A żebyś wiedział! Tyle dowiedziałam się od mojej Poprzedniczki. Dalej zaczęłam myśleć już sama. Miejsce początku tego rodzinnego ciągu nie było trudne do ustalenia. Jenifer dostała ten Medalion od swego mistrza i nauczyciela, który ją przygotował na jego przyjęcie. Samo Przekazanie odbyło się w jego domu w najstarszej osadzie, jaka istniała na tych ziemiach. Takie stare mapki istnieją do dziś i nie było trudności z ustaleniem miejsca. I tu był ten „początek”. Gorzej było natomiast z „tym co pozostało”. Istniał tylko Medalion i te dwa miecze. Nikt natomiast nie wiedział, gdzie pochowano Aleksa, a wraz z nim urnę z prochami Jenifer.
Angie urwała myśląc nad czymś intensywnie. Kevin mógł się tylko tego domyśleć, bo egipskie ciemności wokół nie pozwalały niczego zobaczyć.
– Wiadomo było, że Aleks pochowany został w miejscu, gdzie 20 lat wcześniej umarła Jenifer, raniona śmiertelnie w plecy. W ten sposób oboje niejako spoczęli obok siebie. Nikt natomiast nie pamiętał, gdzie było owo miejsce. Wiedzieliśmy tylko, że był tam wielki, granitowy głaz z wyrytym przez Aleksa symbolem Tharków: tygrysem na tle skrzyżowanych mieczy. Wyobraź sobie teraz, co przeżyłam, gdy nagle moja koparka natknęła się na wielki kamień płytko pod ziemią i gdy rozpoznałam znak na jego boku.
Kevin słuchał tej opowieści jak jakiejś niesamowitej ballady czy baśni, a wrażenia spotęgowane były niedawnymi przeżyciami w klasztorze. Postać mówiącej nabierała teraz jakichś nowych wymiarów, a światło rzucane teraz na te dawne i obecne wydarzenia sprawiało, że widział ją jakby sama pochodziła z innego, równoległego świata. Choć w rzeczywistości nie widział nic bo w kabinie panowały takie ciemności, jak w podziemiach. Ale może właśnie to sprzyjało jej wyznaniom?
– Zrozumiałam natychmiast – mówiła dalej – przed jaką szansą się nagle znalazłam. Dawało mi możliwość realizacji planu, który już dawniej obmyśliłam, ale do którego brakowało mi najważniejszych elementów. Teraz i ty zrozumiesz, jak ważne dla mnie było znalezienie tego pudełka z roślinką. Bez niego nic by się prawdopodobnie nie udało!
– Pewnie, że rozumiem. – wtrącił Kevin w zasadzie tylko po to, aby cokolwiek powiedzieć. – Ty miałaś nad wszystkimi przewagę: wiedziałaś, czego szukasz!
– No tak. Ci z Instytutu w ogóle nie wiedzieli o istnieniu pudełka. I właśnie wtedy niespodziewanie pojawiłeś się ... ty! Niby to przypadkiem pomogłeś mi odczytać znak, zachowałeś tajemnicę, o którą prosiłam, potem zaoferowałeś pomoc w nocnej wyprawie. Przypadkiem?? O nie!! Takich „przypadków” nie ma! Od razu nie pasowałeś do tego budowlanego towarzystwa, które już trochę poznałam. Wyprawa powiodła się, a ja już wtedy wiedziałam, że tobie można powierzyć każdą tajemnicę! Potem już wszystko potoczyło się tak jakoś samo, aż do dziś, do naszego wspólnego Uwolnienia..
To ostatnie słowo wypowiedziała tak, jak mówiła o Przekazaniu, Wybrance lub Następczyni.
– Opactwo... – mruknął Kevin – ono leży na miejscu tej pierwszej osady!
– Dokładnie. Właśnie tam było to pierwsze ludzkie osiedle na tych ziemiach. To w nim nasza Jeny przeżyła dzieciństwo, młodość i dorosła aż została Tharkiem. Niedługo później osada została zdobyta, splądrowana i w końcu spalona. Ci, co przeżyli, znaleźli się w Ilgenordzie, wiesz gdzie! Większość jednak zginęła, a między nimi ojciec Aleksa i ojczym Jeny.
– To oni byli przyrodnim rodzeństwem?
– Nie, Jeny była sierotą, przygarniętą przez rodziców Aleksa. Wtedy oboje, Aleks i Jeny uciekli z płonącej osady, ale Jeny została ranna, a życie uratował jej ponoć właśnie Medalion.
– Znasz tyle różnych faktów z przeszłości. – Kevin był w kolejnym szoku – Skąd? Żadne źródło historyczne nie wspomina ani słowem o tamtych wydarzeniach. Zupełnie jakbyś była ich uczestnikiem! A jak ci się udało zlokalizować tę pradawną osadę na dzisiejszym terenie?
– Przestudiowałam różne mapy, opisy i szkice. Bardzo pomogła mi moja Poprzedniczka. Pozbierała takie różne ciekawostki i wszystko mi przekazała.
– Jesteś bardzo wytrwała.
– I uparta. Ale każdy potrzebuje czasami czyjegoś wsparcia, pomocy, chociażby tylko takiej, że wysłucha i będzie gdzieś niedaleko. Ty znalazłeś się w centrum tych wydarzeń, ale tylko dlatego nam się udało! – podkreśliła słowo „nam”. – Nie wtajemniczałam cię w szczegóły mojego planu. Mogłam zapomnieć o czymś ważnym i wszystkie nasze wysiłki poszłyby na marne, ale wtedy, ... nie wiem, czy starczyłoby mi sił, aby ... nadal z tym żyć.
Poraziły go te słowa jak uderzenie w głowę. Mogły oznaczać tylko jedno, w razie fiaska ... te dwa listy!
– Nie zdobyłabym się – mówiła ze wzruszeniem – aby teraz ... pożegnać się z tobą ... po raz ostatni.
A więc te dwa listy, były przygotowane nie tylko na jakiś wypadek, tam w krypcie, ale też na fiasko całego przedsięwzięcia!
– A czy musiałabyś? – spytał czując, że drętwieją mu ręce zaciśnięte w ciemności na kierownicy.
– Nie umiałabym już inaczej ... – odrzekła – ale ... wiesz, nie mówmy już dziś o tym, dobrze?
Czuł, że cały czas patrzy na niego, chociaż on widział tylko zarys jej głowy.
– Angie ... – szepnął w ciemność przed sobą – ja ...
Jej dłoń znów bezbłędnie, choć po ciemku, znalazła się na jego ustach, znów udaremniając mu wypowiedzenie czegoś bardzo ważnego.
– Kevin, nie dziś. – jej głos dziwnie drżał – dziś chciałabym zostać sama. Muszę sobie to moje odmienione życie jakoś poukładać.
– Właśnie chciałem ci coś takiego zaproponować. – skłamał, a ona udała, że uwierzyła.
– Pójdę już. – odsunęła drzwiczki i wysiadła na trawnik. Wyskoczył z drugiej strony i obszedł wóz. Czekała na niego.
– Opat prosił, abym ... przekazała komuś podziękowania. A więc dzięki w jego imieniu za tamto ... a ja dziękuję ci za moje nowe życie. – objęła go przytulając się mocno.
I tak stali długą chwilę bez najmniejszego ruchu przeżywając wzajemną bliskość. Zdumiał się, że z tak prostego i zwyczajnego kontaktu może wyniknąć tyle emocji i cudownych wrażeń.
Oderwała się od niego, jakby ostatkiem sił i nie oglądając się pobiegła w stronę domu.
Stał jeszcze dłuższą chwilę przy samochodzie mimo, że jej sylwetka już dawno znikła wśród jasnych i ciemnych plam światła i cienia pomiędzy drzewami na skwerku. Nie śpiesząc się usiadł w końcu za kierownicą. Jego ręka odnalazła kluczyk i zamarła na nim. Sięgnął za siebie, na tylnej kanapie leżała pozostawiona przez Angie podłużna torba!
W pierwszej chwili chciał pobiec za nią, ale zaraz zrezygnował z tego pomysłu. Na pewno była już w domu, chciała być sama, więc lepiej niech tak zostanie. Torbę może oddać później. W końcu nie musiał jej znaleźć teraz, mógł dopiero w domu albo nawet jutro.
Wyjechał z osiedla i włączył się do niewielkiego już ruchu. Był zwykły dzień, czwartek, po dziewiątej wieczór, ludzie siedzieli już w domach. Nie śpieszył się, miał wiele do przemyślenia.
Było dla niego jasne, że w całym tym wydarzeniu brał udział właściwie tylko jako widz. Jego obecność tam w krypcie, oraz w ogóle dziś, ograniczyła się tylko do biernego uczestnictwa w jakimś, do końca niezrozumiałym, mistycznym obrzędzie, nie mającym nic wspólnego w wiarą, kościołem i zakonem. To, co działo się w krypcie, sięgało swymi korzeniami gdzieś daleko przeszłość, do czasów znacznie dawniejszych, niż epoka pierwszych osadników na tych ziemiach. Zakon Tharków był niewiarygodnie stary, tak stary, że nie przetrwały żadne dokumenty z jego działalności. Jenifer znalazła się w nim już u schyłku jego istnienia, ale nawet z tych czasów nie zachowały się żadne wiarygodne zapisy. W sumie poza samym faktem istnienia i mało precyzyjnych spisów zasad, dziś nie wiedziano o nim NIC! Jedynym źródłem jakiejś konkretnej wiedzy mogła być Angie, gdyby zechciała o tym rozmawiać, a najlepiej, gdyby spisała to, co o nich wie. Miał zresztą zamiar namówić ją do tego.
Tak więc jego obecność dziś ograniczyła się tylko do psychicznego wsparcie dziewczyny w jej przedsięwzięciu. Było to dla niej ważne, jak wiele razy powtarzała. W jednym tylko momencie wziął w tym czynny udział, w chwili przepływu tej jakiejś astralnej energii, która nagromadzona wcześniej, musiała znaleźć sobie jakieś ujście. Tego momentu Angie najbardziej się bała, tego był pewien. Jego obecność przy niej sprawiła, że owa energia rozdzieliła się na nich oboje, przez co skutki były znacznie mniejsze.
Co by było, gdyby całość dostała się Angie, wolał nie myśleć. Jeśli ta jego część potrafiła zamroczyć młodego, zdrowego chłopa tak, że omal nie zemdlał, to co mogła zrobić z nią? Nawet ten jej „przydział” pozbawił ją przytomności! A wydawałoby się, że Angie mająca już doświadczenia z Medalionem od kilku lat, powinna być odporniejsza!
On zetknął się z tym tak bezpośrednio po raz pierwszy. Obecnie czuł się już zupełnie normalnie jeśli nie liczyć pewnej „jasności” panującej w jego umyśle. To zjawisko już znał. Pojawiało się często po silnych przeżyciach i stresie. Raz tylko spotkał się z nim z innego powodu. W zeszłym roku poszedł na jakąś imprezę studencką w nienajlepszym nastroju. Wtedy ktoś z obecnych dał mu jakąś tabletkę ze słowami: „Łyknij to, zaraz ci będzie lepiej”. I rzeczywiście, czuł się świetnie przez całą noc mając właśnie takie wyostrzenie zmysłów i jasność w głowie. Gorzej było rano! Kac był taki, jak po tęgim piciu. Zaraz też domyślił się, że podano mu wtedy jakiś narkotyk i od tamtej pory nie dał się już nigdy namówić ponownie.
To dzisiejsze uczucie było bardzo do tamtego podobne. Uświadomiwszy to sobie przestał na razie się tym zajmować. Były sprawy ważniejsze.
Wydarzenie dzisiejsze rzeczywiście musiało przewrócić do góry nogami życie Angie. Nauczona i już przyzwyczajona do posługiwania się Medalionem, teraz została bez jego pomocy i wsparcia. Co pozostanie na przykład z jej niezwykłych zdolności? Medalion nie na wszystko ponoć miał wpływ, ale jednak miał! Na przykład na możliwość leczenia, siebie i innych, ostrzegania przed niebezpieczeństwem czy wyczuwania czyjejś obecności.
Jeśli to wszystko utraci, jak się teraz w tym odnajdzie i przyzwyczai do nowych warunków?
Odpowiedź miała przynieść najbliższa przyszłość.
Jedna rzecz w tym wszystkim napawała go lękiem: równoległa rzeczywistość! Pamiętał dobrze grotę, w której znaleźli się podczas Przekazania i teraz gdy o niej pomyślał, dreszcz przebiegł mu po plecach. Jeśli był to inny świat, równoległy do obecnego, a nie miał podstaw nie wierzyć Angie, będzie to do końca życia jego najniezwyklejsze doświadczenie. Zupełnie inaczej wyglądały teraz niesamowite cechy tej niby zwykłej blaszki! Być może Medalion właśnie pochodził z tego drugiego, innego świata? Takie jego pochodzenie tłumaczyłoby bardzo wiele. Skąd jednak w tamtych czasach wzięła się tak wysoka technika? Dzisiaj teorie czasu i przestrzeni znajdowały się dopiero w powijakach, może nieco dalej wykraczających poza poglądowy obrazek prostej i kółka. Czytał kiedyś na ten temat w przypadkowo spotkanym artykule i jeśli wiadomo dziś coś więcej, wyniki dociekań znane były tylko w elitarnych gronach naukowców. Natomiast światy równoległe istniały w zasadzie tylko w głowach fantastów!
On spotkał się z tym dziś, był tam, w tym innym świecie, ale jedynym dowodem na to był jego zegarek, śpieszący się nadal o cztery i pół minuty. Tylko kto mu uwierzy?
Zdążył jeszcze pomyśleć, że gdyby miał brata-bliźniaka, teraz byłby od niego starszy o te cztery i pół minuty, gdy dalszy ciąg myśli przerwało mu pojawienie się w światłach łazika wjazdu w uliczkę do ich domu. Wtorkowej awarii oświetlenia nadal nie usunięto i wszystko wokół tonęło w ciemnościach. Dopiero panoramiczne reflektory pojazdu odepchnęły daleko ścianę mroku.
Postanowił nie mówić nikomu o tym, co spotkało ich oboje w tajemniczej krypcie opactwa. I tak by nie zrozumieli!
Brama czekała na niego otwarta na oścież, wprowadził samochód i zaparkował za domem. Światła paliły się wszędzie, nikt jeszcze nie spał.
– A cóż to tak wcześnie? – Sebastian skomentował jego niespodziewane pojawienie się w holu.
– A co? Odzwyczailiście się już ode mnie? – skontrował go, ale nie zniechęcił.
– Nie, tylko zwykle wracasz od Angie po północy!
– A ty skąd wiesz, że od Angie?
– A niby skąd?
– Nie wiem, tyle jest różnych miejsc, skąd można wracać.
– Akurat! – zagrał mu na nosie.
Zlekceważył tak jawną zaczepkę, po części z powodu, że akurat matka zawołała go z kuchni.
– O, jesteś już! Chodź coś zjedz!
– Co słychać u twojej dziewczyny? – spytała, gdy zabrał się do kanapek.
– Jutro jedzie do ojca, na cały weekend. To gdzieś na zachodnim wybrzeżu.
– Szkoda. – westchnęła matka – Myślałam, że może odwiedzi nas znowu. To bardzo miła osoba.
Spojrzał na mówiącą zdziwiony, bo nigdy tak nie wyrażała się o jego poprzednich sympatiach.
– Zostawiła mi klucze od swojego mieszkania. Będę opiekował się jej kotem przez te trzy dni.
– Ale chyba nie przeprowadzisz się tam na ten czas?
– Na stałe nie, ale może na trochę.
– Kiedy wraca?
– W niedzielę w nocy. – odparł.
Przypomniał sobie w tym momencie, że zapomniał zabrać z kabiny podłużną torbę Angie. Po kolacji wyszedł przed dom. Noc była chłodna i pogodna jak rzadko się ostatnio zdarzało. Wygwieżdżone niebo przypomniało mu tamto widziane tydzień temu z podwórka chatki w górach. Patrzyli wtedy razem na znane konstelacje podziwiając ich jasność i ostrość. Patrzył na nie i dziś, ale jakoś dziwnie odczuwał brak tej drugiej osoby obok. Tak mocno, że po chwili opuścił wzrok, bo to uczucie pustki stawało się nie do zniesienia.
Szybko złapał torbę z samochodu i poleciał z nią na górę. W drzwiach pokoju powitało go roześmiane spojrzenie niebieskich oczu ze ściany i od razu poczuł, że nie jest sam!
Torba Angie okazała się pusta jeśli nie liczyć białej chusteczki, walającej się w środku. To w nią zawinięte było złote pudełko z roślinką. Ostrożnie wyjął chusteczkę i z namaszczeniem rozprostował na stole. W prawym rogu wyhaftowane były dwie litery: A D. Monogram Angie! Litery były ozdobne i ładnie wzajemnie przenikające się. Odruchowo powąchał chusteczkę i poczuł ... zapach dzikiej orchidei! Jak to możliwe?
Nie zastawiając się dłużej nad tym fenomenem starannie złożył chusteczkę i schował w bocznej kieszeni torby. Zawiezie ją jutro.
Gdy leżał już w łóżku nie mogąc zasnąć z nadmiaru wrażeń, z dołu dobiegły go głosy. Rodzice rozmawiali o czymś, chyba w kuchni. Nie zdziwiło go to, bo często kuchnia była miejscem wieczornych spotkań rodziny, ale zazwyczaj w jego pokoju niewiele było słychać. Dziś głosy docierały do jego uszu wyraźnie, prawie mógł rozróżnić poszczególne słowa! Pomyślał, że pewnie są pootwierane wszystkie drzwi i stąd to zjawisko.
Dopiero uświadomiwszy to sobie wreszcie zasnął zmęczony dzisiejszymi wydarzeniami.

c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 17 Sty 2016, 20:01

Dzięki za kolejny rozdział. Ponownie nie wypatrzyłem błędów.
Zatem do koniec medalionu i leczenia, ale prawdopodobnie telekineza została. Zapowiada się lepiej niż myślałem.

Po lekturze nasuwa mi się pytanie. Jeny została pochowana w klasztorze który stoi na miejscu pierwszej osady. Z wcześniejszych rozdziałów zrozumiałem natomiast że chodziło o miejsce gdzie dawniej stał klasztor Thraków. Niestety nie potrafię namierzyć tego fragmentu tekstu. Czy możesz to odszukać i jakoś wyjaśnić?
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 17 Sty 2016, 23:57

Widzę, że Cię wciągnęło moje opowiadanko. :)
Odnośnie tych miejsc, to ciało Jeny zostało spalone na stosie na górze cmentarnej. Urnę z prochami Aleks pochował w miejscu, gdzie umarła czyli blisko Osiedla (z poprzednich części). Tam też polożono głaz ze znakiem Tharków i tam został pochowany Aleks.
Przekazanie Medalionu Jeny bylo na terenie obecnego klasztoru na starym miescie.
Jesli masz jeszcze jakies niejasnosci, pisz.
c.d.
Rozdzial XVII.
Wczorajsza nerwowa atmosfera na budowie od rana osiągnęła szczyt. Martinez nie odzywał się do nikogo, co było dowodem największej wściekłości. Potwierdzała to jego czerwona gęba. Calaghan od siódmej dzwonił bez przerwy gdzieś nie wychodząc z biura. Nawet nie pojawił się rano na placu, co zawsze czynił.
Do godziny dziewiątej ekipa Kevina ułożyła pozostałe jeszcze płyty na konstrukcji i wszystko stanęło z braku materiału. Jeszcze przed dziesiątą Calaghan zwołał zebranie całej załogi w baraku. Oznajmił im, że w związku z zawaleniem się dostaw poniedziałek jest dniem wolnym od pracy. Godziny te zostaną odrobione później, gdy będzie co robić. Teraz mogą wszyscy wyjechać na dłuższy weekend. Dziś do końca zmiany zarządził porządki na całym placu.
Zaraz po jego wyjściu malowana asystentka Calaghan zawołała Kevina do telefonu.
– Cześć Kevin. – głos Angie w słuchawce był mocno zniekształcony, zapewne przez zdezelowany aparat. – Jak się czujesz po wczorajszym dniu? – Mimo zakłóceń wyraźnie usłyszał odcień troski.
– Całkiem dobrze, nic mi nie jest. A ty?
– Jakoś się chyba pozbierałam. Okaże się niebawem. Cieszę się, że nie masz żadnych sensacji, martwiłam się.
– Najwyraźniej mi to nie zaszkodziło. – Przez moment chciał jej powiedzieć o tej narkotycznej jasności w głowie, ale zrezygnował. Powie jej, gdy się spotkają.
– Słuchaj, – weszła mu w myśli – dzwonię, bo mi się chyba zmienią plany.
Serce nagle podskoczyło mu w piersi, bo wyobraził sobie, że stało się coś, co stanęło na przeszkodzie jej wyjazdowi! Tymczasem Angie mówiła dalej.
– W poniedziałek nie pracuję, mam wolne, a na dziś też już jest koniec. Dzwoniłam na dworzec i jest wcześniejsze połączenie, o pierwszej. Wiesz, to prawie sześć godzin jazdy i zamiast w nocy, byłabym na miejscu jeszcze za dnia. Wiec chyba pojadę tym wcześniejszym ...
Zawiesiła głos jakby czekając na jego opinię.
– Myślę, że warto. Tylko wtedy ja ...
– Nie przejmuj się. – weszła mu w słowo – Dam sobie radę. Są jeszcze taksówki i autobusy. Tylko, że nie zobaczymy się ... – żalu nie zagłuszyły nawet trzaski w słuchawce.
– No cóż, jakoś to będzie. – westchnął. Było mu przykro, że nie będzie jej trzy dni, a nawet się nie pożegnają. – Kiedy wobec tego wrócisz?
– W poniedziałek, pewnie po południu. Zajmiesz się Casie?
– Przecież obiecałem.
– Wiem, wiem. Naszykowałam w kuchni całą torbę żarcia dla niej. Mleko też jest. Masz klucze?
– Oczywiście. – pomacał się po kieszeni.
– Jeśli będziesz chciał, możesz u mnie spać. W kanapie jest czysta pościel. Trzeba tylko wyciągnąć szufladę spod siedziska.
– Zmieniałaś pościel? – zdziwił się – Mogłem przecież skorzystać z twojej!
– Nie, nie wypada ... no coś ty!
– A więc dzięki za zaproszenie. Może skorzystam.
– Casie będzie wniebowzięta! Kończę bo się śpieszę do domu. Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć?
– Będę tęsknił ...
W słuchawce zapadła cisza.
– ... za tobą, twoim głosem, zapachem orchidei, błękitnym spojrzeniem i twoim ciepłem.
Asystentka Calaghan, przysłuchująca się bezceremonialnie rozmowie, wytrzeszczyła w zdumieniu ciemne, podkreślone na zielono oczy. Kevin nie widział tego.
– Nie długo, Kevin ...
– Dla mnie to jak ... wieczność!
– Dla mnie także. – szepnęła, a jemu serce zabiło gwałtownie. Jakaś tama uczuć nagle pękła i zalała mu świadomość potężną falą.
– Zadzwoń, gdy dojedziesz na miejsce. Będziemy czekać z Casie.
– Nie zapomnę. Cześć. – głos miała jakoś dziwnie zmieniony.
Kevin odłożył słuchawkę drżącą dłonią.
Był już pod drzwiami, gdy asystentka odezwała się niespodziewanie:
– Szkoda, że za mną nikt tak nie tęskni.
Odwrócił się zatrzymując.
– A skąd pani wie, że nie?
– No ... – zająknęła się zaskoczona – tak mi się wydaje.
– A może pani po prostu o tym nie wie.
– Jak to sprawdzić?
– Czasem wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. – rzekł zamykając za sobą drzwi.

Do końca zmiany cała załoga porządkowała teren wokół budowy, zbierała wszelkie zbędne przedmioty i ładowała na jakąś zapomnianą przyczepę. Przy okazji Kevin zauważył brak granitowego głazu! Pozostał po nim wygnieciony placek wśród trawy porastającej wszystko dokoła ogrodzenia. Spytał przypadkowych ludzi, czy może ktoś widział co się z nim stało. Nikt nie wiedział. Pod koniec zmiany zauważył Martineza, wałęsającego się bez celu po placu. Nerwy już go opadły, więc zaryzykował pytanie.
– Zabrali go ludzie z komunalnego. – odparł majster nawet dość uprzejmie – Urządzają skwerki w centrum i bardzo im tam do czegoś pasował. A co? Też chciałeś go zagospodarować? Trzeba się było pośpieszyć!
– Trudno, – odparł Kevin udając zmartwienie – poszukam innego!
Po piętnastej szybko popędził do domu. W pośpiechu coś zjadł i pojechał na Wichrowe Wzgórze. Choć wiedział, że przecież nie było tam Angie, to miejsce przyciągało go jak magnes. Po drodze wstąpił do fotografa i odebrał zdjęcia. W zakładzie ledwie rzucił na nie okiem i pojechał dalej. Będzie miał dużo czasu na ich oglądanie.
Casie powitała go radosnym miauknięciem i ocieraniem się o jego nogi. Przywitał się z kotem i rozejrzał się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu. Angie zdążyła jeszcze posprzątać w kuchni i łazience tak, że nigdzie nie było śladu po jej wyjeździe. Zupełnie, jakby miała za chwilę wrócić do domu. Schował jej podłużną torbę do szafy w przedpokoju, wyciągnął sobie z lodówki puszkę Sprita i ulokował się na kanapie z kopertą pełną odbitek.
Wysypał jej zawartość na stół. Przed jego oczami stanęła Angie jak żywa!
Zdjęcia były świetne i to wszystkie co było raczej rzadkością. Długo przekładał je z miejsca na miejsce oglądając po kilka razy aż wybrał trzy z nich. Pierwsze z całej kliszy, zrobione ukradkiem z łazika, na którym Angie idzie ku niemu wśród zieleni skwerka. Nie byłoby w tym ujęciu nic nadzwyczajnego, gdyby nie niezwykła aureola światła wokół jej głowy. Był to efekt wykonania pod słońce. Jego promienie rozświetliły luźne kosmyki jej włosów, które wymknęły się spod słabo trzymającej je gumki. Twarz dziewczyny była przy tym schylona w dół, co dawało obrazowi uroku przez anonimowość.
Drugie zrobił w czasie wtorkowej wycieczki. Angie z jego plecakiem na prawym ramieniu wspina się za nim wąską ścieżką. Złociste włosy kitki rozpływają się po lewym ramieniu, a obcisły T-shirt ostro podkreśla uroki jej sylwetki. Ale najważniejsza była jej twarz. Lekko zamglone, błękitne spojrzenie rozszerzonych oczu, oraz ich wyraz, trochę uśmiechnięty, a trochę jakby zdziwiony. I ten piękny kolor jej ramion, kolor starego złota, mocno podkreślony zabarwieniem kliszy.
Na trzecim wybranym zdjęciu Angie siedzi w jego pokoju przy biureczku, w kurtce z chińskim znaczkiem. Na lewo uśmiecha się z plakatu jej dawna podobizna, też z takim samym znaczkiem na kimonie. Ta przy biurku też się uśmiecha i choć zupełnie inaczej, te dwa obrazy tej samej twarzy, w niezwykły sposób do siebie pasują! Dlaczego? Nie umiałby wytłumaczyć.
Było jeszcze kilka innych odbitek, nad którymi się zastanawiał. Choćby te dwie, wykonane za pomocą samowyzwalacza. Jedna oficjalna, siedzą pod skałą obejmując się wzajemnie i druga, ta „prywatna”. Odłożył ją do koperty, bo na samo wspomnienie zrobiło mu się gorąco. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu!
Trzy wybrane odbitki ustawił na stole tak, aby mógł je widzieć z kanapy. Stały oparte o flakonik i pustą puszkę. We flakoniku znajdowała się nadal różyczka, którą przyniósł jej w zeszłą niedzielę! Nadal była żywa i nie straciła kolorów, co było aż nie do uwierzenia, bo od tamtego czasu upłynęło już prawie dwa tygodnie!
Dwa tygodnie? Niewiele dłużej się znali, a on już poza nią świata nie widział. Tego się po sobie nie spodziewał, ale czuł się bardzo szczęśliwy.
Rozsiadł się wygodnie naprzeciw trzech kolorowych obrazków. Dotychczas nie zwracał na to uwagi, ale z wnętrza bloku wciąż docierały do niego różne odgłosy. A to szuranie, a to postukiwania, a to znów szum wody, albo jakieś skrobanie. Teraz dla odmiany usłyszał czyjeś kroki na schodach. Były tak wyraźne, że zerwał się na równe nogi, bo wydawało mu się, że otworzyły się drzwi wejściowe. Ale nie, były zamknięte i to na zamek. Tymczasem ten ktoś wszedł na jego drugie piętro i zatrzymał przy którymś mieszkaniu! Słyszał pukanie, prawie jakby do jego drzwi i zgrzyt otwieranego zamka, a po nim głosy, kobiety i mężczyzny. Rozróżniał nawet słowa!
Tym razem zjawisko to zaniepokoiło go. Przypomniał sobie wczorajsze, wieczorne rozmowy w kuchni.
Co tu jest grane?
Po niedługiej chwili znów rozległy się kroki na klatce. Coraz głośniejsze, ktoś szedł na górę w mocno stukających bucikach. Kobieta? Kroki zatrzymały się przed jego drzwiami i rozległo się pukanie!
Nie podejrzewając niczego zerwał się z wersalki i poszedł do przedpokoju. Na progu stała ... Meg!
Ledwie ją poznał. Włosy starannie uczesane do tyłu i spięte po bokach, Mocno wycięta bluzka na jednym tylko ramiączku w czarnobiałe mazaje, bardzo krótka, biała spódniczka i eleganckie błyszczące buciki na małej szpilce.
– Cześć! – powiedziała swobodnie, świadoma wrażenia jakie na nim zrobiła. – Zobaczyłam wasz samochód i pomyślałam sobie, że skoro jesteście to wpadnę na chwilę.
– Jasne, wejdź! – wpuścił ją do środka i zamknął drzwi. Owionął go delikatny zapach eleganckich perfum. Przy okazji zauważył, że bluzka Meg posiada z tyłu kilka wielkich „dziur”, tak wielkich, że piękna ciemno-brązowa karnacja jej pleców zajmowała znakomitą większość powierzchni.
Meg szybko obrzuciła bystrym spojrzeniem puste pomieszczenie.
– Nie ma Angie?
– Nie, nie ma. – potwierdził.
– A ... kiedy wraca?
– Jeśli masz do niej jakąś sprawę, to będziesz musiała poczekać do poniedziałku.
– Dopiero? – jakoś nie mógł wyczuć w jej głosie zmartwienia z tego powodu.
– Wyjechała do rodziców na wybrzeże. – wyjaśnił.
Meg zrobiła zmartwioną minę, ale Kevin mocno wątpił w jej autentyczność.
– Chciałam ... chciałam przekazać wam pozdrowienia od Holly.
– Dzięki, w imieniu moim i Angie. Jak się miewa? – gestem zaprosił ją do zajęcia miejsca w fotelu.
– Bardzo dobrze. Wyobraź sobie, że ma za sobą pierwsze kroki!
– To fantastycznie! – ucieszył się sadowiąc się na wersalce naprzeciwko gościa.
– Za to lekarze są w szoku. Wciąż usiłują dojść przyczyny tego zjawiska. Na razie nic nie wymyślili. Pytają też bez przerwy o was, o Angie. Powiedziałam im to, co ustaliliśmy.
– W porządku. – wtrącił.
– Tak, tylko że rodzice Holly też chcą was koniecznie poznać. Widzieli was wtedy w szpitalu, przez krótką chwilę. I tu mam problem. Jakoś nie bardzo mogę ich też tak oszukać. Znają mnie od dziecka, bo nasi rodzice przyjaźnili się od lat. Od razu się zorientują, że coś kręcę. Nie wiem, co mam robić, Kevin. Poradź mi coś.
Spodobała mu się postawa dziewczyny. Co innego oszukać jakichś tam lekarzy, a co innego rodziców czy ich wieloletnich przyjaciół.
– Im powiedz prawdę.
– Nie bardzo rozumiem. – Meg uniosła brwi.
– Powiedz im, że masz z nami kontakt, ale nie możesz dać namiarów, bo cię o to prosiliśmy. Angie nie chce się ujawniać.
– Zrozumieją? – spytała z niedowierzaniem.
– Powinni. Mogą chcieć wywierać na ciebie presję. Na przykład przez twoich rodziców. Im powiedz to samo. A potem zobaczymy. Jeśli byś nie mogła sobie poradzić, zadzwoń do mnie. Spotkam się z nimi i przekonam ich. A tak z innej beczki. Masz na coś ochotę? Może na kawę?
– Na kawę chyba za gorąco, ale jeśli masz coś zimnego, to chętnie.
Przyniósł z kuchni dwie szklanki. Meg w tym czasie dyskretnie, ale i uważnie przyglądała się trzem zdjęciom Angie na stole.
– Dzięki Kevin, za pomoc i radę. Wiedziałam, że jesteś super facetem, na którego zawsze można liczyć. – a niby to odwracając uwagę spytała: – Te zdjęcia ... przepraszam, że widziałam, ale leżały na wierzchu, czy to może z tego weekendu w górach?
Nie chciał się przed nią tłumaczyć.
– Różne. – pomyślał, że czasem dobrze mieć aparat nie drukujący daty na odbitkach. – To zrobiłem tutaj, przed blokiem, to jest u mnie w domu, a tamto pochodzi z wycieczki w góry na południe. Nieźle wyszły.
– Są bardzo ładne. – powiedziała starając się ukryć obojętność.
– Kiedy Holly wyjdzie ze szpitala?
– Jak dobrze pójdzie to ... jutro.
– Co? Już? – tego się nie spodziewał.
– A no już. I właśnie w związku z tym mam przekazać wam zaproszenie na przyszłą niedzielę, co niniejszym czynię. Będzie okolicznościowa impreza w tej okazji. Ale, jak to będzie, jeśli Angie chce zostać incognito?
– Nie wiem, Meg. To będzie zależało od niej.
Od samego początku, gdy Meg znalazła się tutaj, zauważył, że jest jakaś dziwnie spięta. Pamiętał dobrze jej sposób bycia i od razu dostrzegł różnicę. Na pewno nie była to sprawa stroju, chociaż ten jej dzisiejszy bardzo zmieniał jej image, eksponując nienaganną sylwetkę i odkrywając wszystko, co dozwolone. Jej zachowanie było inne, niż tam w górach i tu już po powrocie. Nawet sposób w jaki siedziała naprzeciw niego na pewno nie byłby zalecany skromnym panienkom. Świadoma swej wyjątkowej urody, podkreślonej delikatnym makijażem założyła nogę na nogę ignorując fakt, że krótka spódniczka i tak prawie niczego już nie zakrywała. „Dziurawa” bluzka raczej nie przypadkiem podciągnęła się nieco ukazując nad spódniczką pasek brązowej jedwabistej skóry. Nawet czarne jak węgle oczy błyszczały jakimś niepokojącym blaskiem.
Wszystko to zaniepokoiło Kevina. Pamiętał dobrze pewną, niedawną rozmowę w nocy pod szpitalem i teraz poczuł się trochę nieswojo. Meg mogła przecież wiedzieć o wyjeździe Angie! Słyszał od kumpli o metodach, jakie stosują dziewczyny, aby złapać faceta lub odbić go koleżance. Meg nie znał na tyle, ale nie podejrzewał ją o takie sposoby. Na wszelki jednak wypadek teraz postanowił uprzedzić jej działania.
– Meg, przepraszam, że pytam, ale czy ty wybierasz się dziś na jakąś imprezę?
– Może ... – odparła strzygąc oczami w jego stronę.
– A możesz mi zdradzić z kim?
– Jeszcze nie wiem, ... może z tobą?
– No, ja na pewno nigdzie się stąd nie ruszę. Opiekuję się tą rudą panienką, – wskazał na koszyk z wylegującą się rudą zawartością. – no i czekam na telefon.
– Nie musielibyśmy nigdzie wychodzić ... – Meg wstała prezentując w całej okazałości swe piękne, długie nogi i bezceremonialnie przesiadła się na wersalkę obok niego. – Nie podobam ci się?
„A więc jednak!”
– Już ci mówiłem coś na ten temat. Nie pamiętasz?
– Wiesz ... jakoś nie mogę sobie przypomnieć. – odpowiedziała przysuwając się bliżej i uśmiechając jeszcze przymilniej.
– Meg! – to już nie była zachęta.
W odpowiedzi jednym ruchem ściągnęła z siebie bluzkę. Pod nią oczywiście nic już nie miała. No, gdyby była tu Angie, mogła by poczuć się zagrożona!
Oczy Meg żarzyły się teraz jak dwa czarne węgle.
– Zobacz, jaka jestem gorąca. – prawie go dotknęła. Bluzka wylądowała na fotelu naprzeciw.
– Meg, przestań! Proszę!! – tym razem było to już ostrzeżenie.
– Czemu? Nikt nie wie, że tu jestem.
– To nie ma znaczenia. Przestań! – Kevin zerwał się z miejsca odsuwając na bezpieczną odległość.
– A jeśli nie? – także wstała sięgając do zamka symbolicznej spódniczki.
– Meg, możesz coś dla mnie zrobić – Kevin chwycił jej bluzkę z fotela. – i ubrać się! – podał jej bluzkę. Stała jak zamurowana, przyciskając do piersi czarno-białe mazaje i chyba nie wiedząc, co dalej.
– Ubierz się i usiądź. Pogadamy. – wskazał jej fotel i chwyciwszy puste szklanki ze stołu wyszedł z nimi do kuchni dając jej w ten sposób czas na spełnienie prośby.
Wykorzystała go właściwie, bo gdy po chwili wrócił z następnymi drinkami, siedziała ubrana na wskazanym miejscu. Tylko minę miała bardzo niewyraźną.
Kevin dyskretnie odetchnął z ulgą. Za nic nie chciał jej urazić, ale sytuacja zmusiła go do zdecydowanych działań. Teraz musi to dobrze zakończyć, aby zminimalizować skutki. Początek był dobry, inna na jej miejscu pewnie wyszłaby stąd trzaskając drzwiami. Meg miała do tego prawo, ale z niego nie skorzystała. To był dobry znak!
Postawił na stole szklanki. Trącił jej szklankę wymownym gestem.
– Twoje zdrowie, Meg. Cieszę się, że ... że zostałaś.
– Miałam wielką ochotę wyjść. – powiedziała naburmuszona.
– Nie miałbym ci tego za złe, ale fajnie, że jesteś.
– Strasznie się czuję. Wygłupiłam się maksymalnie.
– Wcale tak nie uważam. Pytałaś, czy mi się podobasz. Odpowiem ci szczerze, jak przyjacielowi. Jesteś piękną, wspaniałą i niezwykle pociągającą dziewczyną i trzeba by być chyba jakimś zboczeńcem, aby myśleć o tobie inaczej.
Spojrzała na niego już zupełnie zdezorientowana.
– To dlaczego? – był w tych dwóch słowach cały ocean zawodu i wyrzutów.
– Z kilku powodów. Przede wszystkim, gdybyśmy zrobili ... cokolwiek więcej, czułbym się okropnie wobec Angie. Nie wiem, czy potrafiłbym spojrzeć jej w oczy. Wprawdzie niczego sobie jeszcze nie przyrzekaliśmy, ale obiecałem jej co nieco wobec siebie. I dla mnie to jest wiążące. Jak wiesz, nie mieszkamy razem, choć moglibyśmy i nie spaliśmy ze sobą, chociaż mieliśmy po temu bardzo wiele okazji. Nie ważne dlaczego, ale może dziś już nie bylibyśmy sobą zainteresowani. Ona ma już jeden poważny i nieudany związek za sobą, to też mogło mieć wpływ ...
Przerwał widząc, że Meg pogubiła się trochę w jego wywodzie. Nie chciał mówić jej wszystkiego, bo i po co.
– A drugi powód – kontynuował – to ty!
– Ja?? – zdumiała się.
– Tak, ty. Gdyby coś tu się między nami wydarzyło, to jaki byłby dalszy scenariusz?
– No ... nie wiem.
– Właśnie! Rozeszlibyśmy się, każde w swoją stronę. Może do następnego spotkania?
– Może ...
– I co? Odpowiadałoby ci to? Bo mnie nie!
– Kevin! – pochyliła się w jego stronę jakby chciała być bliżej. – Słuchaj, ja ... od chwili, gdy się spotkaliśmy, tam w górach, gdy wziąłeś na ręce ranną Holly, poszedłeś do domu, a potem wiozłeś nas do szpitala ... przestałam widzieć cokolwiek. Nie potrafię myśleć o nikim innym ... Tyle razy byłam z tobą ... w wyobraźni ... – na to wspomnienie skrzyżowała ramiona na piersi, jakby zasłaniając się przed powrotem tamtych chwil.
Wyznanie to poruszyło go mocno. Zrobiło mu się żal tej istoty, która w końcu nie była ani zła, ani rozpustna czy szukająca tanich rozkoszy. Po prostu, niewłaściwie ulokowała swoje uczucia, a to nie jest nic złego. Zupełnie nie wiedział co mógłby jej poradzić czy jakoś pocieszyć, a dawanie jakichkolwiek nadziei byłoby najgorsze!
– Świat nie kończy się na jednym Kevinie.
– Dla mnie na razie tak! – odrzekła szybko.
– Dobrze powiedziałaś, „na razie”! Jeśli się dobrze rozejrzysz wokół siebie, znajdziesz setki takich Kevinów!
– Wiem, chcesz mnie pocieszyć ... jestem ci wdzięczna, ale to niczego nie zmienia.
– Możesz mi coś obiecać?
– Myślę, że tak.
– Gdy spotkamy się jutro na ulicy, nie przechodź na drugą stronę.
Uśmiechnęła się blado.
– To mogę ci obiecać.
– A co do przyszłej niedzieli, wszystko zależy od Angie.
– Powiesz jej, że tu byłam?
– Powiem, ale bez „szczegółów”.
– Dzięki. Głupio bym się czuła. – Podniosła się z fotela zabierając z oparcia torebkę. – Może byśmy ... zapomnieli o tym całym incydencie?
– To chyba najrozsądniejsze wyjście.
– No to ... do zobaczenia. Cześć. – skierowała się do przedpokoju.
Odprowadził ją do drzwi.
– A czy ja ci mówiłem, że świetnie w tym wyglądasz? – spytał przekręcając zamek.
– Nie pamiętam, ale chyba nie. – znów uśmiechnęła się.
– No to mówię ci to teraz. Pamiętaj!

c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 18 Sty 2016, 00:07

1. Dobra, teraz wszystko mi się zgadza. Niemniej myślałem że 'miejscem gdzie wszystko się zaczęło' był klasztor Thraków i to na jego miejscu mają spocząć szczątki Jeny i Alka.

2. Rozdział doczytam jutro wieczorem. Teraz rzuciłem okiem na treść i już widzę działalność innego chochlika. Przekopiowały Ci się myślniki, prawdopodobnie dzielące wyrazy. Myślałem że tego grania już dawno zapuszkowałeś.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 18 Sty 2016, 14:20

Zapuszkowałem, zapuszkowałem, ale właśnie się uwolnił :[ (już poprawiłem)
c.d. XVII.
Drzwi zamknęły się za nią, ale stukanie jej bucików słyszał jeszcze na parterze. Wrócił do pokoju i rzucił się na kanapę.
Coś podobnego spotkało go po raz pierwszy w życiu! Żeby taka dziewczyna ... Nie, to jakiś absurd. To się nie mogło wydarzyć! Ale delikatny zapach jej eleganckich perfum wciąż unosił się w powietrzu. Na dowód, że to nie były halucynacje.
Teraz pomyślał o czymś innym. Czy w tej sytuacji zachował się jak przystało na mężczyznę? Albert powiedziałby, że to była kompromitacja! Katastrofa na miarę zatonięcia Titanica! On nie przepuściłby nie tylko takiej jak Meg, ale żadnej, choćby była najpaskudniejsza! Kevin oczywiście nie był Albertem i miał prawo do własnych zachowań i ich oceny.
Rozmyślał nad tym dość długo i w końcu doszedł do wniosku, że jednak zachował się jak należy. Teraz wszystko zależało od Meg, jak ona to odbierze, czy w sposób dorosły, czy po gówniarsku, na przykład obrażając się. Ale to się miało dopiero okazać.
Leżał na wersalce przewracając się z boku na bok już prawie godzinę aż Casie zaniepokojona jego zachowaniem wygramoliła się z koszyka i wskoczyła obok niego. Liżąc go po ręce małym szorstkim języczkiem zaczęła upominać się o zainteresowanie swoją rudą osóbką. Pogłaskał jej miękkie futro i sztywne uszka. Zaczęła mruczeć i ocierać się pyszczkiem o jego dłoń.
Dochodziła piąta trzydzieści. Chłodniejszy dzień przechodził powoli w duszny i gorący wieczór. Słońce docierało do ziemi przez mleczną zasłonę mgieł zapowiadając gwałtowną odmianę pogody. Kevin zwlókł się z wersalki, ściągnął koszulkę i poczłapał do kuchni po jakieś picie. Casie towarzyszyła mu cały czas, krok w krok. Obie kocie miski były puste!
– To o to i chodziło! – powiedział do kota – Trzeba było tak od razu!
Nasypał do miski suchego pokarmu i uzupełnił zapas mleka. Sam wrócił do pokoju z następną puszką 7-up. Angie wyjechała o pierwszej, a więc na miejscu powinna być około dziewiętnastej. Zgodnie z umową zaraz też powinna do niego zadzwonić.
Zadzwoniła pięć po siódmej!
– Cześć Kevin, jestem na miejscu. – usłyszał w słuchawce jej wyraźny głos – Wszystko w porządku, a u ciebie?
– U NAS – podkreślił to słowo – też wszystko gra. Gdzie jesteś?
– Na dworcu w jakimś małym miasteczku. Dzwoniłam do ojca, już po mnie jedzie. To ponoć niedaleko.
– Jak się czujesz przed spotkaniem?
– Dziwnie. Jakby to miał być ktoś z dalekiej rodziny, a nie ojciec.
– Nie daj się ponieść negatywnym emocjom, zwłaszcza na początku.
– Od połowy drogi powtarzałam sobie to na okrągło. Może mi się uda?
– Na pewno ci się uda, jeśli tylko będziesz tego bardzo chciała.
– Chcę ...
– No to bądź spokojna. Wiesz, była tu Meg. Zobaczyła samochód przed blokiem i myślała, że jesteśmy oboje. Przyniosła pozdrowienia i najnowsze wieści od Holly. Wyobraź sobie, że ona już chodzi! Jutro wychodzi ze szpitala, natomiast lekarze nie mogą wyjść, ale z szoku!
– Tego się obawiałam. – westchnęła – Mam nadzieję, że Meg dotrzyma umowy i mnie nie zdradzi.
– Myślę, że dotrzyma, obiecałem jej w tym nawet pomóc, ale jest inny problem. W przyszłą niedzielę jesteśmy zaproszeni do nich na tę imprezę, na którą sami wprosiliśmy się. Co z tym zrobimy?
– Nie wiem, zobaczymy.
– Ty zdecydujesz. Zresztą, po co ja ci teraz tym zawracam głowę, masz ważniejsze sprawy.
– Meg już poszła? – spytała trochę bez sensu.
– Tak, już dawno.
– Oj, widzę samochód, jakby kogoś szukali! Kevin, to chyba oni. Trzymaj się, cześć! Zadzwonię!
Pomyślał, że to chyba trochę za szybko, jak na piętnastominutową odległość. Schował słuchawkę do zamykanej wnęki w ścianie. Wciąż miał przed oczami jej obraz jak stoi przy jakimś automacie ze słuchawką przy uchu i złocistą kitą, przewieszoną przez ramię. Był tak wyraźny i realny, że wydawało mu się, jakby przez cały czas rozmowy stała obok niego!
Usiadł na wersalce obok Casie. Rudzielec wywalił się na grzbiet i wałkonił się czekając na zainteresowanie. Miętosił miękkie futro dłuższą chwilę zastanawiając się nad jednym: Dlaczego do tej pory, a minęło już trzy godziny, wciąż czuje w pokoju zapach perfum Meg? Sprawdził kanapę wodząc po niej nosem jak pies. Nic. Lub prawie nic. Sprawdził w ten sam sposób fotel naprzeciwko. To on! Brązowe, wzorzyste obicie wyraźnie pachniało Meg i mimo, że był to przyjemny zapach, jemu kojarzył się fatalnie!
Do przyjazdu Angie powinien się wywietrzyć, żadne perfumy nie są aż tak trwałe. A jeśli nawet nie, to cóż w tym złego?
Dochodziła ósma więc szybko posprzątał ze stołu szklanki i puste puszki. Trzy wybrane zdjęcia włożył do koperty wraz z pozostałymi. Musiał je mieć ze sobą. Pogłaskał na pożegnanie kota, rozciągniętego tym razem wzdłuż kanapy, pogasił światła i starannie zamknął drzwi wejściowe. W końcu to nie było jego mieszkanie.
Zanim wsiadł do łazika czekającego pod klatką, znów spostrzegł, że nadchodząca noc, podobnie jak wczorajsza, jest jakaś wyjątkowo jasna! Latarnie paliły się już wszystkie, ale przecież nie wszędzie docierało ich światło. W plamach cienia, gdzie zwykle nie było nic widać, teraz wyraźnie dostrzegał wszystkie szczegóły jak krawężniki chodników, poszczególne płytki, a nawet kępki trawy wyrastające w szczelinach płyt. Niebo dla odmiany dziś było zaciągnięte chmurami, ale pomyślał sobie, że pewnie są cienkie, a nad nimi świeci księżyc. Ale zaraz, jaki księżyc!? Wczoraj nie było chmur, ale księżyca też nie było!
„Może wschodzi później!” pomyślał i machnąwszy ręką odpalił silnik. Najważniejsze, że wczorajsze uczucie klarowności w mózgu dziś znikło bez śladu nie zostawiając „kaca” co byłoby nieuniknione po zażyciu jakichś prochów.
Już na swoim osiedlu nie skręcił w uliczkę do domu, lecz pojechał dalej, w stronę domu Alberta. Obiecał przecież przed niedzielą oddać łazik. Zaraz za ostatnią krzyżówką wjechał w „czarną dziurę”. Ani jedna latarnia w całej okolicy się nie świeciła. „Znowu awaria.” pomyślał Albo to ta sama! Podjechał pod dom, a stamtąd do garażu. Wstawił wóz na miejsce, zamknął kluczyki i dokumenty w schowku i zatrzasnął podnoszoną bramę. Mrugnięcie czerwonego guziczka na skrzynce napędu dało znać, że teraz bez kodu nikt nie otworzy garażu. Wraz z bramą zgasło jedyne źródło światła. Ale natychmiast spostrzegł, że nocna poświata także i tutaj ułatwia mu widzenie, bo nie miał żadnych problemów z okrążeniem domu i dotarciem do głównych drzwi. Zadzwonił raz, krótko, ich znak umowny.
Drzwi otworzyła siostra Alberta.
– O! Kevin! – ucieszyła się – No właź, nie stój w progu! – prawie siłą wciągnęła go do środka.
– Cześć Vanessa. Widzę, że wróciliście znad oceanu.
– Tak, przyjechaliśmy wczoraj, wieczór.
Była sympatyczną brunetką, o miłych rysach, cokolwiek „przy kości”.
– Jak się udał pobyt?
– Nieźle. Szkoda tylko, że pogoda była w kratkę.
– Jakoś tego po tobie nie widać! – roześmiał się wskazując na opalone na brąz ręce dziewczyny. – Jest Albert?
– Nie, pracuje dziś. Już dawno wyszedł.
– Przyprowadziłem łazik, stoi w garażu.
– Nic mi nie wspominał o tym, ale wejdźżesz dalej!
– Dzięki, ale będę leciał. Może innym razem. Powiedz mu, że jutro zadzwonię.
– Szkoda, że idziesz. – była autentycznie zmartwiona. – Oczywiście mu powiem, gdy się obudzi, pewnie koło południa!
– Dobranoc, idę.
– Cześć. Zapalę ci światło przed domem, bo strasznie dziś ciemno. Była ponoć jakaś awaria.
Chciał powiedzieć, że nie trzeba, bo jest całkiem widno, ale ugryzł się w język.
Do domu dotarł bez kłopotów, choć ich ulica też znalazła się w obszarze objętym awarią. Nocna poświata była wszędzie, w uliczkach osiedla, podwórkach, pod drzewami i wzdłuż płotów i murków. „Co to jest u diabła?” myślał po drodze. Bramę zastał otwartą, widać czekano na niego i pojazd.
Po kolacji, gdy chciał już iść na górę, ojciec spytał go jeszcze:
– Zamknąłeś bramę?
– Oj, nie. Już lecę!
– Zapalę ci światło, bo dziś noc ciemna choć oko wykol!
Znów nic nie powiedział, ale gdy wrócił i zgasił lampę, wyszedł jeszcze raz na ganek.
Wcale nie było tak ciemno, jak mówił ojciec! Widział wyraźnie bramę, furtkę, chodnik do wejścia, a dalej rabatki, płot i sąsiedni dom już pogrążony w ciemności. Ale to jeszcze mało! Na rabatkach rozróżniał poszczególne kwiatki i sadzonki! Tylko kolorów jakoś nie mógł rozpoznać.
Wzruszył ramionami i zamknął drzwi od środka. Na górce wyłożył się wreszcie w łóżku i zgasił reflektorek zamykając równocześnie oczy. Z dołu, z kuchni, dobiegły go wyraźne głosy rodziców, wyraźniejsze niż wczoraj, słyszał pojedyncze słowa!
„Dość tego, idę spać i koniec rozmyślań” Choć na poddaszu było ciepło, nakrył się kołdrą na głowę.
W środku nocy pełny pęcherz zgonił go do łazienki. Nie zapalając światła i nie otwierając oczu, po omacku bezbłędnie trafił do właściwych drzwi. Gdy wrócił, w pokoju było niby ciemno, ale on widział wyraźnie wszystkie sprzęty, łóżko, krzesło, a nawet poszczególne przedmioty na biurku. Zaciekawiony wyjrzał przez okno. Znana poświata pokrywała wszystko wokół popielatym nalotem. Widział wszystko, tak jak to bywa w księżycowe pogodne noce. Z tą różnicą, że tamten krajobraz pełen był ostrych krawędzi, jasnych powierzchni i głębokich cieni. Ten przed nim był bardziej stonowany, miał więcej stopni szarości, a przez to był bardziej plastyczny i trójwymiarowy. Niebo zasnuwała warstwa chmur i wyglądały one tak, jakby gdzieś wysoko nad nimi świeciło mocne, bezkierunkowe światło. Nie sposób było ustalić jego miejsca, co byłoby możliwe w przypadku księżyca.
„Może to już świt?” pomyślał zerkając na budzik. Była druga w nocy! Do świtu było jeszcze co najmniej dwie godziny!
Już nic nie rozumiejąc położył się do łóżka. Z tej pozycji widział całe swoje królestwo tak dokładnie, jak w żadną z najjaśniejszych nocy!
„Co tu jest grane?!” ta myśl zdominowała wszystkie inne. W końcu z nią zasnął, ale chwilę wcześniej przez uchylone okienko dobiegło go dalekie szczekanie psa i skrzypnięcie jakiejś furtki, coś na co nigdy przedtem nie zwróciłby uwagi. A może po prostu nie słyszał?
c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 18 Sty 2016, 23:23

Owszem, myślniki zniknęły z rozdziałów, chyba poprawiłeś zanim zdążyłem napisać odpowiedź. Szkoda że nie zacytowałem fragmentu ;)
W poprzednim rozdziale wyłapałem błąd:
– A no już. I właśnie w związku z tym mam przekazać wam zaproszenie na przyszłą niedzielę, co niniejszym czynię. Będzie okolicznościowa impreza w tej okazji. Ale, jak to będzie, jeśli Angie chce zostać incognito?

Poza tym, dobry rozdział. Gratuluję Kevinowi wytrwałości. Sam nie wiem czy wytrzymał bym takie zaloty.

I znowu jestem rozdział do tyłu, a doba jest za krótka by wszystko nadrobić.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez sikorek48 » 19 Sty 2016, 12:08

Wrzucam c.d. Przeczytasz, jak będziesz miał czas.
Rozdział XVIII.
Ranek rozpędził nocne zmory i chociaż zanim zerwał się z łóżka, słyszał znów z kuchni wyraźne rozmowy, postanowił na razie o tym nie myśleć.
Całe przedpołudnie i czas po obiedzie aż do czwartej poświęcił na prace wokół domu. Senior rodziny postanowił postawić za domem altankę. Miała powstać wśród drzewek i krzewów, oddzielona nimi od drogi i sąsiadów. Kevin wspólnie z męską częścią rodziny kopał, nosił, rąbał i wywoził wszystko pod dyktando ojca.
O czwartej stwierdził, że teraz musi już wyjść, wypluskał się, przebrał i pół godziny później był już pod blokiem Angie. Casie zaniepokojona całodzienną samotnością radośnie powitała go za drzwiami. Nakarmił rudzielca, napoił mlekiem i wypieścił ile tylko chciała, wszystko w drodze rekompensaty. Siedząc później z nią na wersalce stwierdził dwie rzeczy. Zapach perfum Meg przez noc ulotnił się całkowicie. Zastąpił go jakiś inny, bardzo delikatny aromat, którego źródło postanowił odnaleźć później. Drugą sprawą były znów bardzo wyraźne odgłosy dobiegające zewsząd, szum wody, jakieś szelesty, postukiwania, szurania i potrzaskiwania. Zdziwiła go znów ich intensywność i różnorodność. Dlaczego nigdy przedtem nie zwrócił na nie uwagi? Czyżby mu się słuch poprawił?
„Bzdury”! skonstatował i przestał wsłuchiwać się w ściany i sufit. Zignorował też wszelkie odgłosy z klatki schodowej. Dla zabawy teraz postanowił odnaleźć źródło nowego zapachu.
Najpierw rozejrzał się w łazience. Tu czuł głównie chemię od proszku do prania i mydełka na kratce w kabinie. To czego szukał, znajdowało swój początek gdzieś indziej. Po dłuższych poszukiwaniach znalazł w przedpokoju na wewnętrznej stronie drzwi szafy odświeżacz zapachowy w pudełku z otworami po bokach!
Był pełen podziwu dla siebie, ale też nieukrywanego zdziwienia. Nigdy dotąd nie był tak wrażliwy na zapachy! Teraz, od wczoraj, odkrywał coraz większą ich ilość i różnorodność i to często w miejscach, gdzie nie spodziewał się niczego. W ten sposób znalazł maleńki flakonik perfum Angie, schowany w kosmetyczce, których chyba nie używała. Nie kojarzył tego zapachu z jej osobą, choć była to dobra marka i na pewno zwróciłby na nią uwagę.
Znalazł też inne źródła rozmaitych zapachów, a wśród nich kąpielowy ręcznik Angie, którym musiała wycierać włosy przed wyjazdem i który do tej pory pachniał ... dzikimi orchideami!
Nieco później przyszła refleksja, że nie powinien tak buszować po czyimś mieszkaniu pod nieobecność gospodyni. Coś dziwnego działo się z jego węchem i tylko to go usprawiedliwiało.
Wrócił do pokoju i wyciągnął z kurtki kopertę ze zdjęciami. Wybrane wcześniej trzy ustawił na stole. Uśmiechała się do niego z tych kolorowych obrazków, ale w końcu pozostawił tylko jedno: to z plecakiem.
I nagle zupełnie jakby poczuł jej obecność, tu gdzieś w pobliżu. Wydawało mu się nawet, ze siedzi w fotelu naprzeciwko i uśmiecha się do niego tym niezwykłym uśmiechem, w którym największy udział brały jej oczy!
– Widzisz kocie? – powiedział do Casie – Tu jest twoja pani. Może myśli teraz o tobie, a może także i o mnie?
Kot mruczał mało zainteresowany wizerunkiem na błyszczącym papierze.
W tym momencie zadzwonił telefon!
Kevin już wcześniej wyjął słuchawkę ze skrytki i położył na stole tak więc teraz zgłosił się już po pierwszym sygnale
– Jak miło, że tam jesteś. – głos Angie zdradzał dobry nastrój.
– Właśnie rozmawialiśmy o tobie z Casie.
– Taaak? Pewnie mnie obgadywaliście!
– Absolutnie nie! Mówiliśmy same dobre rzeczy. Prawda, kocie? – zmierzwił futro na jej grzbiecie. – Posłuchaj jak mruczy. – przysunął słuchawkę do pyszczka Casie, która „warczała” jak całkiem spory motorek.
– Słyszałaś?
– Pewnie!
– No to teraz powiedz, jak tam sytuacja?
– Całkiem nieźle.
– Możesz mówić?
– Tak, mogę. Jesteśmy w takiej eleganckiej kawiarni, zaprosił nas ojciec. Wyszłam do toalety i znalazłam telefon. Przyjęli mnie tu bardzo serdecznie, jakby nigdy nie wydarzyło się między nami tyle złych rzeczy. Oni, widzę, bardzo chcą, oboje, aby wszystko naprawić. Ja także, więc chyba mamy szansę.
– Wiesz, bardzo mnie to ucieszyło.
– Przedwczoraj, gdy dzwoniłam do ojca, powiedziałam mu o Medalionie i o tym, co się wydarzyło w opactwie.
– I co? – zaniepokoił się Kevin.
– Ojciec z mamą jakoś to przyjęli, gorzej reszta rodziny. Są w szoku. To była tradycja, kultywowana od wielu stuleci. Zrobiło się niezłe zamieszanie, ale i tak myślałam, że będzie jeszcze gorzej.
– Może lepiej było pogadać z nimi przed ...
– Nie. Z pozycji faktu dokonanego inaczej się rozmawia. Rodzice dali się przekonać, a i reszta będzie miała mniej wątpliwości. Inaczej na pewno by mnie zmusili do zmiany planów, a tak ... już po wszystkim i muszą się z tym pogodzić.
– I co teraz będzie? – tym razem Kevin zaniepokoił się na poważnie.
– Jutro zjedzie się tu cała rodzina. Bracia ojca, mamy, seniorzy, właśnie z powodu tego faktu. To najwyższe gremium w naszym rodzie, ale ja się nie boję. Powiem im to samo, co rodzicom. I niech decydują. Jeśli mnie odrzucą, to trudno. Z ojcem będę kontaktować się nadal, bo mi tego zabronić nie mogą.
W tym momencie Kevin zrozumiał, że sprawa dziedzictwa Angie była czymś naprawdę ważnym w jej rodzinie. Przestraszył się konsekwencji, bo nieraz widział na różnych filmach jak takie rodzinne klany potrafią karać przeniewierców. Nie powiedział nic głośno na ten temat. Angie wiedziała, co robi i chyba nie narażałaby się na śmierć albo uwięzienie do końca życia! Postanowił wesprzeć ją jakoś na duchu.
– Widzę, że przemyślałaś sobie wszystko.
– Tak, w drodze tutaj i w nocy. Nie mogłam tu spać.
– A czy... dla nas, to znaczy dla mnie i Casie, znalazłaś choć chwilę?
– Oj, głuptasie, a jak myślisz, o kim myślałam w nocy?
– Skąd mogę wiedzieć? Może ... o jakimś super facecie, sąsiedzie z autobusu?
– Częściowo zgadłeś. O jednym fajnym gościu, brązowe oczy i włosy, ciemna cera, wysoki, dobrze zbudowany, lepiej wygląda bez koszulki ... tylko, że akurat nie jechał tym kursem! A szkoda! – wybuchnęła śmiechem.
Opis pasował do niego jak ulał, a z tą koszulką też coś pamiętał, ale najważniejsze było to, że dziewczynę nie opuszczał dobry nastrój. To go cieszyło najbardziej.
– No, muszę kończyć, bo za długo mnie tam nie ma. Powiedz jeszcze, co u was?
– W porządku. Możesz spokojnie załatwiać swoje sprawy. My tu dopilnujemy wszystkiego. Prawda, Casie? – pieszczotliwie potarmosił ją za uszy. – Więc się tam trzymaj i nie bój jutrzejszego zjazdu.
– Wiesz, mniej się boję tego zjazdu, niż wczorajszej, pierwszej rozmowy z ojcem.
– Zapewne dlatego, że na ojcu bardziej ci zależy. Najważniejsze, że masz to już za sobą. Zadzwonisz?
– Tak, kiedy tylko będę mogła. Wiesz, chciałabym, żeby był już poniedziałek.
– Czemu?
– Byłabym już w domu ... i z tobą. – powiedziała to jakoś bardzo miękko i ciepło. Znów widział ją wyraźnie ze słuchawką przy twarzy.
– Wracaj, wracaj, strasznie tu pusto.
– Gdzie dziś śpisz? – spytała znienacka.
– Tutaj. – decyzja zapadła w tej chwili. – I nawet mam tu ciebie obok!
– Nie rozumiem?
– Na stole stoi zdjęcie pewnej pięknej dziewczyny, z plecakiem, wspinającej się pod górkę nad parkingiem.
– Z naszej wycieczki! – zawołała uradowana.
– Tak, a to jest najlepsze.
– No to życzę „wam” przyjemnych snów. – podkreśliła to słowo.
– Dzięki. Szkoda, że to tylko papier ...
– Na razie. – stuk odłożonej słuchawki.
Nie wiedział, czy to „na razie” było pożegnaniem, czy dotyczyło tymczasowego, papierowego wizerunku? Nie chciał dociekać, co oznaczałaby ta druga opcja.
Pomyślał, że chyba powinien pójść do jakiegoś sklepu i uzupełnić braki w lodówce, zwłaszcza w napoje i już zaczął się zbierać do wyjścia, gdy znów zadzwonił telefon.
„A to kto tym razem?” pomyślał sięgając po słuchawkę.
– Cześć Kevin, nie przeszkadzam? – to była Meg!
– Cześć. A w czym niby miałabyś mi przeszkodzić?
– Dzwonię, bo chciałam pogadać.
– No to słucham. – usiadł obok Casie na kanapie.
– Wiesz, przemyślałam sobie to, co mi wczoraj powiedziałeś. O facetach i w ogóle.
Kevin słuchał cierpliwie.
– Wyszłam stamtąd trochę zła na ciebie.
– Miałaś prawo.
– Trochę niezręcznie mówić o tym przez telefon. Może gdzieś się spotkamy?
– Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł. Wolałbym raczej nie.
– Tak myślałam. Trudno. Powiem ci tylko jedno: miałeś rację ... – w słuchawce zaległa cisza.
– Odnośnie czego?
– ... że tak postąpiłeś. Ale to dla mnie żadna ulga. No nic, nie ma co ciągnąć tej rozmowy. Cześć. – trzask w słuchawce.
Od razu opadły go wyrzuty sumienia. Może jednak powinien z nią porozmawiać. Dziewczyna może być w depresji. Tylko, czy to właśnie on powinien ją z tego wyciągać? Jego osoba nie powinna być w ogóle brana pod uwagę! „Nie nadaję się na pocieszyciela, do cholery!” mruknął wściekły na całą tą sytuację.
Złapał z kuchni jakąś siatkę i wybiegł na korytarz. Kilka bloków dalej widział jakiś market i w tamtą stronę się skierował.
Zapakował wózek butelkami, puszkami 7-up, na wierzchu znalazło się kilka puszek piwa. Na mięsnym kupił sporego kurczaka i rozmaite przyprawy. Pamiętał taki przepis z gazety na pieczonego kurczaka po meksykańsku. Gdy jechał już do kasy, nagle w przejściu mignęła mu znajoma sylwetka! Miała bardzo charakterystyczne, czarne włosy, mocno poskręcane i związane w kitę. To musiała być Meg. Dodrze, że już wychodziła. Pokręcił się między półkami jeszcze kilka minut. Gdy znalazł się na zewnątrz, przed sklepem już jej nie było.
Wracał do domu, obładowany jak wielbłąd tą sama drogą, omijając przechodniów. Ruch był, jak to w sobotę. A to jakaś kobieta z wózkiem, a to czereda dzieciaków na rowerkach, a to znów dwóch nastolatków rzucających do siebie puszką jakiegoś napoju. Po którymś, mniej celnym rzucie puszka walnęła o beton i przez wyrwane zamknięcie strzelił w górę spieniony płyn. Obaj chłopcy stali potem zmartwieni nad pustym opakowaniem obrzucając się wzajemnie winą za niezgrabność.
Kevin wyszedł zza rogu budynku. Tu krzyżowało się kilka alejek. Skręcił we właściwą i nagle stanął jak wryty. Kilkanaście kroków przed nim, wolnym krokiem, w tę samą stronę co on, szła ... Meg! Ubrana była już normalnie, w niebieskie wycieruchy i T-shirta, jakieś klapki, z włosami związanymi zwykłą tasiemką, w ręce miała siatkę czymś wypchaną. Nie spiesząc się i na szczęście nie rozglądając, szła dokładnie w kierunku jego bloku.
Kevin wiedział, że mieszka tu gdzieś niedaleko, ale czy aż tak blisko bloku Angie?
Spokojnie, aby nie wzbudzać podejrzeń, skręcił w sąsiednią alejkę, ocienioną żywopłotem i gęstymi krzewami. Tych przypadków jak na dziś było zdecydowanie za dużo! Nie miał najmniejszego zamiaru się z nią widzieć, a tym bardziej rozmawiać. Bo niby co miałby jej jeszcze powiedzieć?
Z ulgą dotarł wreszcie do domu i zaraz zamknął za sobą drzwi. Teraz, gdyby nawet ktoś zadzwonił, na pewno nie otworzył by mu.
c.d.n.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka współczesne zakończenie

Postprzez Ertew » 19 Sty 2016, 22:10

Opóźnienia nie dam rady nadrobić dziś, przy Twoim tempie najwcześniej dopiero za tydzień.

sikorek48 napisał(a):– To o to i chodziło! – powiedział do kota – Trzeba było tak od razu!
- Znowu C ;) Więcej błędów nie wypatrzyłem.

A odnośnie treści, Kevin wyraźnie wchłonął część mocy Angie. Zauważyłem to już rozdział wcześniej ale pesymistycznie założyłem że następnego dnia mu przejdzie. Widać zostanie mu to na dłużej. Nie mogę się doczekać ich spotkania i rozmowy na ten temat.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

PoprzedniaNastępna

Wróć do Wasze prace

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość

cron