Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Opowiadania, tłumaczenia, grafiki itd

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 01 Sie 2014, 09:17

Nic się nie stało, Tutee, wszyscy mamy swoje życie. Cieszę się, że już jesteś.
c.d.
X/3.
Elgardzka zima upływała łagodnie. Po noworocznych śnieżycach i przymrozkach ociepliło się znacznie i aura zaczęła bardziej przypominać pogodę z okolic Osady. Codziennie w godzinach popołudniowych ziemię zlewała woda, nawet dwu i trzykrotnie. Pomiędzy ulewami zza chmur przebłyskiwało słońce grzejąc coraz mocniej.
Miasto było dobrze zaprojektowane, zwłaszcza w rejonie rynku i przyległych okolic. Tam nadmiar wody odprowadzany był systemem rur i kanałów poza mury obronne. Nieco gorzej przedstawiała się sprawa w dzielnicach uboższych, które powoli zaczynały tonąć w błocie i kałużach. Trudno było się nawet ruszyć z domu bo rozmiękła ziemia lepiła się do butów i roznosiła wszędzie. Domownicy narzekali na te utrudnienia, wszyscy, oprócz Jeny. Jej te rozległe kałuże i wszechobecne błoto coraz bardziej przypominało Osadę i jej uliczki.
Przyroda też odczuła te zmiany. Pod ścianami i płotami pokazały się pierwsze, nowe, zielone pędy traw i zielska. Jedyne drzewo widoczne z małego okienka pokoiku Jeny, utraciło brunatną barwę zimowych liści. Brąz przeszedł w kolor oliwkowy, a na końcach gałązek pokazały się pierwsze, zielonkawe listki nieśmiało wychylające się z pękających pąków. Jeny znała to zjawisko i wiedziała, co ono oznacza.
Dziewczyna w tym czasie włączyła się intensywnie w życie rodzinne domu. Pomagała we wszystkich czynnościach domowych teraz także zastępując gospodynię w niektórych obowiązkach. Sam i Bernard nadal niechętnie patrzyli na jej wyjścia poza obejście, więc z konieczności całe dnie spędzała w domu i na podwórku.
Nie było też końca rozmowom, w czasie których Jeny poznała wiele zwyczajów i szczegółów z życia gospodarzy. Oboje pracowali na plantacjach roślin i warzyw tuż pod miastem, co było zajęciem połowy mieszkańców Elgardu. Za swą pracę dostawali całkiem przyzwoite wynagrodzenie. Oprócz tego mogli zabrać sobie część plonów swej pracy. Dzięki temu mogli sobie pozwolić na odpoczynek w zimie korzystając w tym czasie z zapasów. Prace w polu miały rozpocząć się dopiero z początkiem wiosny, więc Sam i Marta mieli jeszcze trochę wolnego.
Jeny szybko zaprzyjaźniła się z nimi, a najbardziej w dwójką ich dzieci, Inką i Brunonem. Oboje bardzo przylgnęli do niej i prawie zawsze któreś z nich jej towarzyszyło włócząc się za nią jak cień. Jeny z kolei była ciekawa, jak wygląda życie jej rówieśników w mieście, toteż wiele godzin spędzili na rozmowach. Odbywały się one najczęściej w pokoiku na górce, gdzie nikt im nie przeszkadzał.
Jeny w tym czasie nabyła dla siebie w sąsiednim sklepiku bluzę i spódnicę, taką jak nosiła większość kobiet w mieście. Ciemna spódnica do kostek uszyta była z grubego miękkiego materiału, natomiast bluza z cieńszego i miała sznurowania z przodu i długie rękawy. Był to świetny strój do codziennych zajęć, ale przede wszystkim Jeny wyglądała w nim jak najzwyczajniejsza mieszkanka Elgardu. Gdyby nie własna, jasna czuprynka, coraz dłuższa, spadająca jej już na ramiona i plecy, nikt w niej nie rozpoznałby mieszkanki innego kraju.
Gdy Bernard zobaczył ją po raz pierwszy w tym stroju, tylko pokręcił głową.
– Nie przypuszczałem, że potrafisz tak wtopić się w otoczenie. – powiedział oglądając ją ze wszystkich stron.
W odpowiedzi dziewczyna włożyła jeszcze rudą perukę.
– Tego mnie kiedyś uczono. Chyba z niezłym skutkiem? – dodała z przekornym uśmiechem.
– Z niezłym? Z rewelacyjnym!
– Dzięki temu jeszcze żyję, Bernardzie.
– No tak... To prawda.
Bernard zaglądał do nich prawie codziennie, zwykle tylko na chwilę. Na pytający wzrok dziewczyny odpowiadał niezmiennie:
– Jeszcze nie. Trzeba czekać.
Życie toczyło się więc ustalonym trybem w nieodstępnej asyście Inki, Brunona, a najczęściej obojga na raz. Inka mając piętnaście lat właśnie ukończyła swoje przygotowanie do życia i teraz czekała już tylko na osiągnięcie odpowiedniego wieku, aby rozpocząć samodzielne życie. Bruno był bardzo uzdolniony technicznie, ale obecnie jak każdy dorastający mężczyzna przechodził szkolenie na wypadek wojny i oblężenia miasta. Nauki pobierał wraz z grupą rówieśników w szkółce wojskowej, prowadzonej przez instruktorów z armii. Był pod wielkim wrażeniem tych zajęć i ćwiczeń z bronią.
Pierwsze rozmowy młodych koncentrowały się jednak na Osadzie i Jeny musiała opowiadać o zwyczajach, prawach i życiu jej mieszkańców. Opowiadając o ostatnich czasach dziewczyna wielokrotnie łapała się na tym, że wciąż ma przed oczami nie istniejące już domy, izby i uliczki, a także ludzi, których już nie ma wśród żywych. Powracała myślami do rzeczywistości Osiedla. Ale te obrazy nie wywoływały tak barwnych wspomnień. Dużo za to mówiła o lasach, skałach, jeziorach i wąwozach jej kraju, a robiła to tak kolorowo i ciekawie, że Marta i Sam także często się przysłuchiwali. A opowiadać Jeny umiała! Do tego doszły jeszcze pokazy zachowań i zwyczajów rozmaitych zwierzaków, co chyba najbardziej podobało się młodszej części widowni.
Kiedyś nadszedł na to Bernard i dając jej znak, aby sobie nie przeszkadzała, usiadł w kącie na ławie i zamienił w słuch. Gdy skończyła, a wszyscy rozeszli się zostawiając ich samych, powiedział z uznaniem:
– Pięknie opowiadasz, Jeny. Nie byłem tam nigdy, a mam wrażenie, jakbym na własne oczy widział te lasy i jeziora.
Dziewczyna uśmiechnęła się skromnie.
– Pewnie tęsknisz za tamtym światem.
– Bardzo. Chciałabym jak najszybciej móc tam wrócić. Brakuje mi go coraz bardziej, ludzi i zwierząt, i moich znajomych miejsc.
– A czy zastanawiałaś się… – tu zniżył głoś do szeptu – co zrobisz już po wszystkim?
Pokręciła głową z bezradną miną.
– Nie wiem, Bernardzie, nie wiem, co będzie ze mną, gdy się to już rozstrzygnie, ale na pewno nie zostawię mojej przeszłości. Tam zostali ludzie, którzy na mnie czekają, matka, mój chłopak, przyjaciele… Nie mogę ich zdradzić.
– A czy nie zdradzisz wtedy nas, Oligotów?
– Wiem, o czym myślisz i dlatego mówię „nie wiem”. I na razie Bernardzie nie mówmy o tym. Nie jestem jeszcze gotowa.
– Dobrze, jak chcesz. – Przyjrzał się uważniej szczupłej, wysokiej sylwetce dziewczyny – Wiesz, gdy tak ciebie tu dziś słuchałem, jak pięknie potrafisz formułować myśli, jaki masz szeroki zasób słownictwa, zdałem sobie sprawę, kogo tak na prawdę słucham. Nie dziką dziewczynę z Pogranicza, lecz…
– Pst! – Jeny położyła palec na ustach. – Nie używaj nigdy tego imienia, prosiłam cię. Czas prawdy jest już bliski, ale jeszcze nie nadszedł.
– Swoją drogą, Sam i Marta to ludzie pewni i dyskretni, oni umieliby dochować tajemnicy.
– Na pewno – potwierdziła z przekonaniem – i dlatego nie chcę ich niepotrzebnie narażać. Znając prawdę mogliby też próbować traktować mnie w jakiś wyjątkowy sposób, a tego także nie chcę. Niech więc tak pozostanie.
– Jak sobie życzysz. – skapitulował.
I tak zostało. Dni płynęły leniwie, urozmaicane tylko coraz intensywniejszymi oznakami zbliżającej się wiosny. Jeny nadal czynnie uczestniczyła w życiu rodzinnym, może także i dlatego, że był to jakiś sposób na skrócenie czasu oczekiwania. Chwytała się też coraz częściej zajęć, zwykle nie należących tutaj do kobiet.

Pewnego dnia widząc Brunona rąbiącego na podwórku drewno na opał, wyszła do niego. Jasne słońce, grzejące coraz mocnej i dłużej z czystego nieba sprawiało, że w okolicy południa można było przebywać poza domem bez ciepłych okryć. Jeny niewiele myśląc podwinęła rękawy bluzy i wyjęła siekierę z rąk chłopaka.
– Co robisz? – zdziwił się Bruno.
– Daj, teraz ja trochę popracuję. – odparła stawiając na pieńku następny klocek.
Błysk siekierki i klocek rozpadł się na dwoje.
– O! – zdziwił się Bruno. – widać, że nie robisz tego po raz pierwszy!
– Tam, skąd pochodzę, kobieta musi umieć wszystko! – uśmiechnęła się sięgając po nowy klocek.
– Walczyć też? – zagadnął.
– Też. – kolejne machnięcie i na stosik pod ścianą spadły dwie następne szczapy.
Chłopak przyglądał się z zainteresowaniem silnym, opalonym rękom Jeny w czasie gdy stosik drewna pod okapem szybko rósł.
– Jeny, może wystarczy, teraz ja. Nauczyciel od szermierki mówił, że rąbanie drewna to świetny trening. Wyrabia siłę i celność cięcia.
– Myślę, że ma rację. – rzekła oddając mu siekierę. – mój nauczyciel miał inne sposoby, ale ty lepiej słuchaj swojego.
– Ja już dużo umiem. – pochwalił się.
– To wspaniale.
– Wczoraj wypożyczyłem dwa ćwiczebne miecze. Chcesz spróbować?
– Co… Co? – zdziwiła się, ale pomyślała „w końcu czemu nie? Podwórko jest zasłonięte ze wszystkich stron, więc?”
– No to … przynieś.
Chłopak kopnął się do domu, a ona zaraz za nim. Spódnica! W czymś takim nie da się ćwiczyć. Przypomniała sobie jak przez taką kieckę o mało nie zginęła w rezydencji Liwii. Musi się szybko przebrać.
Plącząc się w przydługą spódnicę wbiegła po schodach na górę. W pokoju zrzuciła niewygodny strój i wskoczyła w swoje skórzane spodnie i bluzę, wszystko ściągnęła paskiem. Była gotowa.
Bruno zjawił się na podwórku tuż po niej z dwoma drewnianymi mieczami, identycznymi, jakie widziała w koszarach Pulla. Jakimś dziwnym wzrokiem omiótł sylwetkę dziewczyny, co nie uszło jej uwagi.
– Czemu mi się tak przyglądasz? – spytała biorąc od niego jeden z mieczy.
– Nie… Nic… – chłopak stropił się mocno – Chyba zapomniałem już, jak naprawdę wyglądasz.
Jeny tylko się uśmiechnęła stając w pozycji.
– No to zaczynaj! Ja będę się tylko bronić.
Już po kilku cięciach zorientowała się, że chłopak nie zmarnował czasu, poświęconego na naukę. Nieźle opanował podstawowe zasady ataku i asekuracji. Tępy stukot mieczy zwabił na podwórko Inkę. Stanęła jak wryta w drzwiach i z przerażenia omal nie krzyknęła.
– Spokojnie Inko, my tylko ćwiczymy! – zawołała Jeny nie przerywając walki.
Dziewczyna stanęła pod ścianą obserwując oboje z zaciekawieniem, ale i z niepokojem.
– Nieźle, Bruno! – skomentowała Jeny zatrzymując walkę. – Całkiem dobrze radzisz sobie w ataku. Teraz sprawdzimy twoją obronę. Uważaj! Atakuj, a ja będę odpowiadać!
Pierwsza odpowiedź Jeny zakończyła się klęską Bruno. Jeny zrobiła niespodziewany unik i w następnej chwili tępy sztych jej broni dotknął piersi chłopaka!
– Co zrobiłem źle? – spytał zbity z tropu.
– Za mocno się wychylasz przy cięciach z góry. Możesz stracić równowagę, a wtedy tak się to może skończyć! – Jeny uniosła miecz – Uważaj, powtarzamy!
Tym razem Bruno nie dał się zaskoczyć, za co dostał pochwałę.
– Szybko się uczysz! – dodała z uznaniem.
W tej chwili drzwi do sionki uchyliły się i mignęły w nich twarze Bernarda i Damiana. Jeny coś zadrżało, gdzieś w środku. Coś musiało się wydarzyć, skoro przyszli obaj! Bruno stał tyłem do domu i nie widział wchodzących.
– No, Bruno, jeszcze raz! Ale nie bój się, dołóż mi, porządnie!
Zaatakował z impetem i tak był zaaferowany walką, że nie dostrzegł dwóch nowych obserwatorów. Jeny wywijała się jak piskorz i tylko od czasu do czasu odpowiadała. Należało jakoś tę walkę zakończyć, tylko jak? Rozwiązanie nadeszło niespodziewanie.
Nagle miecz chłopaka wyleciał w powietrze i spadł pod ścianą komórki. Bruno patrzył zdumiony, to na swoją wytrąconą broń, to na Jeny, i w końcu na obu gości.
– A niech to… – zaklął.
– No, na dziś koniec. – Jeny podała mu swoją broń trzymając ją za „ostrze” – Naprawdę, nie przypuszczałam, że tak dużo już się nauczyłeś. – dodała z uznaniem uśmiechając się.
– Aaa…a, to? – wskazał swój miecz.
– To jest taka sztuczka. Nauczę cię kiedyś, bo czasem się przydaje.
Bruno stał nieruchomo zmartwiony porażką.
– Nie przejmuj się tym, młodzieńcze! – rozległ się głos Damiana. – Ona to zrobiła wytrawnemu wojownikowi i to nie na ćwiczeniach, ale w walce na śmierć i życie. I to na oczach dwóch wrogich armii! Witajcie moi kochani.
– Witajcie. – Jeny podeszła do obu mężczyzn – Stało się coś?
– Chodźcie do domu, musimy porozmawiać.
Pełna rozmaitych myśli weszła do izby, a za nią wszyscy pozostali. Zaraz też przybiegli Sam i Marta. Obsiedli niewielki stół naokoło.
– Słuchajcie, nareszcie nowe wieści! – zaczął Bernard – Właśnie przybył posłaniec od Flaniusza. W Nirwie wszystko gotowe. Są już Bracia Wielkiej Księgi wraz z Wielkim Strażnikiem. Flaniusz wraz z pięcioma tysiącami ludzi wyruszył w drogę dzień po wyjeździe posłańca. Zapewne przekroczyli już granicę. On wraz z Braćmi przybędą na miejsce spotkania za dziesięć dni. Taki też termin spotkania podany został Gerhardowi. Przyjął go bez słowa, ponoć jest bardzo załamany.
– Nareszcie. – mruknęła Jeny, a pozostali nie wiedzieli, czy dotyczy to terminu, czy załamania dyktatora.
– Nasi ludzie – kontynuował Bernard – kończą stawiać dom, w którym odbędzie się spotkanie. Wyposażenie, to jest wielki stół i krzesła zapewnia Imperator. Oczywiście nasi ludzie sprawdzą meble pod kątem jakichś ukrytych pułapek. To samo zrobią ludzie Gerharda w całym domu. Pull powołał pod broń cztery tysiące żołnierzy i gwardzistów.
– O, rany! – wyrwało się Brunonowi – toż to cała armia!
– To bardzo dobrze. – dodał Damian –Dowodzi to tylko, jak bardzo Elgardczykom zależy na naszym bezpieczeństwie.
– Myślę, – rzekł Bernard – że równie mocno zależy im na własnym. Ale to dla nas lepiej. Z terenów Pogranicza idzie też kilka tysięcy ludzi, dezerterów z armii Imperium. Ilu dokładnie, nie wiemy. Są uzbrojeni, zorganizowani, to też prawdziwa armia. Możemy na nich liczyć. Jeśli sprawdzą się nasze przewidywania, zbrojne wsparcie Samanty będzie liczyć około piętnaście tysięcy ludzi, dobrze wyszkolonych i uzbrojonych. Myślę, – tu skłonił się w stronę Jeny – że księżniczka powinna być zadowolona.
– Mam nadzieję. – odparła Jeny, a Bernard tylko się uśmiechnął.
– Ale najważniejsza wiadomość, – ciągnął Bernard – dotarła do mnie przed chwilą. Milar uzyskał od Triady wszelkie pełnomocnictwa w sprawie Samanty.
Jeny nie wiedziała, co to są „pełnomocnictwa”. Nie spotkała się dotychczas z tym słowem, ale domyślała się, że oznaczać musi coś w rodzaju „przyzwolenia”.
– Na spotkanie z Gerhardem Milar wyznaczył oprócz siebie, Pulla, Ardo oraz mnie i tu obecnego Damiana. Oczywiście ciebie Jeny także. Pozostali uczestnicy będą od Flaniusza, oczywiście Bracia Księgi na pierwszym miejscu. No i najważniejsza osoba, Samanta!
– Kiedy ruszacie? – spytał Sam.
– Pierwsze oddziały armii już są w drodze. Jutro dołączą do nich zasadnicze siły z miasta, a reszta będzie przyłączać się po drodze z nadgranicznych garnizonów. Milar, Pull i Ardo wyjeżdżają za trzy dni, a my – wskazał na obecnych – razem z nimi! Ale za jednym wyjątkiem! – utkwił wzrok w oczach Jeny – Ty, najważniejsza po Samancie osoba, masz wolną rękę co do terminu wyjazdu. Pull oddał ci do dyspozycji dwustu osobowy oddział gwardii pod dowództwem kapitana Zenda. Możesz nim dysponować według swego uznania. Musisz tylko zdążyć wraz z księżniczką na spotkanie, a jak i kiedy to zrobisz, pozostawił do twojej decyzji. – mówiąc to uśmiechnął się, ale tylko Jeny dostrzegła nieco kpiący wyraz w jego twarzy. Odwzajemniła mu się tym samym.
– Pojadę ze wszystkimi do granicy, a dopiero potem was na trochę opuszczę. Chyba lepiej będzie, jeśli samotna i bezbronna dziewczyna nie będzie się w pojedynkę włóczyć po tych niebezpiecznych terenach.
Zebrani roześmiali się, a najdłużej chichotał Damian.
– Już ja widziałem tę „bezbronną dziewczynę”! Ale jeśli chcesz jechać z nami, to ja się tylko cieszę.
– Kochani! – zawołał Bernard uciszając przyjaciół – Zostało nam już tylko trzy dni! Jak jesteście z przygotowaniami? Jeny, ty pierwsza.
– Ja? Ja mogę jechać choćby jutro.
Pozostali zdawali sprawę z przygotowań, a Jeny uświadomiła sobie, że zapowiedź owego wydarzenia to także zapowiedź wielkich zmian w jej życiu. Największych, jakie miały nastąpić od roku, gdy musiała opuścić dotychczasowy świat, który legł w gruzach i zgliszczach. Może nawet większych, bo kończących kilkunastoletni okres rozpoczęty pojawieniem się jej w Osadzie. Teraz, w przededniu ukończenia przez nią 19-tu lat, świat w którym żyła, miał zostać zmieniony na jakiś nowy, w sumie nie znany, a przede wszystkim obcy i odległy. Co w takim razie stanie się z jej dotychczasową osobowością i jaki będzie dalszy los Jeny? Jej świadomość pozostanie w ciele Samanty i to ciało, to będzie jedyna rzecz, jaką będzie znała. Nowe życie, może lepsze i piękniejsze lecz bez przeszłości, bez wspomnień z dzieciństwa i młodości, może stać się nie do zniesienia. Wszelkie obecne uczucia trafią w pustkę, w wielką, czarną dziurę, bez dna i końca. Ostatecznie cała jej osobowość może się tam znaleźć, bez kontaktu z otoczeniem! To będzie oznaczało tylko jedno: jej śmierć!
I nagle, tak jak tamtego wieczoru w zamku Milara, gdy ktoś uchylił jej rąbka tajemnicy z przyszłości, tak i teraz ujrzała przed oczami dziwny obraz. Otworzyła się przed nią ogromna sala z dwoma rzędami kolumn i łukowato sklepionym stropem. Jasne światło wpadało przez szereg wysokich okien z lewej strony i kładło barwną mozaikę na wzorzystej posadzce. Podwoje rozchyliły się do końca i teraz ujrzała dwa szpalery ludzi pod ścianami sali. Na końcu tego podwójnego szeregu, na podwyższeniu na ozdobnym fotelu siedziała jakaś postać. Otaczało ją kilkunastu ludzi w bogatych strojach stojących nieruchomo po obu stronach tajemniczej osobistości.
Jakaś siła popchnęła ją do przodu i zaczęła iść środkiem sali w kierunku tronu. Mijani ludzie patrzyli na nią z sympatią, ale niektórzy obrzucali ją niezbyt przychylnym wzrokiem. Idąc czuła, że ma na sobie swoją skórzaną spódniczkę i bezrękawnik, odczuwała też ciężar miecza na plecach i pasa z kieszonkami na biodrach. Niebieskie plecionki uciskały delikatnie jej ramiona i czoło.
Rozpoznawała twarze niektórych ludzi, nawet tych na końcu sali, natomiast twarz osoby w centrum była niewyraźna, jakby pokrywała ją mgiełka. W miarę jak się zbliżała, dostrzegała coraz więcej szczegółów z otoczenia tronu. Osoba siedziała wyprostowana, sztywna, opierała ręce na złoconych zwieńczeniach boków fotela, a nogi na czerwonym podnóżku. Na głowie miała błyszczący złotem strój, z kolorowymi ozdobami. Podobne błyski pełgały po fałdach granatowego płaszcza i krwisto-czerwonej sukni, widocznej spod niego. Dwa mieniące się złotem i srebrem pasy spływały z jej ramion i łączyły się z trzecim, opasujący jej kibić. Kilka szerokich stopni, łączących salę z podwyższeniem pokrywała błękitno zielona materia, sprawiająca wrażenie jakby spływała spod nóg osoby na tronie aż do początku szpaleru. Twarz osobistości, wciąż nierozpoznawalna, była blada, a spod złocistego nakrycia głowy spadały jej na obie strony długie, jasne jak zboże włosy, sięgając ramion i piersi.
Jeny doszła do końca sali i zatrzymała się u stóp schodów. Jej pojawienie się nie wywołało żadnej reakcji wśród osób otaczających tron. Zupełnie jakby była przezroczysta! Spojrzała jeszcze raz w górę i ... zdrętwiała! Ta osobistość przed nią, kobieta, na władczym tronie, to była Samanta!!
Jeny patrzyła na nią jak na własne odbicie w lustrze. Samanta miała nieruchomy wzrok skierowany przed siebie i utkwiony gdzieś wysoko w przestrzeni. Nie widziała Jeny stojącej tuż przed pierwszym stopniem. Powoli, pokonując jakiś wewnętrzny opór uniosła stopę i postawiła ją na pierwszym schodku. Stanęła na nim. Nikt w otoczeniu władczyni nadal nie drgnął ani nie spojrzał w jej kierunku. Kolejno pokonała wszystkie stopnie, a na ostatnim uklękła na tym samym podnóżku, na którym Samanta opierała swoje stopy w niezwykłych, płaskich bucikach. Poprzez skórę kolan czuła miękkość i delikatność czerwonej tkaniny.
Samanta ani drgnęła wpatrując się wciąż przed siebie.
Jeny wyciągnęła swe opalone na brąz ramiona z niebieskimi plecionkami powyżej łokci i położyła dłonie na bladych rękach Samanty. Widziała swoje ręce na dłoniach Samanty i nagle poczuła gwałtowne zimno płynące do jej rąk od rąk Samanty. Poczuła ciarki i drętwienie palców, stawów i mięśni!
Przerażona cofnęła ręce. Samanta ani drgnęła. Podniosła się z klęczek i spojrzała w oczy Samanty. Teraz dopiero je zobaczyła! To nie były jej oczy!! Samanta nadal patrzyła na wprost, ale jej spojrzenie zdawało się przechodzić na wylot przez jej pierś i znikać gdzieś pod sklepieniem. Czarne, szeroko otwarte źrenice pochłonęły prawie całe szare tęczówki, ale nie to było w nich najstraszniejsze. Jej oczy były martwe, bez kropli życia, jak u kamiennej rzeźby!! Jeny przerażona coraz więcej gwałtownie cofnęła się i obejrzała za siebie w kierunku, w którym wpatrywała się Samanta. Zdumiona nie ujrzała już sali kolumnowej!
Była w zupełnie innym miejscu! Stała w tym samym, ulubionym stroju oparta łokciami o chropowatą powierzchnię muru na jakiejś wysokiej wieży lub baszcie. Przed nią rozciągał się wspaniały widok na miasto! Lecz nie był to Elgard. Nie znała tego miejsca, nie była tu nigdy, ale czuła, że ten widok nie powinien być jej obcy. Równe rzędy domów, poprzetykane gęsto zielonymi drzewami, ciągnęły się aż do odległej linii obronnej. Wszystko skąpane było w złocistych promieniach słonecznych, wydobywających wszystkie odcienie zieleni drzew, szarości murów i brązu dachów. Dalej, poza zębatą krawędzią murów, po bokach rozciągało się bezkresne morze leśne z wystającymi gdzieniegdzie jak wyspy, koronami ostańców-olbrzymów. Na wprost połyskiwała tafla wodna mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy. Zasnuty niebieskawą mgiełką horyzont oddzielał od błękitu nieba wąski pasek półwyspu z charakterystyczną wyrwą w środku! Poznała go od razu! To cieśnina na Wielkie Jezioro! A ta woda przed nią to ich Zatoka!!
„Osada,.... moja Nowa Osada.” Te słowa zadźwięczały jej w głowie jakby wypowiedziane przez kogoś innego.
Wiatr zaszeleścił w wąskich okienkach strzelnic za jej plecami i rozrzucił jej długie włosy. Widok zasłoniła złocista mgiełka…
– Jeny, Jeny! – ktoś szarpał ją za ramiona i delikatnie poklepywał po twarzy. To Damian!
– Przytomnieje! – zawołał Bernard.
Niechętnie wracała do elgardzkiej teraźniejszości. Resztki widoku Nowej Osady rozwiały się w rzeczywistości wraz z otwarciem oczu.
– Jeny, co się stało? – dopytywali się wszyscy otaczający ją wokół ludzie.
– Nie wiem…… Co się ze mną działo? – spytała rozglądając się po znajomej izbie.
– Wyglądało to tak, jakbyś zemdlała. – wyjaśnił Damian.
– Nic nie pamiętam….. ale chyba coś mi się przyśniło.
– Jak się teraz czujesz? – spytała Marta.
– Chyba …. dobrze. – nie zabrzmiało to zbyt przekonywująco.
– Może jednak lepiej będzie, jeśli położysz się u siebie i odpoczniesz? – zaproponował Bernard.
– Ale nic mi nie jest. – zaprotestowała próbując wstać, ale jakoś dziwnie miękko zrobiło się jej w kolanach.
– A widzisz! Bernard ma rację. Chodź, zaprowadzę cię na górę. – Damian bezceremonialnie przełożył sobie jej ramię wokół szyi i pomógł jej podnieść się z krzesła. Sam chciał wziąć ją z drugiej strony ale zaprotestowała energicznie. W pokoiku pozwoliła położyć się na łóżku i okryć narzutką. Chwilowe sensacje już minęły, ale chciała teraz zostać sama i na spokojnie przemyśleć to co ją dziś spotkało. Toteż nie zaprotestowała ani słowem, gdy Damian zarządził:
– Poleż tu sobie do kolacji, ktoś po ciebie przyjdzie. Resztą się nie martw, zajmiemy się wszystkim. Ty myśl o najważniejszym: o Samancie!
Bruno i Inka zaglądali ciekawie przez drzwi do środka.
– A wy, marsz na dół. Jeny musi odpocząć. I bez wykrętów!
Posłuchali go od razu choć mieli wielką ochotę dotrzymać dziewczynie towarzystwa.
Jeny została sama. Promienie zachodzącego słońca, wpadające przez uchylone okienko, rozświetlały wnętrze pokoiku barwiąc wszystko na żółto i pomarańczowo. Orzeźwiający powiew powietrza przyjemnie chłodził rozpalone czoło dziewczyny.
Wymowa dzisiejszego przekazu, w przeciwieństwie do tamtego poprzedniego, była jednoznaczna. Zamiast jakichś niejasnych obrazów, oderwanych od siebie, ktoś przekazał jej dokładny obraz jej samej w dwóch skrajnych sytuacjach. Dzięki niemu zrozumiała ostatecznie, że życie w roli władczyni, wśród dworzan i arystokracji, nie jest jej pisane. Czekała ją tam śmierć, nie fizyczna, lecz znacznie gorsza, duchowa! Tam stałaby się bezwładną lalką, kukłą, pozbawioną całej swojej obecnej osobowości. Cóż z tego, że otaczał ją przepych i bogactwo i na pewno nie musiała się martwić, co będzie jutro jeść i czy za plecami nie czai się ktoś z mieczem lub kuszą!
Druga możliwość była skrajnie inna. Jeśli to, co widziała z tajemniczej wieży, było naprawdę Nową Osadą, to do jej powstania upłynie na pewno wiele czasu. Takie miasta buduje się kilkadziesiąt lat i ona może nie dożyć do końca tego zamierzenia. To, co widziała z góry, mogło być odległe nawet o sto i więcej lat! Taka budowla wymaga udziału znacznie większej liczby ludzi, niż żyło w obecnym Osiedlu. Może więc Opatrzność przeznaczyła jej tylko jakąś początkową część tego dzieła? Jeśli nawet miało tak być, to i tak wolała to drugie rozwiązanie, nawet gdyby miała nie dożyć finału!
Kto i dlaczego, a także w jaki sposób przekazywał jej te niesamowite wizje? Nie miała o tym pojęcia, ale ten ktoś dziś zrobił to w najlepszy sposób. Obrazy ukazały jej dokładnie, jakie życie czeka ją w przyszłości, a która wersja ma się zrealizować, miała o tym sama zadecydować. I to teraz, za kilka dni! Potem nie będzie już odwrotu.
W zasadzie decyzję już podjęła, ale wciąż miała rozmaite wątpliwości. Do dziś! Te dwa skrajne obrazy rozproszyły ostatnie niejasności. Teraz wiedziała na co się decyduje i z czego musi zrezygnować. I dziwne, wcale tego nie żałowała! Wręcz przeciwnie, odczuła jakiś wielki, wewnętrzny spokój, pewność siebie i zdecydowanie. A na końcu... radość! Nareszcie! Nareszcie będzie mogła być tylko sobą, przestać udawać kogoś innego, kogoś z kim nie mogła się zidentyfikować!
Usiadła na łóżku.
Chwila ostatecznego wyzwolenia była już bliska, zbliżała się z każdym powiewem wiatru z okienka, z każdym krzykiem przelatującego ptaka.
Jeny wiedziała, czuła to całą sobą, że na tej drodze czaiło się jakieś niebezpieczeństwo, jakieś groźne przeszkody, które będzie musiała pokonać. Czy znajdzie na to dość sił? Nie wiedziała, ale póki co, od tej chwili jest już tylko Jeny z Osady nad Wielkim Jeziorem, córką Dave’a i Megi, narzeczoną Alka... I nikim więcej!
Zeskoczyła z łóżka. Ściągnęła przez głowę beżową bluzę i cisnęła ją na krzesło, gdzie leżała już elgardzka spódnica. Dość tego przebierania się!
Mosiężna blaszka na rzemyku błysnęła pomiędzy jej piersiami. To jej przypomniało, kim jest i kogo ma do pomocy. Ostatnio Medalion nie wykazywał żadnej aktywności, jakby stracił swoją całą moc. Znała już to zjawisko. Była wszak wśród przyjaciół, gdzie nic jej nie mogło zagrażać. Wiedziała też, że gdy nadejdzie ostateczna rozgrywka, Medalion znów ożyje i da znać o sobie w odpowiedniej chwili. Tego była pewna!
Szybko włożyła swoją skórzaną bieliznę i ukryła Medalion na swoim miejscu. Wciągnęła zamszową kurtkę i zapięła pas. Z dna podróżnej torby wygrzebała sfatygowane niebieskie plecionki i założyła je na nadgarstki i czoło. Naszyjnik z połyskujących kłów też znalazł się na miejscu! Strój uzupełniony został kapsułką na obroży i zamszowymi butami.
Z czułością wyjęła swój nóż i obejrzała pod światło. Była to wszak pamiątka, pierwszy prezent od Starego Łowcy, lecz jakże ważny! Delikatnie wytarła w szmatkę nieco już sfatygowane ostrze i schowała broń na miejsce.
Przyjrzała się sobie krytycznie. Chyba troszkę... no tak, jakby nieco przytyła w talii?! Pasek zapięty na właściwą dziurkę uciskał ją nieznacznie!
Poza tym może być. Skórzany obcisły strój podkreślał cienką jednak talię, biodra i piersi niewiele ukrywając z jej sylwetki. Już niedługo zrobi się ciepło, a na tę okoliczność na dnie torby czekała spódniczka i bezrękawnik. W nich dopiero poczuje się sobą!
Gdy była już gotowa, ktoś delikatnie zapukał do pokoju. Była to Inka. Wsunęła głowę przez drzwi.
– Jeny, prosimy do nas, ko....... O!! Rany!! – zawołała widząc ją w tym niezwykłym, jak na to miejsce, stroju.
– To nasza ostatnia beztroska wieczerza, Inko. – otoczyła ją ramieniem – Chodźmy, trzeba to uczcić.
cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Tutee » 02 Sie 2014, 21:35

Nie wiem, czy dobrxe kojarzę Sikorku, ale zdaje mi się, że Twoja bohaterka jest przy nadzieji? Bo cosik mi się chyba pomieszało :-P
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Linux Chrome

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 05 Sie 2014, 10:00

Nie, jeszcze nie tym razem. Na razie to wynik spokojnego życia.
c.d.
Rozdział XI.
Powiew ciepłego wiatru poruszył delikatnie burzą jasnych włosów wysokiej dziewczyny stojącej wśród niskopiennych krzewów. Trzymała za uzdę objuczonego i zdrożonego deresza. Za nią piętrzyły się strome ściany górskiej przełęczy, a przed nią rozciągała się jak okiem sięgnąć wspaniała panorama pagórkowatej krainy. Jasne plamy łąk i polanek mieszały się z ciemnymi obszarami lasów, a wszystko poprzecinane było mnóstwem dolinek, rzeczek i wąwozów. Czas elgardzkiej wiosny, zwany tutaj początkiem Pory Słońca, wybuchł fontanną zieleni i kwiatów o najpiękniejszych na świecie kolorach. Wszystko, co przetrwało ostry, podgórski klimat, budziło się śpiesznie do życia jakby chcąc nadgonić stracone w chłodach i przymrozkach miesiące. Powietrze posiadało charakterystyczny, cudowny zapach i było przesycone mieszanką kwiatów, pąków i młodej zieleni.
Dziewczyna wchłaniała go w płuca rozkoszując się każdym nowym oddechem i odkrywając coraz to nowe jego składniki. Popołudniowe słońce kładło na jej opalonej twarzy złote refleksy i tworzyło głębokie cienie wokół policzków i lekko zadartego noska. W szarych, rozszerzonych oczach, odbijających błękit dalekiego nieba, płonęło jakieś zagadkowe światło. Była w domu. Po raz pierwszy od pół roku patrzyła na te urokliwe pagórki i wąwozy, nieprzebyte lasy i szerokie łąki i nie potrafiłaby opisać uczucia, które falą wzbierało w jej piersi. Jej obecna droga, droga którą sama wybrała, dobiegała końca.
Po pięciu dniach podróży przez gęsto zaludniony kraj dotarli do podgórza. Wojska przebyły tę drogę wcześniej. Wszyscy uczestnicy spotkania podróżowali z 500 osobowym oddziałem Gwardii pod dowództwem Pulla. Szóstego dnia, czyli dzisiaj, przekroczyli granicę. Po drugiej stronie nie zastali żadnych posterunków Imperium. Jeny, podróżująca na dereszu, choć Pull namawiał ją do zajęcia miejsca w powozie Milara, westchnęła na widok resztek szałasów, pozostałości po straży granicznej Gerharda. Przypomniały jej, jak pokonywali ją po raz pierwszy z Alkiem oraz Flintem w roli przynęty. Czy mogła wtedy marzyć o takim zakończeniu tej historii? Może gdzieś w najśmielszych wyobrażeniach…
Teraz spoglądała z góry na miejsce, gdzie jutro rozstrzygną się losy nie tylko jej kraju, lecz też kilku innych państw oraz wielu tysięcy ludzi. Ale ten finał nie będzie łatwy. Zbyt wielu ludziom przeszkadzać będą te zmiany i zrobią wszystko, aby do nich nie dopuścić. Być może skończy się to jej śmiercią i całe przedsięwzięcie legnie w gruzach, ale przynajmniej umrze z przeświadczeniem, że zrobiła wszystko, co mogła. Teraz jej przyszłość zależy już tylko od Opatrzności i do Niej skierowała swoje westchnienia.
Za plecami dziewczyny, wśród niskopiennych krzewów pojawił się młody, wysoki mężczyzna. Podszedł do niej i stanął obok. Dziewczyna zerknęła na nowoprzybyłego i dalej spokojnie obserwowała okolicę. Młodzieniec stał chwilę nieruchomo, ale widać było, że się niecierpliwi.
– Jeny… – zaczął niepewnie.
– Stało się coś, Pull? – spytała wciąż patrząc przed siebie.
– Nie, nic, … ale dziś jeszcze musimy być w obozie, więc…
Nie odpowiedziała. Uszanował jej milczenie.
– Widzisz obóz? – spytał dopiero, gdy oderwała się od swych myśli i spojrzała w jego stronę. – To tam, przy tamtej łące, której skraj widać zza lasu. – wskazał ręką.
– A ten dom, gdzie mamy się z nimi spotkać?
– Nie widać go stąd. Jest na wschód od obozu, za tamtym wzniesieniem.
Znów zaległa cisza.
– Jeny… – Pull poruszył się niespokojnie – Wiem, co czujesz, ale…
– Nie możesz wiedzieć, co czuję. – przerwała mu – Nigdy nie byłeś i obyś nie był, w takiej sytuacji, jak ja.
– Próbuję sobie wyobrazić.
– To nie to samo, – przytuliła policzek do jedwabistej sierści na szyi deresza. – ale w jednym na pewno masz rację. Jest późno i trzeba jechać.
Zanim zareagował z tyłu rozległ się głos:
– Panie komendancie!
– Już idziemy, Zend! – odkrzyknął Pull.
Jeny odwróciła się od leśnej panoramy myśląc, że może widziała ją po raz ostatni.
W tej chwili od strony gór napłynął przedwieczorny powiew zimnego wiatru. To powietrze było zupełnie inne, czyste jak kryształ, ale pozbawione tchnienia jej ojczyzny. Dreszcz przebiegł jej po krzyżu, więc nawróciła śpiesznie wierzchowca i ruszyła w dół, gdzie na drodze wśród skał czekał już powóz Milara i drużyna Zenda.
Tuż po zachodzie słońca orszak Milara dotarł do lasu, stanowiącego punkt zborny całej armii. Na miejscu byli już wszyscy dowódcy i wszyscy uczestnicy spotkania. Jeny z ciekawością obserwowała srebrzysty, śpiczasty namiot Braci Księgi. Mnisi ulokowali się tuż obok namiotów oficerskich Elgardu. Dla niej wyznaczono na kwaterę niewielki „domek z płótna”, (jak nazwała go w myślach). Straż przy nim trzymało czterech żołnierzy w zielonych mundurach i dwóch gwardzistów Pulla. „Obstawa, jak dla jakiejś osobistości” pomyślała odchylając płócienną zasłonę wejścia. Wyposażenie było skromne, oprócz łóżka, mały stolik i dwa krzesełka o śmiesznej konstrukcji. Ledwie zdążyła się w nim rozejrzeć, gdy przyniesiono jej rzeczy, podróżujące w wozach Milara, więc mogła się jakoś urządzić w tym niezwykłym mieszkaniu.
Ledwie skończyła, gdy przybył posłaniec od Pulla, że Wielki Strażnik chce ją pilnie widzieć. Przewidywała, że najważniejszy zakonnik będzie chciał z nią porozmawiać przed jutrzejszym spotkaniem. Obciągnęła pas, skórzane ubranie, poprawiła miecz Tharków na plecach, z którym się ostatnio nie rozstawała i wyszła.
Ominęła kilka namiotów elity elgardzkiej i wyszła wprost na wysoki, srebrzysty namiot Braci Księgi. Zapadał już zmierzch, ale połyskliwy materiał był dobrze widoczny na tle żywej, wiosennej zieleni i ciemniejszego nieba. Było ciepło, znacznie cieplej niż wczoraj wieczór, gdy stawali na nocleg po tamtej stronie gór. Dzisiejsza aura przypominała jej jako żywo okolice Osady. Jeszcze dzień, dwa i można będzie pochować zimowe ubrania do skrzyń.
Namiot Braci Księgi był już o dwa kroki, ale nadal nie dostrzegła nikogo wokół, ani żołnierzy, ani mnichów. Nikogo, komu mogłaby się opowiedzieć. Trudno. Energicznie odsunęła zasłonę i zagłębiła się w ciemnym wejściu.
Zaskoczyło ją wyposażenie pierwszego pomieszczenia. Było puste! Tylko na ziemi rozciągnięty był barwny dywan, a w kącie stał prosty, czarny stolik. Zrobiła dwa kroki ku środkowi sali, gdy nagle jak spod ziemi wyrosła przed nią postać w czarnej opończy z kapturem na głowie.
– Tutaj nie wolno wchodzić, młodzieńcze! – powiedział ostro mnich.
Jeny zatrzymała się w pół kroku.
– Wielki Strażnik chce mnie widzieć. Jestem Jeny... i nie jestem do cholery żadnym „młodzieńcem”! – miała już serdecznie dość tłumaczenia się wszystkim.
Mnich natychmiast spostrzegł swą pomyłkę. Skłonił się przepraszająco i rzekł.
– Wybacz, panienko Jenifer. Spodziewałem się...kogoś...
– …innego? – dokończyła za niego.
– Tak, właśnie.
– Przykro mi, że cię rozczarowałam. – uśmiechnęła się zadowolona, że mu dowaliła.
– Proszę zostawić tu swoją broń. – wskazał stolik w rogu.
Jeny zdjęła miecz i wyciągnęła nóż ze schowka w bucie. Na widok tego ostatniego oczy mnicha zrobiły się okrągłe ze zdumienia. Taką reakcję widziała już nie jeden raz.
Opanował się szybko i odsunął niewidoczne wejście do dalszych pomieszczeń.
– Wielki Strażnik czeka! – wykonał zapraszający gest, a jej coś zadrżało w środku. Wielkiego Strażnika nie ogląda się co dziennie! Tylko jakieś nadzwyczajne wydarzenia towarzyszą obecności tego człowieka! Pokonując nieco miękkie nogi przestąpiła niski próg.
Tu także nie było żadnych sprzętów oprócz dywanu i lampki oliwnej uwieszonej przy ścianie. Dopiero na samym końcu ujrzała jakiegoś człowieka, także w czarnej opończy, siedzącego po turecku na skraju dywanu. Na widok wchodzącej mnich odwrócił się ku niej. Teraz dopiero zauważyła, że jego habit ma srebrne pasy na wyłogach i wokół odrzuconego w tył kaptura.
– Witaj, Ojcze. – pozdrowiła go zatrzymując się na skraju dywanu. To „ojcze” przyszło jej do głowy w ostatniej chwili. Nikt nie raczył jej powiedzieć, jak powinna się do niego zwracać.
Zakonnik pochylił się w głębokim ukłonie.
– Usiądź panienko. – wskazał jej miejsce niedaleko siebie.
Ponieważ nie było żadnego sprzętu do siedzenia usadowiła się tak jak on, na skraju dywanu. Przyjęła przy tym pozycję, jakiej nauczył ją Stary Łowca, z jedną nogą podwiniętą, a drugą wysuniętą do przodu. Mogła tak siedzieć bez ruchu bardzo długo.
Zakonnik przyglądał jej się dłuższą chwilę w wyraźną ciekawością. W jego spojrzeniu wyczuła, ku swemu zdziwieniu, wyraźną nutkę sympatii. Wytrzymała spojrzenie niezwykłych, młodych oczu starając się nie wkładać we własne zbyt dużych emocji. Nie powinna zdradzić się za wcześnie przed tym tajemniczym człowiekiem.
– A więc, to ty jesteś Jenifer… – urwał wpatrując się wciąż w nią.
– Tak, Ojcze, z Osady Nad Bagnami. – dokończyła.
– Czy to twoje prawdziwe imię?
– Nie. Moje prawdziwe imię znali tylko moi zmarli rodzice.
– A skąd wzięła się „Jenifer”?
– Tak nazwali mnie moi przybrani rodzice.
– A ... Dziewczyna Z Ruin?
– Aż tak daleko dotarło to moje przezwisko?
Skinął głową i klasnął dwa razy w ręce. Wszedł jakiś drugi mnich niosąc pięcioramienny świecznik i postawił go na środku dywanu, między nimi. Teraz wreszcie zrobiło się widno i Jeny mogła lepiej przyjrzeć się rozmówcy.
– Więc twierdzisz, że odnalazłaś Samantę i jesteś jedyną, która wie, gdzie ona się ukrywa? – mówił powoli, miał nieco dziwny akcent. Kiedyś pomyślałaby, że jest może jakimś podróżnikiem, lub kupcem z dalekich krajów.
– Tak, ale nie jestem jedyna. – wyjaśniła. – Tę tajemnicę zna kilkoro moich najbliższych z Osiedla, a także Bernard, przywódca Organizacji w Elgardzie. Powierzyłam mu ją na wypadek, gdyby na przykład coś ... mi się stało.
– Bardzo rozsądnie. Bernarda znamy już od wielu lat. Ale powiedz mi, jakim cudem udało ci się to, czego nikt inny nie mógł osiągnąć?
– To był przypadek, Ojcze. – powiedziała zgodnie z prawdą.
– Wierzę ci. – rzekł mnich – Przed spotkaniem będziesz musiała jednak przyprowadzić księżniczkę do mnie. Będę musiał wcześniej dokonać identyfikacji, aby przy spotkaniu móc zaświadczyć o jej autentyczności. Spotkanie będzie jutro o zachodzie słońca.
– Zdążę.
– Czy... – chciał chyba spytać o coś innego, ale się zawahał. – czy ona jest daleko stąd?
– Jeśli wyruszę po nią o świcie, Samanta nie spóźni się na spotkanie. – odrzekła dyplomatycznie.
Zakonnik znów przypatrywał jej się chwilę bez słowa. Miała nawet wrażenie, że się uśmiecha.
– I kto by to pomyślał, – powiedział jeszcze wolniej – że taka młoda osóbka wywrze aż taki wpływ na losy tej części świata.
– Ja? – zdziwiła się.
– A ty, ty. Rozejrzyj się wokół. – wyciągnął rękę w stronę, skąd dobiegały odgłosy obozowej krzątaniny – to wszystko, co tu się dzieje...
Jeny milczała wpatrując się w zakonnika.
– Gdyby nie ty, dziewczyno, to wojna zaczęłaby się już w zeszłym roku! Nie sposób przewidzieć jej przebiegu, ale mogła doprowadzić nawet do zdobycia Elgardu. Imperium było wtedy silne, bardzo silne. To ty wytrąciłaś im inicjatywę z rąk. Nie dość, że zapobiegłaś pierwszemu konfliktowi, to jeszcze pozbawiłaś Imperium najsilniejszej twierdzy. Nie doceniasz się, Jeny.
Czuła jak rumieniec oblewa jej policzki. Nie umiała nad tym zapanować.
– Wiem o tobie wiele, bardzo wiele. Wiem, jak zajadle ścigał cię Gerhard, wiem o zamachach na twoje życie. A ty mimo to potrafiłaś wyciągnąć z niewoli swoich rodaków i jeszcze spaliłaś Ilgenord. Wiem też o Flaniuszu, Fidaniuszu, Witeliuszu, Juniuszu i ludziach z trupią główką. O innych drobniejszych twoich wyczynach już nawet nie wspomnę.
– Ależ Ojcze! – zawołała wzburzona – Ja sama nigdy bym tego nie dokonała!
– To nie tak, Jeny. – zaprotestował energicznie – Sama nie, ale bez ciebie to wszystko po prostu nie wydarzyłoby się. Rozumiesz? I to jest dla mnie zagadką. Największą zagadką!
Umilkł i siedzieli chwilę w ciszy.
– Wiem też o ... Liwii.
Jeny zatkało.
– Skąd?! Jak to możliwe? O tym wiedział tylko Alek, ja i dwoje ludzi z Elgardu!
– Nie doceniasz ... Księgi.
– Ojcze, powiedz mi, w księdze są opisane nasze dzieje, czy tak?
– No, nie całkiem, ale coś w tym rodzaju.
– Czy... czy nam się uda? – musiała zadać mu to pytanie.
Zakonnik uśmiechnął się.
– Tego nie wiem. Księga ma tę właściwość, że otwiera się tylko na kartach przeszłości i teraźniejszości. Przyszłoś, choć też opisana, jest zamknięta i nikt nie ma do niej dostępu, nawet ja.
Spostrzegł, jak przy tych słowach dziewczyna dyskretnie rozgląda się wokół.
– Szukasz Księgi? – znów się uśmiechnął – Nie ma jej tutaj. Ona nigdy nie opuszcza ani klasztoru, ani nawet sekretnego, pilnie strzeżonego pomieszczenia. Miejsce jej przechowywania znane jest tylko najwyżej wtajemniczonym. To wraz ze mną zaledwie pięciu zakonników. Jej treść, tę dostępną, znamy wszyscy na pamięć, słowo w słowo i dlatego nie musimy jej nigdzie zabierać. Zresztą, nie byłoby to chyba możliwe. Ale dość na ten temat, jeśli chcesz, możemy porozmawiać o tym później. Teraz pomówmy o jutrzejszym dniu. Zaraz po przybyciu przyprowadzisz Samantę do mnie. To konieczne abym mógł poświadczyć jej autentyczność. Ale ty ponoć też wiesz o jej niezwykłych umiejętnościach?
– Tak. Samanta mi pokazała.
– A o znamieniu też wiesz?
– Tak.
– Wiesz gdzie ona ma to znamię?
– Nie wiem, nie powiedziała mi.
Zakonnik uśmiechnął się tym razem dość zagadkowo. W jego oczach ujrzała niezwykłe ożywienie. Opanował się natychmiast.
– A więc... – nadal był dziwnie rozkojarzony – dopiero po identyfikacji pójdziemy na spotkanie. Tam zaświadczę o prawdziwości księżniczki, a Gerhard będzie miał dwie możliwości: albo podpisze deklarację poddaństwa i odda jej władzę, albo ... banicję. Trzeciego rozwiązania nie ma.
Jeny nie wiedziała, co oznacza owa „banicja”, ale to słowo kojarzyło się jej z odejściem.
– Nie byłabym tego pewna. – rzekła po chwili.
– Czego nie jesteś pewna? – spytał unosząc brwi.
– Jest jeszcze trzecia możliwość.
– Jaka? – zdziwił się Strażnik.
– Może po prostu pozbawić życia Samantę i wszystkich świadków!
– Co takiego? Nie odważy się!
– Nie? A przecież to on kazał zabić Samantę, jej rodziców i brata, więc czemu nie miałby zrobić tego po raz drugi? On nie respektuje żadnych umów ani zobowiązań, jeśli nie są po jego myśli!
Mówiła głośno, a jej słowa długo dźwięczały pod sufitem pomieszczenia. Zakonnik siedział dłuższą chwilę z zamkniętymi oczami, w skupieniu coś rozważając. Nie przerywała mu tego stanu czekając cierpliwie. Wreszcie spojrzał na nią jakimś innym wzrokiem i rzekł:
– Brałem pod uwagę i tę możliwość. Na spotkanie wszyscy przyjdą bez broni. Budynek sprawdziliśmy bardzo dokładnie, jest bezpieczny. Meble, dostarczone przez Imperium badaliśmy bardzo skrupulatnie i nie znaleźliśmy żadnych pułapek. Każda ze stron wprowadzi po 30 swoich ludzi, też nie uzbrojonych, ale w razie czego będą pod ręką. Samanta może przestać się obawiać o swoje życie. Przekaż jej to! – dodał z niepokojącym błyskiem w oczach.
– Tak, ojcze, przekażę.
– Jeszcze jedno! Elgard zabezpiecza eskortę tobie i ... Samancie. – znów ten dziwny wyraz oczu. – Kiedy wyruszacie?
– O świcie.
– No cóż, to chyba wszystko, Jeny. Zobaczymy się jutro przed spotkaniem, gdy przyjdziesz tu z ... Samantą.
„Co się dzieje?” myślała nieco wystraszona wracając miedzy namiotami do swojego domku z płótna. „Czyżbym się czymś zdradziła przed Wielkim Strażnikiem? Prawdopodobnie tak, bo od pewnej chwili zachowywał się dziwnie. Dokładnie to od momentu, gdy powiedziałam mu o znamieniu! Czyżby Samanta o nim mogła nie wiedzieć? A no może i nie!”
W domu doszła do wniosku, że jeśli nawet Strażnik odgadł jej tajemnicę, to w końcu nic się nie stało. Na pewno zachowa to do jutra przy sobie w trosce o bezpieczeństwo księżniczki. Jutro, gdy zjawi się u niego jako Samanta, będzie mu musiała zdradzić prawdę, bo tylko tak będzie mogła okazać mu znamię, które zostanie ukryte pod peruką z długimi włosami. To nawet i dobrze, bo w takim razie Strażnik odda jej jeszcze jedną przysługę, bardzo ważną!
Ale teraz nie miała już czasu na rozmyślania. Należało się przygotować na jutrzejszy dzień.
cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Tutee » 05 Sie 2014, 12:51

No to faktycznie mi się wydawało, lecz nie jest to wykluczone w jakimś czasie :-) ten rozdział jest, według mnie, bardzo tajemniczy. Ciekawi mnie postać Strażnika, ogólnie rzecz ujmując, nie podoba mi się ten koleś :-)
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Linux Chrome

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 08 Sie 2014, 09:25

Wielki Strażnik to bardzo ważna figura w tamtym świecie.
c.d.
XI/2.
Ranek zastał ją już w siodle. Jechała obok Pulla w otoczeniu kilkuset gwardzistów i żołnierzy pod dowództwem Zenda. O brzasku spakowała wszystkie swoje rzeczy i obwiesiła deresza prawie całym swym dobytkiem łącznie ze starą i już mocno wyświechtaną derką. Dla pozoru w domku musiała coś zostawić i wybór jej padł na bukłak z wodą i torbę z prowiantem. Pull jakoś dziwnie spoglądał na ten jej bagaż, ale nie odezwał się ratując ją przed koniecznością kłamstwa. Musiała to wszystko ze sobą zabrać jeśli miał powieść się jej osobisty plan na dzień dzisiejszy.
Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetliły las wokół nich wydobywając z szarości świtu jasną, wiosenną zieleń i feerię barw tysięcy kwiatów, którymi udekorowane były krzewy, trawy a nawet z rzadka mijane skałki. Rześkie powietrze poranka dodawało otuchy, ale nie było w stanie stłumić obaw. Oto wstawał dzień, ostatni dzień starego porządku. Jutro, gdy znów wzejdzie słońce, świat który zastanie będzie już inny. Ale jaki, czy lepszy? Miała taka nadzieję.
Uniosła prawą rękę i dotknęła rękojeści miecza Tharków, jak zwykle sterczącej nad ramieniem. Kiedyś ten dotyk ją uspokajał, dodawał pewności siebie, ale dziś nie przyniósł spodziewanej ulgi. W decydującej chwili, gdy będzie mogło wydarzyć się wszystko, co najgorsze, ona nie będzie miała go ze sobą. Podobnie jak kusza i reszta, miecz zostanie w tajemniczej grocie. Wprawdzie będzie miała ze sobą coś innego, nowego, czego jeszcze dobrze nie poznała, ale czy mogła na to coś liczyć tak, jak na tego wiernego towarzysza?
Zbliżała się chwila, kiedy będzie musiała przeistoczyć się w Samantę. Do tej roli przygotowywała się już od dawna. Oprócz ubrania, które było ważne, ale nie było wszystkim, ćwiczyła przed lusterkiem w pokoiku na piętrze różne miny. Doszła do wniosku, że pewien niewielki grymas ściąga na tyle rysy jej twarzy, że będzie go mogła wykorzystać do niewielkiej korekty swojej (tzn. Samanty) fizjognomii. Oczywiście tylko w najważniejszych chwilach. Drugim problemem były jej brwi i rzęsy. Biali mieli brwi jasne, jak włosy czyli prawie niewidoczne. Jej brwi dziwnym trafem były ciemne i wyraziste, ale z tym powinien poradzić sobie wybielający balsam. Zostawały jeszcze oczy, ale z tym już nie mogła nic zrobić. Także ze wzrostem, wyróżniającym ją w otoczeniu. Wprawdzie granatowe buty, które kupiła dla Samanty, miały cienkie zelówki, ale czy ta niewielka różnica będzie w ogóle zauważalna? Na szczęście większość czasu zapewne spędzi w siodle, a tam takie szczegóły nie są istotne.
Próbowała także zmienić choć trochę swój głos. Po wielu nieudanych próbach nadała mu jednak nieco inną barwę i to tak, żeby wyglądała na naturalną. Czy to się wszystko uda, miało okazać się już niebawem. Miała wiele wątpliwości, ale liczyła na jedno: ta cała maskarada nie miała trwać długo, najwyżej do wieczora. Jakoś to musi wytrzymać.
Jakby zgadując jej niepokoje Pull zrównał się z nią koniem i zagadnął:
– Jak samopoczucie?
– Nie szczególne.
– Nie obawiaj się niczego, jesteśmy z tobą.
– Dzięki, że mnie tak wspierasz.
– A powiedz mi, – komendant przybliżył konia i jechali teraz strzemię w strzemię – co zamierzasz robić jutro?
Zaskoczył ją trochę tym pytaniem.
– To zależy, jak skończy się „dziś”. – odrzekła uśmiechając się.
– Myślę, że tylko w jeden sposób. Upadkiem Imperium!
– Mam nadzieję...
– Zobaczysz, że tak się stanie. A więc, co z tym jutrem?
– Nie wiem. – odpowiedziała wzdychając – Pewnie pojadę do swoich. Już pół roku ich nie widziałam, nawet nie wiem, czy żyją?
– A nie wydaje ci się, że Samanta w uznaniu twych zasług zechce zabrać cię ze sobą do Nirwy?
– Do Nirwy? – udawane zdziwienie wyszło jej świetnie – Ale po co?
– Może będzie chciała mieć cię nadal przy sobie, jako na przykład doradcę, albo, nie wiem, dowódcę straży przybocznej?
– Wiesz, co myślę o życiu w pałacach i zamkach?
– Niestety wiem – Pull zmarkotniał – i bardzo tego żałuję. Ale Samanta może dać ci jakąś inną funkcję, nie koniecznie w zamku. Jesteście chyba przyjaciółkami.
Stwierdzenie to bardzo ją rozbawiło, o mało nie wybuchła śmiechem. Opanowała jednak przypływ wesołości i siląc się na obojętność odrzekła:
– Przyjaciółkami? Nie, raczej nimi nie jesteśmy.
W tej chwili od czoła pochodu przyniesiono wiadomość, że już zbliżają się do ostatniego parowu, prowadzącego wprost do ukrytego przejścia. Taki punkt orientacyjny podała im Jeny zaraz po wyjściu z obozu.
Słońce stało już wysoko i jego ciepłe promienie wysuszyły rosę z traw, która parując unosiła się w górę zabierając ze sobą oszałamiającą woń okolicznych kwiatów. Rozglądając się wokół Jeny stwierdziła, że czas potrzebny im do powrotu w terminie, skurczył się znacznie. Należało się śpieszyć. Nagle poczuła coś jeszcze!
Pull dał hasło do zatrzymania oddziału, gdy niespodziewanie Jeny zsiadając powiedziała szeptem do niego:
– Pull, wydaje mi się, że ktoś nas śledzi.
– Gdzie? Skąd? – dopytywał się wystraszony.
– Z tyłu za nami na wzgórzu jest kępa drzew. To chyba stamtąd.
Pull obejrzał się.
– Spokojnie. Ty rób swoje, a tamtymi my się zajmiemy. Zaraz kogoś tam wyślę. Czy koniecznie musisz jechać dalej sama? – spytał z niepokojem.
– Tak, nie zmieniłam zdania.
– To może być niebezpieczne. – odrzekł i w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, kto przed momentem jako jedyny wyczuł jakimś szóstym zmysłem czyhające gdzieś w pobliżu zagrożenie.
– Oj, oj.... – mruknął – Komu to ja się nieopatrznie oświadczyłem?!
Udała, że nie słyszy tego komentarza, a w duchu pomyślała: „Żebyś ty bracie wiedział, komu się oświadczyłeś!”
Pull wraz z Zendem i kilkudziesięcioma ludźmi towarzyszyli Jeny aż do samego końca wąwozu. Gdy tam dotarli dziewczyna wstrzymała konia.
– No, moi panowie! Teraz zostańcie tutaj i poczekajcie, aż pojawi się tutaj Samanta. I uważajcie na okolicę! – dodała spinając deresza.
Obaj stali nieruchomo patrząc za oddalającą się postacią aż do chwili, gdy zielone gałęzie, poprzetykane słonecznymi plamami, zasłoniły jej sylwetkę. Jeszcze tylko przez moment mignęła im jej jasna czupryna, ale i ją pochłonęła wszechobecna zieleń.
– Jak myślisz, Pull, – gdy byli tylko we dwóch, kapitan zwracał się do dowódcy po imieniu. – Dokąd ona jedzie?
– Głowy sobie nie dałbym uciąć, ale chyba do przejścia pod górami.
– Myślisz, że tam mogłaby ukrywać się Samanta?
– Może. Ale takich jaskiń i grot jest w tych górach mnóstwo. Znalezienie tam kogoś graniczy raczej z cudem.
– Ale tego, jak powiedziałeś „cudu” dokonała nasza Jeny!
– Wiem. – mruknął Pull – To trudne do uwierzenia, ale to prawda.
Żołnierze pozsiadali z koni i rozłożyli się obozem na zboczach wąwozu. Pull i Zend także uwiązali wierzchowce i usiedli przy drodze. Kapitan wysłał kilkunastu zwiadowców w kierunku podziemnego przejścia, aby w odpowiedniej chwili otoczyli opieką obie dziewczęta i czuwali nad ich bezpieczeństwem.
– Wiesz, – odezwał się Zend, gdy już posilili się przywiezionym prowiantem – Nie wiem, co za diabeł siedzi w tej naszej Jeny? Gdyby była facetem, uznałbym, że jest zdolnym, odważnym i pełnym fantazji kawalerem. Takim, co to i do wypitki i do wybitki. Ale to jest dziewczyna, Pull!
Komendant nie odezwał się, więc Zend mówił dalej.
– Nie wspomnę już o tym pojedynku z Witeliuszem, bo tam byłeś. Ja byłem z nią pod Ilgenordem. I wiesz co ci powiem? Niby to ja dowodziłem, ale w ekstremalnych warunkach to ona podejmowała decyzje i były to decyzje na miarę naszego życia. Na początek uniemożliwiła ucieczkę więźnia. Gdyby Link zwiał nam wtedy, nie pozostałoby nam nic innego, jak wracać do domu z podwiniętymi ogonami! Gdy w ostatniej chwili odkryto nas w grocie, to ona zatrzymała pomoc podpalając schody. Podczas ucieczki to ona prawidłowo oceniła sytuację i wskazała miejsce na zasadzkę, najlepsze jakie można było sobie wyobrazić! Dzięki temu ucieczka w ogóle się powiodła. Co było dalej, wiem z opowiadań. Podobno jej uwolnieni rodacy w jej ręce złożyli swoje losy i to ona prowadziła ich do domu. Podobno także chcieli ustanowić ją przywódcą całej ocalałej społeczności, ale się nie zgodziła, bo planowała coś innego. Wiesz, co! Było tam jeszcze kilka innych wydarzeń mniejszej rangi… I co ty na to, komendancie?
Pull żuł jakąś trawkę, więc odpowiedział cedząc słowa przez zęby.
– Nie mogę uwierzyć, Zend, że jej ojcem był jakiś tam kupiec. To nie ta szkoła. Ona ma klasę!
– Nie mam rodziny, Pull i nie mam dzieci. Ale gdyby ona chciała u nas zostać, oficjalnie uznałbym ją za moją córkę i dał jej rodzinę, nazwisko, wszystko!
– No widzisz, jak to jest? – Pull uśmiechnął się gorzko – Ty dałbyś jej rodzinę, ja posunąłem się dalej. Zaproponowałem jej … małżeństwo!
Zend poderwał się z miejsca udając, że o niczym nie wie.
– I co? Co ci odpowiedziała?
– Odmówiła!
– Tak po prostu? – spytał po chwili.
– Tak po prostu. – potwierdził Pull.
Zend wyciągnął zza pasa nóż i bezwiednie zaczął strugać jakiś patyczek. W końcu spojrzał na dowódcę i spytał:
– Masz do niej o to żal?
– Tak. Nie mogę się po tym pozbierać. Może za jakiś czas, gdy ona wyjedzie. Nie ważne dokąd, ale jeśli nie będę jej widywał na co dzień, może szybciej zapomnę…

Jeny w tym czasie, popędzając niecierpliwie deresza, pokonała drogę do ukrytego wejścia. Teraz dopiero, gdy została sama, zaczęła się denerwować. Co będzie, jeśli ktoś rozpozna ją za wcześnie? Czy w przypływie emocji ktoś nie oskarży jej o oszustwo i podszycie się pod kogoś innego, celem zagarnięcia władzy? Była w stanie udowodnić swoją tożsamość, lecz czy jej wysłuchają, czy pozwolą obronić się przed zarzutem kłamstwa?
Widok ukrytego wejścia do podziemi podziałał trzeźwiąco. W końcu bardzo wiele zależy od niej samej i musi się zmobilizować. Czekał ją naprawdę długi i trudny dzień, jak kiedyś długa noc….!
Odsunęła zamaskowane drzwi i wprowadziła deresza do przedsionka. Zapaliła jedną z pochodni, zabrała trzy zapasowe i zagłębiła się wraz z koniem w tunelu. Droga w ciemności bardzo jej się dłużyła, jak jeszcze nigdy. W pewnej chwili była już przekonana, że nerwach ominęła ślepy korytarz i idzie dalej do potrójnego rozgałęzienia. Spanikowana już chciała się zatrzymać i wracać, gdy nagle za załomem skały ukazało się wejście do tajemniczej groty przodków. Jeny uwiązała wodze, zapaliła drugą pochodnię i wcisnęła ją w szczelinę skalną. Podeszła do tajnych drzwi.
Wewnątrz groty wszystko zastała na swoim miejscu i odetchnęła z ulgą. Pozdejmowała z kulbaki wszystkie przywiezione rzeczy i broń i poprzenosiła do jaskini układając na prawo od wejścia. Teraz należało się przebrać.
Rozwinęła paczkę z ubraniem Samanty. Najpierw buty. Ściągnęła swoje i włożyła eleganckie buciki, granatowe, wysokie, aż pod kolana. Musiała podwinąć skórzane spodnie, aby ich nie zasłaniały. Teraz nóż! Już wcześniej zdecydowała, że mimo zakazu wnoszenia broni, ona nie pozbędzie się swego noża. Bardzo źle czułaby się bez niego. Prawie nigdy go nie zostawiała, a pamiętała przy tym, jaką przysługę oddał jej w rezydencji Liwii! Wsunęła więc nóż wraz z pochewką za cholewkę i zapięła pasek wokół łydki. Rękojeść ukryła pod zwiniętymi spodniami.
Teraz rozczesała i włożyła perukę. Jasne włosy koloru identycznego jak jej własne, rozsypały się po jej ramionach i plecach. Przejrzała się w przywiezionym lusterku. Było dobrze. Jeszcze balsam. Posmarowała nim nos, brwi, czoło i policzki Ponowna kontrola w lusterku. Bardzo dobrze! Teraz płaszcz, ale najpierw musi ukryć pod nim „kuszę”.
Odwinęła tajemniczą broń z płachty. Wyjęła i sprawdziła pudełko z grotami. Wszystko było w porządku. Wsunęła pudełko na miejsce i energicznie zatrzasnęła. Zawiesiła sobie broń na pasie na ramieniu. Kolba wystawała jej ponad ramieniem. Pasek! Trzeba go wydłużyć! Zanim doszła, jak działa zmyślna sprzączka, upłynęła dobra chwila, ale teraz kolba dała się ukryć pod pachą. Broń była długa, lejkowaty wylot grotów sięgał jej aż do kolana. Nie dbała o to, wszystko zasłoni płaszcz. Tak też się stało. Szafirowy płaszcz, połyskujący matowo, zasłonił ją aż do kostek. Tylko ta kusza! Przy każdym ruchu dość ciężka broń huśtała się we wszystkie strony. Po krótkim namyśle poszukała w torbie i znalazła cienki rzemyk z pętlą na końcu. Zaczepiła pętlę za pałąk i przywiązała broń do swego boku. Teraz mogła się już swobodniej poruszać bez obaw, że ktoś dostrzeże coś pod jej płaszczem. Jeszcze zapasowe pudełka grotów! Nie bardzo miała je gdzie schować. Płaszcz miał za płytkie kieszenie, jej spodnie także. Do kieszonek pasa myśliwskiego też nie wchodziły. W końcu zdecydowała się powkładać je rządkiem za pasek! Zmieściły się cztery. Musi wystarczyć! Trochę ją to pogrubiło w talii, ale może to i dobrze!
Jeszcze raz przejrzała się w lusterku, zrobiła odpowiednią minę….. i była zadowolona z siebie. Wszystkie te zabiegi zmieniły ją tak, że będzie dość trudno rozpoznać ją pod przebraniem. Nagle jej wzrok padł na obrożę z kapsułką! Rzemyk od Medalionu nie był widoczny ale ta nieszczęsna kapsułka! Odpięła pasek z tajemniczym wisiorkiem. „Zostawić go? W żadnym wypadku!” Zawsze miała go przy sobie, więc i teraz go nie zostawi! Podwinęła płaszcz i zapięła obrożę pod kolanem lewej nogi. Gotowe!
Ułożyła resztę rzeczy pod ścianą i wróciła do tunelu.
Deresz na jej widok zareagował gwałtownie. Dopiero, gdy się odezwała i dała mu rękę do powąchania, uspokoił się natychmiast. Nie poznał jej! To był dobry znak. W tej chwili uświadomiła sobie, że zapomniała rękawiczek. Wróciła po nie do groty, dobrze, że nie zamknęła jeszcze przejścia. Z rękawiczkami i balsamem w kieszeni płaszcza zamknęła drzwi do jaskini. Nie wiedziała ile jeszcze mają czasu, ale wiedziała, że musi się śpieszyć. Chwyciła wodze deresza i ruszyła w drogę powrotną.

– Coś długo ich nie widać. – mruknął Zend siedząc na zwalonym pniu starego drzewa. Od dłuższego czasu bezmyślnie stukał w niego czubkiem sztyletu. Słońce minęło już zenit i zaczęło pochylać się ku zachodowi. Mimo to przygrzewało coraz mocniej przez rzadkie jeszcze korony drzew. W miarę, jak jego promienie dobiegały z coraz niższej wysokości niepokój Zenda stopniowo rósł. Pull też zaczął się martwić o los obu dziewczyn, ale jak zwykle bardziej opanowany, nie pokazywał tego po sobie.
– Przyjadą, Zend, już niedługo! – od pewnego czasu komendant nie mógł usiedzieć w miejscu i zaczął chodzić wzdłuż pnia, na którym siedział Zend, tam i z powrotem.
– Cóż one tam robią, tyle czasu? – Zend już nawet myślał na głos.
– Nie wiesz? Jak to kobiety! Muszą ładnie wyglądać!
Kapitan obruszył się gwałtownie.
– Może ta cała Samanta, ale nasza Jeny? Nie możliwe!
– Uważaj, bo możesz urazić księżniczkę! – ostrzegł go przyjaciel. Kapitan tylko machnął ręką z lekceważeniem.
Zapadła cisza, rozdzwoniona głosami leśnego ptactwa ukrytego w najgęściejszych koronach drzew. Czas wlókł się niemiłosiernie wolno.
– Pull, – odezwał się nagle Zend – co myślisz o tych złapanych podglądaczach?
Komendant wypluł zamaszyście pogryzioną, kolejną trawkę.
– Ci dwaj wyglądają naprawdę na miejscowych, ale ci trzej wysocy? Coś mi podpowiada, że to żołnierze i na pewno nie nasi.
– Co z nimi zrobimy?
– A co proponujesz?
– Ja bym się nimi teraz nie zajmował. Zabierzmy ich do obozu, a potem zobaczymy.
– Będę zadowolony, jeśli nie napytają nam biedy. – mruknął Pull.
Znów zaległa cisza i nagle od strony gór dał się słyszeć jakiś ruch, a potem tętent końskich kopyt. Coś poruszyło się gwałtownie wśród zarośli.
– Chyba jadą! – Zend zerwał się z pnia.
Z pomiędzy zarośli wyłoniła się sylwetka jeźdźca. Zwiadowca! Osadził wierzchowca przed Pullem.
– Panie komendancie, jedzie!
– Kto „jedzie”? – odezwał się Zend z boku.
Zwiadowca spojrzał na kapitana tak, jakby ten był pijany, lub nieprzytomny.
– Samanta, panie kapitanie!
– Sama?!
– Nnnooo... sama, panie kapitanie.
Zasalutował służbiście i odjechał w dół wąwozu.
– Rozumiesz coś z tego, Pull?
Chyba też nie rozumiał, ale nic nie odrzekł. Zarządzono cichy alarm w obozie. Żołnierze biegiem formowali szyk przy koniach wzdłuż parowu.
Pomiędzy zielenią na stoku zamajaczyło coś niebieskiego. Zbliżało się kilku jeźdźców, na czele jechał ktoś w szafirowym płaszczu. Obaj dowódcy czekali na brzegu drogi trzymając konie za uzdy.
Jeździec w błękicie zatrzymał się kilka kroków przed nimi. Zend gapił się jak urzeczony. Niebiesko szafirowy płaszcz w wytłaczane wzory, długie białe włosy aż do połowy pleców, jasna twarz i niebieskie oczy. To tak wygląda ta, która może odmienić porządek tej ziemi?
Samanta uśmiechnęła się do nich lekko i podniosła rękę w geście powitania.
– Witajcie panowie. – powiedziała niskim, dźwięcznym głosem.
– Witaj pani. – obaj skłonili się głęboko.
– Który z panów jest komendant Pull? – spytała.
– To ja pani.
– A ty, panie, jesteś zapewne kapitan Zend?
– Tak jest, pani.
Samanta znów się uśmiechnęła.
– Znam was już z opowiadań Jeny. Cieszę się, że mogę wreszcie poznać was osobiście.
W tym momencie Zenda uderzyło coś znajomego w głosie Samanty. Było to kompletnie niedorzeczne i odrzucił tę myśl natychmiast, ale ona pozostała i uparcie pchała się do przodu upominając o zainteresowanie. Usiłując zgasić ją w świadomości, spytał:
– A gdzież to podziała się nasza Jeny? Sądziliśmy, że przybędziecie razem.
Samanta spojrzała na niego wyniośle, ale mogło to być tylko złudzenie, bo patrzyła z wysokości siodła.
– Jeny ma do spełnienia jeszcze jedno, bardzo ważne zadanie. – wyjaśniła spokojnie – To nie potrwa długo i niebawem ją zobaczymy. Jesteście panowie gotowi do drogi? – spytała na zakończenie.
– My tak. – odrzekł Pull – A ty, pani?
– Ja już od dawna… – wykonała zapraszający gest.
Obaj dosiedli wierzchowców i ruszyli przodem w dół wąwozu. Samanta jechała tuż za nimi. Mijani żołnierze dołączali stopniowo do pochodu.
„Samanta” dyskretnie westchnęła z ulgą. Najgorszy moment miała za sobą. Udało jej się omamić dwóch ludzi, których najbardziej się obawiała. Znali ją dobrze jako Jeny i teraz najłatwiej mogli rozpoznać ją pod przebraniem. Szczęśliwie podstęp się udał. Miała ich teraz przed sobą i to ona mogła ich poobserwować. Na razie, bo czekała ich jeszcze długa droga, prawie do wieczora.
Tak dotarli do końca wąwozu i skręcili w prawo, w kierunku obozu. Trakt był znacznie szerszy, ale Jeny nie kwapiła się do rozmowy z obu oficerami, wciąż jadąc im na „ogonie”. Po chwili Pull spiął konia i wyprzedził wszystkich wydając po drodze jakieś rozkazy grupie kilkudziesięciu żołnierzy stanowiących szpicę oddziału. Część ludzi poruszała się równolegle do gościńca w odległości strzału z kuszy stanowiąc straż boczną. Widać bardzo dbano o jej bezpieczeństwo!
Zend w tym czasie pozostał w tyle i znacznie później zaczął doganiać czoło orszaku, aby zdać sprawę komendantowi. Zbliżał się powoli i już widział niebieską postać na koniu jadącą strzemię w strzemię z komendantem. Był od nich ze dwadzieścia kroków gdy nagle zdał sobie sprawę, że Samanta ma konia i siodło Jeny!!
Straszna myśl uderzyła mu do głowy, tak potworna, że aż musiał przytrzymać się łęgu, aby nie spaść! A jeśli Samanta uznała, że rola Jeny w całej sprawie dobiegła końca i … nie mógł dokończyć tej myśli! Przecież nikt tak naprawdę nie znał księżniczki i nikt nie wiedział nic o niej. Jest z Białych, to widać, jest daleką krewną Gerharda, więc może jest taka sama jak on? Może jeszcze gorsza?! Dobrze pamiętał, co mówił kiedyś Link o zwyczajach w Imperium, o nie przestrzeganiu żadnych zasad, umów i obietnic, o traktowaniu ludzi tylko jako narzędzia do osiągnięcia celu. A potem…!
Krew stężała mu w żyłach na samą myśl.
Rozsądek podpowiadał, że na pewno Jeny sama ofiarowała jej swego deresza. Był rasowy, pięknie się prezentował, a nie wypadało, aby Samanta na takie spotkanie pojechała na jakiejś, byle jakiej chabecie. Ale rozsądek jakoś nie mógł wziąć góry nad emocjami. Do tego stopnia, że kapitan musiał wstrzymać konia, bo nie mógł się opanować.
W końcu pozostawiwszy tę kwestię nie rozstrzygniętą popędził swego wierzchowca. Jeśli nawet stało się to najgorsze, to tamta pannica niewiele dłużej przeżyje swoją ofiarę. Poprzysiągł jej to uroczyście! Teraz mógł już spojrzeć jej w oczy.
Był już blisko, gdy nagle Samanta omijając jakąś wyrwę w drodze wykonała ruch lewym ramieniem, trzymając w nim wodze. Ponownie, jak niedawno w wąwozie, w tym drobnym geście uderzyło go coś niezwykłego, coś … znajomego! Poprzednia niedorzeczna myśl powróciła ze zdwojoną siłą i choć odpędzał ją jak natrętną muchę, pozostało niezwykłe wrażenie, że już kiedyś, u kogoś widział podobny gest. W tej chwili bał się nawet pomyśleć jego imienia.
„Chyba jednak mam zwidy” pomyślał zrównując konia z dwoma pozostałymi przed sobą.
Popołudniowe słońce przygrzewało coraz mocniej i Jeny zaczynała żałować, że nie ubrała się lżej pod spód. Płaszcz, choć cienki, uszyty był z najlepszego materiału i mógł służyć nawet w zimie. Teraz zaczęła się obawiać, co będzie, jeśli zacznie się pocić! Balsam! Co z nim będzie? Ciężka „kusza” ciążyła jej coraz mocniej i przy każdym ruchu obijała się boleśnie o bok i biodro oraz szarpała za pas.
Na szczęście wiał dość silny i jeszcze chłodny wiatr. Na dodatek, jakby za sprawą Opatrzności, od zachodu napłynęły grube i ciemne obłoki, które zaczęły co chwilę przysłaniać słońce dając jej chwilkę wytchnienia. Jeny podziękowała jej w duchu za tę jakże ważną pomoc.
Pull towarzyszył jej cały czas, ale jakoś nie był zbyt rozmowny, więc nie musiała się wysilać. Potem dogonił ich Zend stanowiąc nowe zagrożenie. Teraz już musiała bardzo uważać.
Na szczęście obaj oficerowie mieli do siebie jakieś tam sprawy i nie wciągali jej w rozmowę. Po jakimś czasie tym razem Pull został w tyle. Byli już niedaleko obozu, ale ona nie miała prawa o tym wiedzieć. Należało się tym zainteresować. Korzystając, że obok był tylko Zend, spytała znów starając się zmienić głos:
– Kapitanie, czy to jeszcze daleko?
– Do obozu? Nie, to już za tamtym wzgórzem.
– Ilu ludzi będzie dziś z nami? – pytała dalej.
– Nie wiem dokładnie, pani, ale komendant Pull mówił, że około 15 tysięcy. Pięć przyprowadziliśmy z Elgardu, pięć przybyło wraz z Flaniuszem z Oligoty, a z Pogranicza jeszcze do tej chwili przybywają całymi oddziałami. Trudno ich policzyć.
– A nasi przeciwnicy, jak są liczni?
– Mniej więcej, jak my.
– To dobrze. – powiedziała swym nadal nieco zmienionym głosem – powinna być równowaga sił. To daje gwarancje bezpieczeństwa.
Zend pomyślał sobie, że taka równowaga wojskowa to dość niepewne zabezpieczenie, jeśli w grę wchodzi zagrożenie tronu Gerharda.
– Nasza Jeny – rzekł po chwili – jest przekonana, że dyktator nie ustąpi dobrowolnie i bardzo niepokoiła się o waszą wysokość.
„Samantę” bardzo ruszyło to jedno małe słowo „nasza”, usłyszane dziś już po raz trzeci. W ostatniej chwili opanowała się, aby nie posłać kapitanowi jakiegoś cieplejszego spojrzenia. Po nim jak nic rozpoznałby ją.
– Jeny oddała bardzo wielkie zasługi dla naszej sprawy. Jej poświęcenie zaskakiwało mnie wiele razy. – powiedziała ostrożnie. Kątem oka obserwowała oficera, ale z jego kamiennej twarzy niczego nie wywnioskowała. Odczuwała za to jakąś skrywaną pretensję z jego strony. Ale z jakiego powodu?
W tej właśnie chwili kusza znów wyrżnęła ją w bok, więc nic nie rzekła próbując ukryć grymas bólu. Kolba też coraz dotkliwiej uwierała ją pod pachą mimo, że pomagała sobie prawą wolną ręką. Oby wreszcie skończyła się ta jazda! Wiedziała, że już blisko, ale nie mogła się z tym zdradzić.
Spoza wskazanego wcześniej wzgórza powoli wyłaniała się szeroka wolna przestrzeń, usiana po brzegach małymi kopczykami. To były namioty i szałasy wojsk Imperium i armii sprzymierzonych. Łąka stanowiła naturalną granicę pomiędzy dwoma siłami. Trawiasta przestrzeń ciągnąca się wzdłuż pasma wzgórz była prawie pusta. Tylko nieliczni ludzie kręcili się tam z rzadka.
Słońce przechyliło się nad zachodni horyzont i wisiało coraz niżej nad dalekimi lasami. Chmury znikły i błękit nieba przybierał powoli przedwieczorny, seledynowy kolor. Oddział zagłębił się stopniowo w cienisty las, gdzie chłód orzeźwił spocone czoła żołnierzy i dał wreszcie odetchnąć Jeny. Dziękowała więc Opatrzności za tę chwilę ulgi. Między drzewami zamajaczyły pierwsze namioty obozu Elgardu.
Wytrzymać, musi jeszcze trochę wytrzymać! Teraz będzie najważniejsza chwila!
cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Ertew » 08 Sie 2014, 22:43

Dzisiaj tylko jeden rozdział. W tym tempie nie dam rady nadrobić zaległości, muszę ostro przyspieszyć.

V)
Znalazłem jakiś drobny błąd na początku rozdziału, ale musiałem odejść od komputera na chwilę i już go nie umiem znaleźć. Widać był mało ważny skoro drugi raz nie chce wpaść w oko.

Na końcu rozdziału znalazłem natomiast literówkę.
sikorek48 napisał(a):Siedziały chwilę obok siebie w ciszy spoglądając na zasnute mgłą Osiedle. Mleczna zasłona gęstniała wznosząc się coraz wyżej. Już tylko najwyższe drzewa i skały wystawały ponad srebrnym morzem, zalewającym wszystko wokół. Ostatnie światełka w domkach roztopiły się w nim jak płatki śniegu w kałuży. Ich miejsce ma płaskim, czerwonym granicie też już znalazło się w zasięgu oparów przysłaniającym najbliższe krzaki.


Całokształt rozdział trochę nudny, ale wiem że i takie muszą czasem być.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 12 Sie 2014, 15:11

Masz rację, tak też musi być.
c.d.

XI/3.
Czekano już na nich z niecierpliwością. Wprawdzie Pull wysyłał po drodze posłańców z wiadomościami, ale i tak czuło się rosnące napięcie. Do spotkania było już blisko.
Gdy wjechali na teren obozu Pull zeskoczył z siodła i rzucił wodze komuś z żołnierzy. Sam wziął lejce z ręki „Samanty” i idąc przodem prowadził konia niezwykłego gościa. Ludzie zebrani wzdłuż trasy cisnęli się aż do szeregu strażników oddzielających drogę od terenu obozu. Wszyscy w skupieniu obserwowali przybyłych.
Jeny przybrała ów wyćwiczony przed lustrem grymas, aby przypadkiem teraz nie znalazł się ktoś, kto by ją rozpoznał. Mogłoby to być fatalne w skutkach. Wiatr nie rozwiewał już teraz jej włosów i mogła skupić się na obserwacji. Witano ją na ogół z radością. Twarze mijanych ludzi były uśmiechnięte, często dostrzegała w nich skupiony wyraz nadziei, pomieszanej z obawą. Chyba dopiero teraz patrząc na nich z siodła zdała sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na jej barkach. Ich los zależał od tego, czy uda się jej doprowadzić do końca to zadanie, którego sama się podjęła. Nikt jej do tego nie zmuszał, mogła teraz siedzieć w Osiedlu i zajmować się czym się da i nie myśleć o jutrze! Tylko czy wytrzymałaby znając prawdę o sobie?
Złośliwa kusza znów rąbnęła ją w udo zapewne nabijając kolejnego siniaka. Miała ich tam już cały zestaw! Wytrzymać, jeszcze tylko wytrzymać ten już nie długi czas do zachodu słońca. Niech się już to wszystko rozwiąże i pozwoli jej być znów sobą.
W oddali dostrzegła własny namiocik i z radością ujrzała za nim przywiązaną do drzewa Łatkę!
Nagle stanęła jej przed oczami chwila powitania sprzed kilku miesięcy. Wierne zwierzę poznało ją natychmiast, gdy tylko przekroczyła próg stajni w zamku Milara. Chyba po głosie. Nagle klacz zaczęła rżeć na całą stajnię, walić kopytami i ciskać łbem na boki. Zend, który jej wtedy towarzyszył, aż oczy wytrzeszczył ze zdumienia. Jeny jak bomba wpadła do boksu i przywarła do szorstkiej sierści na pięknej szyi zwierzęcia. Długo nie mogła oderwać się od niej, były też i łzy wzruszenia. Zend tylko kręcił głową z niedowierzania, a w końcu mruknął do siebie:
– Chciałbym, żeby ktoś choć raz tak się ze mną przywitał.
Jeny usłyszała te słowa, choć nie były dla niej przeznaczone. Wyszła z zagrody, objęła za szyję starego wojaka i przytuliła mokry od łez policzek do jego szorstkiej twarzy.
– U mnie masz to zapewnione.
I była w tym konsekwentna!
Teraz na widok łaciatego grzbietu obok swego domku, powróciły wspomnienia wszystkich chwil przeżytych wraz z tym wiernym zwierzęciem.
„Damian dotrzymał słowa” pomyślała odrywając się od przeszłości.
Orszak zatrzymał się na małej polance wśród rzadkiego lasu, otoczonej naokoło przez chmarę ludzką. Tutaj oczekiwano na dostojnego gościa. Był Milar i Ardo, w tłumie dojrzała też Flaniusza obok Bernarda i Damiana. Pull doprowadził deresza i zatrzymał.
– Jesteśmy na miejscu, pani. Zechcesz zsiąść z konia? – wyciągnął ramię, aby mogła się go chwycić, ale „Samanta” nie skorzystała z tej pomocy. Po prostu, przełożyła nogę i zeskoczyła w trawę.
Wydarzenie to obserwował z niewielkiej odległości Zend. Widok księżniczki, zsiadającej z siodła po żołniersku tak go zaskoczył, że ta druga, uparta myśl nadeszła dopiero po chwili. Znów zobaczył w tym coś znajomego! Chciał uwolnić się od niej, ale rozgościła się głęboko w jego świadomości burząc przyjęty porządek.
„O co tu chodzi??” myślał przerażony.
Tymczasem do księżniczki podchodzili kolejno wszyscy uczestnicy spotkania, przedstawiani przez Milara. Jeny dyskretnie rozcierała kolejnego sińca od kuszy i nie musiała bardzo się starać, aby grymasem zmienić twarz. Ból zrobił to za nią.
Zend myślał gorączkowo starając się nie zwariować.
„Wzrost? Jest może trochę niższa, ale to może być złudzenie. Sylwetkę okrywał szafirowy płaszcz, oprócz ramion. Mogły być ramionami…! To coś w głosie, znajome gesty….
„Trzymajcie mnie, bo zbzikuję!”
Powitania na szczęście trwały krótko. Zapamiętała z nich badawczy wzrok Flaniusza, który jednak nie wzbudził w niej niepokoju. Flaniusz rzekł coś w rodzaju: „Witaj siostro, cieszę się, że nareszcie spotkaliśmy się. Szkoda, że tak późno!” Skwitowała to miłym uśmiechem. Będzie jeszcze czas na rozmowy.
Przygotowany był także wspólny posiłek, ale Jeny stwierdziła, że jest późno, a ona jeszcze musi spotkać się z Wielkim Strażnikiem. Poprosiła tylko, żeby ktoś ją zaprowadził najpierw do toalety.
Krótka wizyta w odosobnionym miejscu była jej bardzo potrzebna. Nie tylko z powodów fizjologicznych. Przez chwilę mogła wreszcie poczuć się swobodniej. Mogła być obserwowana, więc też musiała uważać. Sprawdziła swój „makijaż” przeglądając się w sporym lustrze na ścianie. Nie ucierpiał wiele, więc szybciutko poprawiła balsamem niektóre miejsca. Ułożyła lepiej pas od broni na ramieniu i niestety musiała wyjść, aby za długim pobytem nie wzbudzić ciekawości, albo podejrzeń.
Odprowadził ją Pull. Po drodze spytał, czy nie zechce wejść do przygotowanego dla niej namiotu. Wymówiła się brakiem czasu. Dzień powoli zbliżał się do końca, najważniejszy dzień w jej życiu. Słońce wisiało już nad lasem, a promienie zyskały ciepłą żółtą barwę.
– To tutaj. – Pull wskazał jej srebrzysty namiot Braci. – Zaczekam tu na ciebie, pani.
„Łaskawie” skinęła głową przyzwalająco i przekroczyła próg namiotu.
Zaskoczył ją widok sześciu zakonników wyprężonych rzędem pod ścianą. Strażnik stał wyprostowany na środku pomieszczenia.
– Witajcie bracia! – Jeny pozdrowiła obecnych starając się maksymalnie zmienić głos i wykrzywiając się w wyćwiczony sposób.
Zakonnicy ukłonili się w milczeniu, a Wielki Strażnik odpowiedział:
– Witaj Samanto. Czekaliśmy na ciebie, bardzo długo. – jego żywe oczy błyszczały jakimś wyjątkowym światłem. Szerokim gestem zaprosił ją do drugiego pomieszczenia.
Weszli tam tylko oboje. Tym razem na środku dywanu stał niski stolik i dwa proste krzesełka. Ciemności rozpraszał jak wtedy pięcioramienny świecznik w kącie. Okien tutaj nie było i mimo, że na dworze świeciło jasne słońce, tu panował półmrok. „Zupełnie, jakby zapraszał mnie do zwierzeń” pomyślała siadając na jednym z krzeseł i układając broń wzdłuż nogi. Nareszcie mogła oprzeć ją o coś pewnego i bardzo jej to ulżyło.
Mnich zajął drugie krzesło naprzeciwko.
– A gdzież to jest Jeny, twoja najwierniejsza pomocnica, pani? – spytał z lekkim uśmiechem – Miałyście przybyć do mnie razem. – dodał splatając ręce przed sobą.
– Ojcze, – zaczęła nie starając się już zmieniać głosu. – może udało mi się zmylić wszystkich moich przyjaciół i sojuszników, ale nie zamierzam oszukiwać ciebie. Ty pierwszy poznasz prawdę o Samancie!
Z tymi słowami zdjęła rękawiczki i jednym ruchem ściągnęła perukę. Z radością obserwowała uniesione brwi i rozszerzone oczy zakonnika w chwili, gdy dotarło do niego, kogo ma przed sobą.
– Jeny! – wyrwało mu się, chyba niechcący i trochę za głośno.
– Tak, ojcze, to ja, Jeny z Osady Nad Bagnami, gdzie wychowywałam się po zabójstwie moich rodziców. Długo nie wiedziałam, kim jestem. Ktoś wymyślił tych kupców i tak zostałam córką handlarza. Prawdy dowiedziałam się dopiero pod koniec zeszłego roku. Odnalazła się Marion, moja niania z rodzinnego domu w Nirwie i to ona rozpoznała we mnie tę zaginioną przed laty córkę Eryka i Lenory. To właśnie ona powiedziała mi o znamieniu. Czy chcesz go ojcze zobaczyć?
Skinął głową w milczeniu. Odwróciła się bokiem i nachylając głowę, odgarnęła gęste włosy nad karkiem.
– Zgadza się. – rzekł po chwili – To naprawdę ty, Samanto.
Jeny poprawiła się w krześle przytrzymując niesforną kuszę.
– Czy chcesz sprawdzić pozostałe moje umiejętności?
Zaprzeczył energicznie siadając na miejscu.
– Nie, to mi wystarcza.
Siedzieli chwilę w ciszy. Jeny w tym czasie włożyła szybko perukę. W końcu Strażnik pokiwał głową do swych myśli i rzekł:
– Teraz już rozumiem, dlaczego nikt, ani Gerhard, ani Oligoci, ani Organizacja nie byli w stanie cię odnaleźć! Ty wcale się nie ukrywałaś! Wszyscy, i my i Gerhard znaliśmy cię jako kogoś zupełnie innego! Niesamowite! Kto by to przypuszczał?
Widziała jak wielkie wrażenie wywarło to na Strażniku. Opanował się tak dalece, że tylko po nerwowych skurczach twarzy mogła się zorientować, jaką burzę myśli i emocji przeżywał. Siedziała spokojnie czekając, aż mnich poukłada sobie to wszystko i będzie w stanie normalnie rozmawiać.
– Nie mogłem zrozumieć, – zaczął w zasadzie do siebie – dlaczego w Księdze nigdzie nie jest wymienione twoje imię.
– Księga coś pisze o mnie? – zdumiała się.
– Tak, bardzo wiele… ale zamiast twojego imienia, określa cię w różny inny sposób. Na przykład o Dziewczynie Z Ruin dowiedziałem się najpierw z Księgi, zanim dotarła do nas wieść o niej… czyli o tobie. – poprawił się. – Nazywana jesteś tam także mścicielką, duchem puszczy, boginką łowów, tropicielką, uzdrowicielką, a właściwie niosącą pomoc i ratunek. Ale najczęściej wojowniczką. Teraz już wiem, skąd te wszystkie przezwiska! – spojrzał na nią – pewnie chcesz wiedzieć, dlaczego?
Skinęła głową.
– Otóż Księga nie może kłamać, ani zmieniać faktów i wydarzeń. Gdyby wymieniła twoje prawdziwe imię, zdradziłaby cię, co mogłoby skończyć się twoją przedwczesną śmiercią, na przykład z rąk Gerharda.
Jeny milczała nie nadążając za wywodem zakonnika.
– Gerhardowi będzie to zapewne obojętne, ale twoi przyjaciele dopiero będą mieć orzech do zgryzienia! Jak oni się w tym odnajdą? A czy…– spytał odrywając się od toku myśli – wtedy, gdy zginęli twoi rodzice, ty miałaś pięć lat?
– Tak ojcze.
– Powinnaś więc coś pamiętać.
– Wszystko, co było przedtem pokryła bariera niepamięci. Do dziś przypomniałam sobie tylko luźne fragmenty, niezrozumiałe i bez sensu.
– Teraz już wiem, skąd u ciebie taka odwaga i charakter. Taki był twój ojciec, Eryk II.
Nie odezwała się czekając na ciąg dalszy.
– Wyprowadziłaś w pole wszystkich, nawet mnie, choć muszę ci się przyznać, że po wczorajszej rozmowie z tobą, miałem niejasne podejrzenia. Postać Jeny nie pasowała mi do niczego, natomiast bardzo pasowała do … Samanty!
– Ojcze, – przerwała rozmyślania zakonnika – jest jeszcze coś do omówienia, a czas ucieka i zachód słońca już bliski. Jak się nie trudno domyśleć, Jeny nie pojawi się na spotkaniu i twoja w tym rola, aby rozpocząć bez niej. Podczas spotkania nie będę się ujawniać, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszym planem, zaraz po nim, jeszcze dziś, Samanta zniknie i to na zawsze.
W miarę jak mówiła ostatnie słowa wyraz ogromnego zdziwienia zagościł na twarzy Strażnika.
– To ty… – wyjąkał – ty nie masz zamiaru objąć władzy w Nirwie??
– Nie ojcze!
– Dlaczego?? – był chyba w jeszcze większym szoku, niż na ujawnienie się Jeny. – Byłem pewien, że to Jeny zniknie z tego świata!
– Samanta i jej życie są dla mnie obce. Nie umiałabym się tam odnaleźć. Dlatego chcę cię prosić, abyś spisał jej ostatnią wolę.
Strażnik spojrzał na nią niczego nie rozumiejąc.
– Twoją… ostatnią wolę?
– Tak, ostatnią wolę Samanty. To, co tu napiszesz, ojcze, przeczytaj przywódcom Organizacji przy najbliższej okazji, najlepiej zaraz jutro. Jeny wtedy będzie już daleko stąd.
Teraz dopiero dotarła do niego idea tego zamierzenia. Otworzył bez słowa płaską skrzyneczkę pod ścianą i wyjął plik pergaminu i pióro. Usiadł naprzeciwko niej.
– Mów Samanto. Słucham.
cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Tutee » 15 Sie 2014, 19:45

Ertew, trochę się czepiasz :-P Napisz tak długie opowiadanie, jak Sikorek, a i Ty będziesz kombinował nad ciekawą i wartką akcją. Mi się tam podobają wszystkke rozdziały :-)
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Linux Chrome

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Ertew » 16 Sie 2014, 22:49

Standardowo dwa rozdziały.

V/2)

Coś mi nie pasuje w ostatnim zdaniu, z drugiej jednak strony wszystko rozumiem. Tobie radzę spojrzeć 'świeżym okiem' na ten fragment i zadecydować wogle jest wart uwagi.
sikorek48 napisał(a):Czuła, że niektóre nici do tego czegoś są w zasięgu jej ręki i musi jak najszybciej za nie pociągnąć. Im szybciej tym może mniej mogił pojawi się jeszcze na tym wzgórzu?



sikorek48 napisał(a):Wieczorne mgły rozpłynęły się po okolicy, pokrywając wszystko mleczną zasłoną. Ponad to niezwykłe morze wystawały tylko najwyższe szczyty, które teraz wyglądały jakby płynęły, oderwane od podstaw, jak wielkie okręty. Złudzenie ruchu było niesamowite, gdyż dolinami ciągnęły wciąż nowe i nowe obłoki śnieżnobiałych oparów. Jeny patrzyła przed siebie z zapartym tchem, pierwszy raz widziała to zjawisko na taką skalę. Jej wzrok sięgał aż po horyzont, zasnuty podświetloną wieczorną zorzą, jak różową firanką. Czuła się tak, jakby jej dusza oderwała się od ciała i popłynęła wraz z kolejną falą mgieł, pomiędzy skalne ostańce, aż na krańce świata. Oczarowana widokiem pomyślała, że tak mogłaby wyglądać ta ostatnia podróż człowieka na ziemi. Nie miałaby nic przeciw temu!
Piękny opis :J
Ja niestety nie mam gór w okolicy i nie mogę delektować się takimi widokami.




VI)

sikorek48 napisał(a):Ertew, pamiętasz, byłeś ciekaw, co Jeny znajdzie za drzwiami w podziemnym kortarzu? No to czytaj.

No to już wiem że ten korytarz to składzik z bronią. W naszym świecie pewnie datowaną na zeszły wiek.
Domki pod jeziorem to pewnie schrony, wyrzutnie rakiet albo podobne bazy strategiczne.

Dalej zagadką dla mnie jest to co czai się po drugiej stronie jeziora, ewentualnie co jeszcze może się kryć w systemie podziemnych tuneli.



I na koniec szczegół który pewnie Ci umknął:
sikorek48 napisał(a):Z nie domykających się drzwiczek pieca po izbie biegały czerwone „zajączki” i obraz tych drżących plamek na ścianach i suficie przywoływał z jej pamięci coraz liczniejsze wspomnienia. Widziała ich dom w Osadzie, dużą izbę, ojca siedzącego się przy stole, Megi przy kuchni i rozrabiającego Alka. Obraz ten mieszał się jej z inną, mniejszą i zagraconą izdebką w domku na wyspie. Tu widziała już tylko Alka. Ten pierwszy świat już nie istniał, a drugi był tak odległy w czasie i przestrzeni. Tyle się wydarzyło od tamtych dni, że zaczęła wątpić, czy w ogóle istniał. Ale i tak wywołał gdzieś w środku niezwykłe uczucie ciepła.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 18 Sie 2014, 19:31

Coś mi mówi Tutee, że przez moje opowiadanie zaniedbałaś swoje. A ja czekam na cd!
Ertew, znów wynalazłeś błędy, których ja nie zobaczyłem przy kilkakrotnym czytaniu. Masz rację z tymi budowlami, to jakiś stary silos i to z zawartością. Stąd te odczucia Jeny.
c.d.
Rozdział XII.
Dwaj młodzi mnisi prowadzili za wodze deresza Jeny wraz z nią w siodle. Po bokach jechał Pull i Zend, za nimi konno pozostali uczestnicy spotkania. Pochód otwierał Wielki Strażnik i czterej mnisi, w odróżnieniu od reszty idący piechotą. Czerwona kula słoneczna dotykała już prawie swą rozżarzoną krawędzią niebieskawej linii dalekich lasów. Błękit nad ich głowami przybrał piękną, seledynową barwę, przechodzącą ku wschodowi w intensywny granat. Kilka różowo podświetlonych chmurek snuło się po zachodniej stronie nieba mocno kontrastując z jasną zielenią łąki i lasu. Wiosenna zieleń drzew ściemniała i zaczęła przybierać oliwkowy kolor. Jakiś mijany właśnie krzew, obsypany niebieskimi kwiatkami, przypomniał Jeny niespodziewanie Kate! Pod identycznym siedziała wtedy ze straszliwie poparzoną ręką, owiniętą białym skrawkiem płótna, a obok niej bezradny, przerażony Allan. Jeny ze wzruszeniem patrzyła na krzew. Na pewno Kate już dawno urodziła, a dziecko będzie miało ze trzy miesiące! I ten fakt stał się w tym momencie najważniejszym wydarzeniem!
Orszak wyjechał z lasu na szeroką łąkę. Na wprost ukazał się wielki budynek, oświetlony ostatnimi blaskami dnia. Była to właściwie jedna wielka sala, przykryta dachem i obstawiona ścianami, z oknami tylko po jednej, niewidocznej teraz stronie. Dom posiadał dwa wejścia na szczytowych ścianach z tarasami i schodkami. Od ich strony widać już było oddział Elgardzkiej gwardii, a po drugiej błyszczały niebiesko mundury gwardzistów Imperium. Gdzieś tam wśród nich był Gerhard.
Żołnierze obu armii tłumnie wylegli na skraj łąki po obu stronach i obserwowali rozwój wypadków. Pojawienie się Samanty skwitowane zostało wielkim „aach!”, po którym zaległa wyczekująca cisza.
Kilkanaście kroków od podestu bracia wstrzymali konia Samanty i Jeny po żołniersku zeskoczyła na trawę. Uwiązano wierzchowce i wszyscy weszli po schodach na taras. Słońce połową swego okręgu zanurzyło się już w leśnej głuszy gasząc złociste blaski na surowych deskach ścian.
– Jesteśmy w samą porę. – rzekł Milar – Nie ma jeszcze tylko Jeny. Samanto, wiesz może, czemu Jeny się spóźnia?
– Jeny chyba nie zdąży. – odparła „Samanta”– Coś musiało ją zatrzymać.
– Jak to? – Milar był zdezorientowany – To nie może odbyć się bez niej!
– Obawiam się, że czas nadszedł. – rzekł Wielki Strażnik
Milar spojrzał po obecnych, jakby tam szukał poparcia. Zamiast niego do rozmowy włączył się Bernard.
– Milarze, jeśli teraz nie wejdziemy, Gerhard może uznać to za zerwanie rozmów! Strach pomyśleć o konsekwencjach.
Jakby w odpowiedzi drzwi sali otworzyły się na oścież. Ukazało się w nim dwóch gwardzistów, którzy zaraz cofnęli się do środka. Teraz widać było jak z przeciwległej strony żołnierze Gerharda zajmują miejsca pod ścianami sali na połowie Imperium. Należało szybko działać.
Z pewnym ociąganiem Milar dał się poprowadzić Pullowi do wnętrza niezwykłej komnaty. W części środkowej, bliżej okien, stał wielki owalny stół, otoczony naokoło rzędem masywnych foteli z grubymi siedzeniami i oparciami. Wszystko wyściełane było miękkim, wzorzystym materiałem. Kilka mosiężnych, wieloramiennych świeczników ustawionych było na błyszczącej płycie stołu i rozświetlało rzęsiście całe otoczenie. Połyskiwały w nich zielone i czerwone mundury żołnierzy wojsk sprzymierzonych i niebiesko granatowe peleryny gwardzistów Imperatora.
Jeny zdziwił nieco strój gwardii dyktatora. Wszyscy mieli nie mieć żadnej broni, a tymczasem pod tymi szerokimi płaszczami można było ukryć cały arsenał. Zaczęła podświadomie czegoś się obawiać. Zerknęła w bok na Wielkiego Strażnika i Zenda, który od wyjazdu z obozu na krok jej nie odstępował. Oni na pozór byli spokojni.
Przeciwległym wejściem wchodzili właśnie tłumnie wasale i poplecznicy Gerharda aż wreszcie pojawił się i on sam! Obie strony podeszły powoli do przeciwległych krańców owalnego stołu.
Jeny jak zahipnotyzowana wpatrywała się w Gerharda. Był rzeczywiście niższego wzrostu niż przeciętny, ale krępej budowy, z nalaną twarzą, na której gościł jakiś dziwny wyraz, ni to przebiegłości, ni to złośliwości. On także przyglądał się ludziom zza stołu intensywnie... I tak stali naprzeciw siebie: Wielki dyktator, władca Imperium, na którego rozkazy czekało tysiące zbrojnych ludzi i ona zdana na łaskę zbrojnych sojuszników...
Dwoje największych przeciwników na tej ziemi!
Nagle Jeny poczuła drżenie Medalionu. Więc jednak! Coś im tu groziło!
Obok Gerharda stał wyższy o głowę mężczyzna, kubek w kubek podobny do Juniusza.
W zaległej ciszy rozległ się wysoki, skrzekliwy głos Imperatora:
– Ten człowiek obok mnie to mój syn Gorm, następca i prawa ręka, ci za mną to moi poddani. Was po tamtej stronie stołu wszystkich znam, oprócz tej pannicy w płaszczu. Kto to jest?
Odpowiedział mu Wielki Strażnik.
– To jest Samanta, córka Eryka II i Lenory.
– Nie prawda! – zaskrzeczał imperator – Samanta nie żyje od wielu lat! Ta pannica kłamie!
– Powagą Zakonu Wielkiej Księgi potwierdzam, – rzekł uroczyście Strażnik – że osoba podająca się za Samantę, jest nią naprawdę!
– Bzdura! – warknął Gerhard.
W tym momencie Jeny wyciągnęła rękę w stronę najbliższego świecznika. Ciężki kandelabr zachwiał się i z łomotem przewrócił na stół. Świece pogasły, a jedna wypadła z obsady i stoczyła po stole na podłogę. Jeny opuściła rękę wciąż wpatrując się w świecę. Gruby wałek zaczął toczyć się wzdłuż stołu gwałtownie przyśpieszając. W połowie sali świeca oderwała się od podłogi i lecąc już w powietrzu wyrżnęła w kolano jednego z gwardzistów. Ten aż wrzasnął z bólu chwytając się za nogę.
Wszyscy patrzyli osłupiali na to nadprzyrodzone zjawisko. Jeny opuściła rękę i w ciszy rozległ się jej nieco drżący głos:
– Czy chcesz, panie, sprawdzić pozostałe dowody mojej tożsamości?
Ją samą zaskoczyła efektowność „pokazu”, ale też jeszcze nigdy nie włożyła w niego tyle emocji. Zend nie bardzo zorientowany w sytuacji, zareagował dopiero na widok poruszającej się świecy. Tak to przykuło jego uwagę, że znów z opóźnieniem dostrzegł dziwnie znajomą nutkę w głosie dziewczyny. Uderzony tym mocniej, niż ów żołnierz świecą, zgłupiał do reszty.
Gerhard potoczył w tym czasie złym wzrokiem po sali, parsknął ze złości i powiedział siląc się na uprzejmość:
– Skoro tak, to może usiądźmy przy stole, a wtedy powiecie mi, czego właściwie ode mnie oczekujecie.
Żołnierze odsunęli się pod ściany, a Milar z towarzyszami zaczęli zbliżać się do swojej części stołu i przygotowanych dla nich krzeseł. Jeny w tym czasie dyskretnie zsunęła rękawiczki i odwiązała broń od pasa.
„Jeśli ma się coś stać” pomyślała „to stanie się to teraz.”
I nie pomyliła się!
Nagle jeden z gwardzistów imperium stojących przy oknie zerwał się z miejsca i dwoma susami dopadł jednego z krzeseł.
– Nie siadajcie na tym! – krzyknął – To zasadzka!!
Równocześnie nacisnął coś z tyłu oparcia, a wtedy z przodu, rozrywając wzorzyste obicie, wyskoczyło ze środka sześć długich jak sztylety ostrzy!
Elgardczycy stanęli przerażeni, a Jeny spojrzała w twarz owego żołnierza i mimowolnie wyrwało się jej:
– L i n k ?!
Słysząc to imię Zend natychmiast rozpoznał swego byłego jeńca. Ale zaraz! Jakim cudem Samanta może znać jego imię?! Chyba że ... nie dokończył myśli, bo...
... ktoś za plecami Linka machnął ręką. Link nagle zakrztusił się krwią i chwycił rozpaczliwie oparcia fotela. Nogi ugięły się pod nim, osunął się na kolana i upadł ciężko na podłogę. Z pleców wystawała mu rękojeść sztyletu!
Grobową ciszę przerwał głos Imperatora.
– Tak giną ci, którzy mnie zdradzili!
Wtedy rozległ się głos Wielkiego Strażnika.
– Zdradą jest przeciwstawienie się woli Wielkiej Księgi!
Na to Gerhard wrzasnął na całą salę:
– Zabić ich!! Zabić ich wszystkich, co do jednego!!
Nagle w rękach gwardzistów pojawiły się naładowane kusze! Na Milara i jego ludzi spadła ulewa strzał.
Zanim Jeny zdążyła dać nura za fotel, poczuła dwa silne uderzenia w brzuch! Jedno po drugim i ... dalej nic! Pomacała się dyskretnie. Dwie strzały przebiły płaszcz i utkwiły w pudełku z grotami. Odłamała bełty i wraz z podziurawionym pudełkiem wsunęła pod fotel. Była przerażona, nie mogła się nawet obejrzeć, ale słyszała za plecami rozpaczliwe krzyki ludzi, jęki rannych, może umierających. Nikt z ludzi Milara nie miał kuszy, większość przybyła tu w ogóle bez broni. Teraz bezskutecznie szukali ratunku.
Jeny skuliła się za fotelem. Ktoś z tyłu krzyczał, chyba Zend, żeby kryć się za krzesła.
A gwardziści spokojnie załadowali kusze. Druga salwa i znów krzyki.
Jedna strzała przebiła jej płaszcz na ramieniu, kurtkę i rozorała skórę. Druga przejechała po boku, trzecia otarła się o skroń, czwarta utkwiła w bucie, kilka wbiło się w oparcie. Poczuła też trafienie w jej ukrytą broń, gdzieś chyba w drewnianą kolbę.
Gerhard widząc, że strzały ominęły Samantę, wściekły wrzasnął:
– Czy już nikt nie potrafi zabić dla mnie tej suki?
Do przodu ruszył Gorm. Podniósł w górę sztylet.
I wtedy Zend zobaczył szybki ruch ręki w szafirowym rękawie. Gorm zatoczył się trzymając za gardło. Rzężąc okropnie runął w tył waląc łbem o deski.
„Nóż!?” pomyślał Zend. Znał tylko jedną osobę potrafiącą tak rzucać nożem.
Jeny zerknęła jednym okiem za siebie. Zobaczyła upadających dwóch żołnierzy, na podłodze leżało już kilkunastu innych, także trzech mnichów i … Ardo z dwoma strzałami w piersi.
W stronę gwardzistów imperium poleciały kawałki krzeseł, jakiś sztylet, bez skutku. A oni spokojnie strzelali do ludzi, jak do kaczek.
– Dość tego! – warknęła „Samanta”. Rozpięła płaszcz, dłonie same trafiły na uchwyty broni. Przesunęła wylot grotów do przodu.
W tej chwili Gerhard rozwścieczony śmiercią swego następcy, postanowił sam to załatwić. Wyrwał miecz jednemu z poddanych i skoczył z nim w stronę Jeny.
Jakaś strzała znów przebiła szafirowy płaszcz, raniąc ją w udo. Nie bacząc na następne, wychyliła się zza fotela.
– Dla ciebie mam coś specjalnego! – wrzasnęła.
Uniosła broń i prawie nie celując, z kilku kroków, nacisnęła spust!
Huk wystrzału i kopnięcie kolby. Czerwona linia dosięgła piersi dyktatora. Siła uderzenia grotu była tak wielka, że nie tylko go zatrzymała, ale jeszcze odrzuciła w tył na trzy kroki. Rozciągnął się jak długi, a jego miecz poszorował po podłodze.
Gwardziści imperium zamarli z przerażenia. Ogłuszeni hukiem widząc śmierć swego wodza, stali nie wiedząc, co dalej. Z wrażenia zapomnieli o kuszach.
Jeszcze większy szok przeżywali Elgardczycy. Nieznana, straszliwa broń w rękach Samanty wywarła na nich piorunujące wrażenie.
W tej chwili jedno ze środkowych okien wyleciało z ramy i runęło na podłogę! Przez powstały otwór do środka wpadło kilkanaście strzał i oszczepów, kładąc na miejscu trzech najbliższych gwardzistów Imperium. Za nimi zaczęli wskakiwać jacyś ludzie z bojowym wrzaskiem. Powstało zamieszanie.
– Zabić ich! Zabić tę dziwkę! – wrzeszczał jakiś patrycjusz wymachując szerokim mieczem.
Wtedy Jeny zrzuciła z siebie szafirowy płaszcz i zerwała perukę.
„Jeśli mam teraz umrzeć, to pod własnym imieniem” pomyślała podrywając się z podłogi.
Za plecami usłyszała krzyk Zenda.
– Rany Boskie! To …J e n y…!!!
Gwardziści przypomnieli sobie o kuszach. Znów poleciały strzały.
Skierowała wylot grotów w kierunku popleczników Gerharda i nacisnęła spust. Następny strzał w zamkniętym pomieszczeniu ogłuszył ją całkowicie. Nie zważając już na nic naciskała spust jak szalona. Czerwone ścieżki, znaczące lot grotów, wnikały w ciała ludzkie, by po drugiej stronie eksplodować fontanną krwi i strzępków ubrań. Nie było przed nimi ani ucieczki, ani zasłony. Człowiek z szerokim mieczem próbował się za nim schować. Grot przebił masywną klingę jak papier i eksplodował rażąc człowieka odłamkami.
Gwardziści widząc ciała swych kolegów i dowódców porozrzucane z potworną siłą po zakrwawionej podłodze, oślepieni błyskami, ogłuszeni hukiem nieznanej broni, rzucili się w panice do wyjścia.
Jeden, drugi grot minął cel i uderzył w ścianę, ale Jeny nie bacząc na wyrywane eksplozjami i fruwające wokół drzazgi, naciskała spust raz po raz. I tylko małe, dymiące rureczki odbijały się od podłogi podskakując dźwięcznie wokół niej! I było ich coraz więcej!
Nagle broń przerwała cykl w połowie! Wiedziała, co to oznacza. Nacisnęła dźwigienkę obok spustu i na podłogę wypadło puste pudełko. Wyjęła zza paska zapasowe, wsunęła w szczelinę i zatrzasnęła. Broń dokończyła cykl, była gotowa!
Ale Jeny nie miała już do czego strzelać!
Gwardziści porzuciwszy broń w panice tłoczyli się w wyjściu przepychając i ślizgając w kałużach krwi. W środku pozostało kilkanaście ciał, potwornie zmasakrowanych i porozrzucanych po zakrwawionej podłodze.
Dygoczącymi rękami Jeny opuściła swą broń. Jej siła niszcząca była straszliwa, przekroczyła jej wszelkie wyobrażenia! W uszach dzwoniła jej cisza, tylko powyrywane eksplozjami dziury w ścianach dymiły coraz mocniej. Czuła przy tym dziwny zapach, ostry, drażniący nos i gardło aż do mdłości. Powoli zaczęła zdawać sobie sprawę z okropności tego, co się tu stało i czego ona była głównym sprawcą.
Pierwsi dopadli do niej Pull i Zend.
– Boże, Jeny, to ty?! – wrzeszczał Pull zdając sobie wreszcie sprawę z metamorfozy Samanty.
– Jeny, co ty masz w rękach?! Co to za diabelstwo?! – Zend patrzył na jej „kuszę” z przerażeniem.
Ktoś z zewnątrz wybił kolejne okno i do sali wpadli nowi ludzie z okrzykiem:
– Śmierć zdrajcy! Niech żyje Samanta! – ale widząc w koło trupy i krew, przycichli natychmiast.
Teraz Jeny odważyła się obejrzeć za siebie.
Kilkunastu żołnierzy leżało martwych, kilku było rannych, Ardo nie żył podobnie jak czterech mnichów i jacyś dwaj nieznani cywile. Milar ranny w ramię i nogę stał podtrzymywany przez dwóch ocalałych gwardzistów Pulla. Ktoś inny pomagał podnieść się Damianowi. Dwaj młodzi mnisi, też ranni, stali obok Wielkiego Strażnika, który jakimś cudem wyszedł cało z masakry.
– Jeny, co to wszystko znaczy? – spytał Milar krzywiąc się z bólu.
– Wyjaśnienia później, ojcze! – krzyknęła – Zabierajmy rannych i uciekajmy stąd!
Jakby w odpowiedzi po przeciwnej stronie sali buchnęły płomienie. Porozrywane grotami deski, nadpalone od wybuchów, zajęły się krwawym płomieniem. Kłęby dymu rozpłynęły się pod sufitem i wyleciały przez wybite okna.
Jakiś człowiek, spośród tych, którzy weszli tu oknami, podbiegł do Jeny.
– Uciekajcie! – zawołała do niego, ale głos uwiązł jej w gardle. Skądś znała jego twarz!
– Flint! – rozpoznała swego byłego jeńca.
– Witaj, Jeny, wiedziałem, że cię tu spotkam!
Płomienie szybko objęły całe przeciwne wejście i pożar rozszerzył się na ściany i sufit. Buchnęło gorąco!
– Szybko, do drugiego wyjścia! – popchnęła Flinta i kogoś jeszcze.
Po drodze złapała pod ramię rannego w bok gwardzistę i pociągnęła za sobą.
Wyprowadzano rannych. Pull i Zend, też cali, sprawnie kierowali akcją. Kto nie mógł iść sam, brano go pod ramiona albo na zaimprowizowanych z płaszczy noszach. Nagle z tyłu usłyszała znajomy głos, drżący i słaby:
– Witaj księżniczko mego serca...
Przypadła do mówiącego. Damian był ranny w obie nogi, nie mógł iść, więc poniesiono go na jakieś pelerynie. Wybiegła za nimi na zewnątrz. Na podeście było pusto, wszyscy uciekali jak najdalej od tego okropnego miejsca.
Jakby na ironię, niebo na zachodzie płonęło różową, wiosenną zorzą kładąc na świat radosną, barwną poświatę. W tym świetle człowiek wynoszony właśnie z budynku nie wyglądał tak blado, jak zapewne był w rzeczywistości. Pochyliła się nad nim przesuwając ciężką „kuszę” na pasie na plecy.
– Bernardzie... – ujęła jego rękę, była lodowato zimna.
Ranny uśmiechnął się lekko.
– Udało ci się, Samanto... – wyszeptał – nie zmarnuj tej szansy... – nie mógł mówić.
Ścisnęła go za rękę.
– Ja,... moja droga... skończona ... – głos mu się urywał – Mogę spokojnie... odejść ...
– Co ty mówisz? – prawie krzyknęła – jesteś ranny, ale będziesz żyć!
– Nie ... Samanto... wspomnij mnie czasem ... i żegnaj...
Stracił przytomność, ale jeszcze nie rozstał się ze światem. Przybiegł jakiś człowiek, medyk.
– Źle z nim, dawajcie go szybko do mnie! – wskazał ścianę lasu.
Jeny puściła jego bezwładną dłoń, a żołnierze ponieśli go ostrożnie we wskazanym kierunku. Patrzyła za nimi a łzy same napłynęły jej do oczu.
cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Ertew » 21 Sie 2014, 19:21

Irayo za kolejny fragment.

VI/2)
VI/2)
VI/3)
Drobna uwaga do numeracji, brak uwag do treści, plus za sporą dawkę akcji.

VI/3)
Wychwyciłem literówkę, brak uwag do treści.

sikorek48 napisał(a):– A czy mogę wiedzieć, jak długo pani się tam zatrzyma?
– Kilka dni na pewno. – odpowiedziała myśląc „Czemu to go interesuje?”
– Wobec tego mam prośbę, aby była pani tak uprzejma i zgłosiła się w komendanturze aby poświadczć zeznanie. Sędzia nie będzie już pani fatygować na rozprawę.
– Dobrze, zrobię tak.
– Dziękuję w imieniu służby. – oficer powstał. – Przykro mi, że spotkała panią taka nieprzyjemność i to tutaj, gdzie było zawsze tak spokojnie.
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Tutee » 22 Sie 2014, 09:04

Wzruszjący rozdział, szczególnie końcówka :-) Jakoś smutno mi się zrobiło, mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze.
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Linux Chrome

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 22 Sie 2014, 09:11

Odpowiadam szybko, jeśli tu jeszcze jesteś:
c.d.
XII/2.
Ogień wewnątrz budynku rozprzestrzeniał się gwałtownie, tym szybciej, że nikt go nie gasił. Słup czarnego dymu bił w granatowe niebo gęstniejąc z każdą chwilą. Płomienie przebiły się przez wybite okna i zaczęły chwytać się belek dachu.
W pośpiechu wyniesiono jeszcze dwóch rannych gwardzistów, gdy nagle zza rogu budynku wypadł jakiś olbrzym w barwach Imperium krzycząc:
– Mam cię, suko, dwa razy nie chybiam!!
Poznała go od razu po wielkim oszczepie z bocznym hakiem i wąskim grotem!
„Jeszcze tobie nie podziękowałam” pomyślała przesuwając broń do przodu.
Wzięła go na cel w chwili, gdy z 30 kroków brał szeroki zamach oszczepem. Nacisnęła spust dwukrotnie. Pierwszy grot osadził go na miejscu, drugi cisnął olbrzymem jak piórkiem w tył i na ziemię. Las odpowiedział podwójnym echem wystrzałów, a po schodach stoczyły się dwie puste rureczki.
Upadły wprost pod nogi Pulla i Zenda, którzy wbiegali z powrotem na schody.
– Jeny! – krzyknął Pull – uciekaj stąd! Zaraz będzie tu wielka bitwa!
– Jaka bitwa? – spytała nieprzytomnie.
– Spójrz na łąkę! – wskazał Zend.
Z lasów po obu stronach łąki wysuwały się zwarte szeregi żołnierzy. Wszyscy pod bronią i znakami, pośpiesznie formowali oddziały stając w bojowym szyku. Jeden rozkaz, jeden okrzyk i dwie ławy ludzkie ruszą na siebie by zewrzeć się w śmiertelnym boju. Przeszło dwadzieścia tysięcy ludzi czekało już tylko na hasło, aby zamienić kwitnącą łąkę w jedną wielką mogiłę, przesiąkniętą krwią. Przy takiej równowadze sił nie byłoby zwycięzców, a nieliczni, którym dane byłoby przeżyć, staliby się świadkami klęski Imperium , Elgardu i wszystkich sojuszników.
Gdy to sobie uświadomiła, ciarki przebiegły jej po plecach i zrobiło się niedobrze. Pożar za plecami objął już przeciwną ścianę szczytową i wydostał się na dach. Słup dymu zabarwił się czerwono od błyskających wśród kłębów, płomieni. Na łąkę i wojska padł krwawy cień, jak zapowiedź wydarzeń!
– Jeny, – Pull chwycił ją za rękę – szybko, bo zaraz będzie za późno! My musimy do ludzi. No chodźże! – szarpnął ją ku schodkom.
Energicznie wyrwała się.
– Zaczekajcie. To nie może się wydarzyć!
– Co? – nie zrozumieli.
– Bitwa!
Stanęła w pozycji strzeleckiej i uniosła broń celując pomiędzy obydwoma armiami.
– Co ona robi?? – wrzeszczał Pull – Zwariowała?
– Zostaw ją! – Zend powstrzymał komendanta. – Chyba wiem, co zamierza!
Ognista smuga przemknęła środkiem łąki, przeorała ziemię i eksplodowała wyrywając w górę trawę i grudki ziemi. Strzelała raz po raz. Huk wystrzałów, błyski wybuchów i fruwająca wokół ziemia zlały się w jedno. Łoskot nie był tak silny jak w zamkniętym pomieszczeniu, ale tutaj odbijał się echem od niedalekich gór i powracał zwielokrotniony by zmieszać się z kolejnymi. Grzmot potężniał z każdym wystrzałem, zaczęło od niego drżeć powietrze. W połączeniu ze wstającą ziemią sprawiało to wrażenie, że wszystko wokół, lasy, góry, a nawet sklepienie niebieskie za moment zwali się wszystkim na głowy!
Na widok tego przerażającego zjawiska żołnierskie szeregi zafalowały i ogarnięte paniką zaczęły bezładnie cofać się ku lasom. Przerażenie potęgowały drobne grudki ziemi spadające na ludzi, ale przede wszystkim owe ogniste smugi wyrywające z łoskotem wszystko w górę!
A Jeny strzelała bez przerwy, aż opróżniła całe pudełko grotów i gdy broń się zatrzymała, załadowała ostatnie. Podest i schody wokół niej zasypane były pustymi rurkami. Opuściła broń nasłuchując, jak echa ostatnich wystrzałów zamierają gdzieś wśród górskich przepaści.
Łąka jak okiem sięgnąć była ... p u s t a!
Odwróciła się do Pulla i Zenda stojących za nią i mocno wystraszonych.
– Teraz wasza kolej panowie! – rzekła z triumfującą miną.
– Co? Co mamy robić? – wyjąkał komendant.
– Zrobicie tak! Wyślijcie poselstwo do dowódców wojsk Imperium. Powiedzcie im, że Gerhard i jego zausznicy złamali święte prawo Księgi i podnieśli rękę na Braci i Wielkiego Strażnika. Zostali za to ukarani, a także za wszystkie zbrodnie, gwałty i morderstwa, których popełnili bez liku. Wszyscy żołnierze z jego armii, którzy złożą broń, będą mogli odejść wolni do domów. Mogą też przejść z bronią pod wasze rozkazy. Pozostali potraktowani zostaną tak samo, jak ich wódz.
Mężczyźni spoglądali po sobie z minami mówiącymi „Czyżby to było aż takie proste?”
– Pull, – rzekł Zend niepewnie – ona chyba ma rację…
– Szybciej, panowie, – ponagliła ich – zanim ochłoną!
Zbiegli po schodach do koni, uwiązanych przy barierce. Były bardzo niespokojne szalejącym obok pożarem. Ogień za ich plecami ogarnął już połowę dachu. Pomarańczowy blask zalewał łąkę i las po obu jej stronach, gdzie wśród drzew czaili się ludzie.
– Jeny, – odezwał się Zend odwiązując lejce – powiedz, co ty właściwie masz, co to za broń?
– To broń naszych przodków. Opatrzność włożyła ją w moje ręce abym w razie potrzeby użyła jej w dniu dzisiejszym. Ale tylko dziś i tylko tutaj!
– Ale ty, – zakrzyknął Pull – ty mogłabyś, sama jedna, rozgromić całą armię Imperium!
– Wiem, Pull, nie tylko Imperium… – dosiadła deresza. Blask łuny odbijał się refleksami od metalowych części „kuszy” Zawiesiła ją sobie na pasie przez plecy, tak jak miecz.
– To dlaczego? Dlaczego musiał umrzeć Ardo i inni? Dlaczego narażałaś nas wszystkich?
– Narażałam przede wszystkim siebie. Pytasz dlaczego nie użyłam mojej „kuszy” przeciw ludziom z armii Imperium? Z jednego powodu, tego samego, co pod ruinami! – w jej oczach płonął blask nie mniejszy niż za ich plecami!
– Teraz mogę go wam już zdradzić! – sięgnęła za kurtkę i wyciągnęła Medalion.
– Zend! Ona jest Tharkiem!! – Z wrażenia Pull o mało nie wypuścił wodzy swego konia.
Kapitan przyjął wiadomość spokojniej, wiedział już o tym.
– To prawda, panowie. – dziewczyna nawróciła deresza – Od roku należę do tego klanu wojowników o sprawiedliwość.
Pull ledwie ochłonął z kolejnego szoku.
– To ja teraz już wszystko rozumiem.
Za nimi ogień przebił się na zewnątrz szczytowej ściany, która w jednym momencie stanęła w płomieniach. Teraz budynek płonął już jak pochodnia.
– Uciekajmy stąd! – krzyknął Zend – zaraz to wszystko się zawali!
Popędzili wierzchowce na skróty przez łąkę ku lasowi.
– Zend, powiedz mi tylko jedno. – spytała ściągając lejce wyrywającego się deresza – Czy Flaniuszowi nic się nie stało?
– Jemu nic, ale zginął jego najbliższy przyjaciel. Nazywał się tak jakoś dziwnie… Castellus! – przypomniał sobie. – Jeny, mam tyle spraw do ciebie, tyle pytań…
– Nie dzisiaj, Zend. Za chwilę musimy się pożegnać. – skraj lasu przybliżał się szybko – Ale obiecuję, że się jeszcze nie raz spotkamy.
– A co będzie z … Samantą? – spytał Pull doganiając ich.
– Samanty już nie ma. Spełniła swoje zadanie i odeszła, – wskazała za siebie na płonący budynek – ale coś wam zostawiła. Testament. Jutro odczyta go wam Wielki Strażnik. Ja w tym czasie będę już daleko stąd.
– Czy … musisz wyjeżdżać? – Pullowi głos się załamał.
– Tak, wracam do swoich. Za długo mnie tam nie było.
Wjechali pomiędzy pierwsze drzewa.
– Jeszcze jedna prośba, panowie. – Jeny wstrzymała wierzchowca – Nie rozpowiadajcie o moim Medalionie, dobrze?
– Jak chcesz, zgoda. – odparł Zend.
– O tym liście też nie mówcie dziś nikomu. Jutro się wszystko wyjaśni.
Skinęli głowami.
– Pozdrówcie ode mnie Milara i przeproście go w moim imieniu. Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. A teraz…. Do zobaczenia.
Ściągnęła wodze i cicho jak duch znikła wśród drzew.
„Czy naprawdę tu była?” pomyślał stary kapitan i serce ścisnęło mu się nieznanym dotąd uczuciem.

Obóz Elgardczyków był blisko. Minęła pierwsze straże i znalazła się obok polanki, gdzie niedawno witano Samantę. Teraz ujrzała na niej szeregi pochodni i rząd noszy oraz ludzi uwijających się pomiędzy nimi. Osadziła deresza w miejscu, aż przysiadł na zadzie. Zeskoczyła z kulbaki na ziemię, miękką od mchów i traw. Obok stał żołnierz na warcie. Rzuciła mu wodze.
– Popilnuj chwilę mego deresza. – poprosiła.
– Oczywiście, panno Jenifer! – Poznał ją! I to nie jako Samantę!
Podeszła do oświetlonego pola. Leżeli tu wszyscy ranni podczas ostatnich wydarzeń. Nie chcąc gapić się na każdego złapała za rękaw jakiegoś chłopaka, lecącego gdzieś z naręczem białych płócien.
– Jest tu gdzieś Milar? – spytała.
Chłopak spojrzał na nią półprzytomnie.
– Kto to..... aaaa.... nie niema. Jest w swoim namiocie z medykami. – odpowiedział z sensem.
– A Bernard? Ten ciężko ranny?
– Jest tam, – wskazał namiot – medycy próbują go uratować.
– Mogę tam wejść?
– Lepiej nie. Teraz tam nie wolno!
Pomyślała, że może naprawdę lepiej.
– A taki chłopak, Damian?
– A co mu jest?
– Dostał w nogi. – przypomniała sobie.
– A jest, tam – pokazał na nosze w środku szeregu.
– Dzięki, leć! – puściła jego rękaw.
Damian leżał nakryty jakąś derką po szyję, z zamkniętymi oczami i bladością na twarzy. Klęknęła obok niego.
– Hej, to ja, „królowa twego serca”.
Otworzył oczy patrząc na nią zdumiony.
– Czy mnie wzrok myli, czy to naprawdę Jej Wysokość? – głos miał słaby, jakby był bardzo zmęczony.
– Ja tu nie widzę żadnych „Wysokości”. Ale to ja, Jeny, nie poznajesz? – rękawem starła z twarzy resztki balsamu. – A teraz?
Chłopak uśmiechnął się ciepło. Spod koca wysunęła się jego ręka i delikatnie zaczęła czegoś szukać. Jeny chwyciła tę dłoń oburącz.
– Dzięki, że przyszłaś. – jego wzrok padł na rozerwany rękaw jej bluzy. Podłużna dziura zabarwiona była na czerwono.
– Jesteś ranna! – przestraszył się.
– To tylko draśnięcie. Na nasze szczęście nie użyli zatrutych strzał.
– Wiem coś o tym. Dostałem w obie nogi.
– Medyk cię widział? Co powiedział?
– Powiedział, że kiepsko. Jedną nogę mi uratuje, ale drugą.... powiedział, że trzeba będzie urżnąć... – głos mu się załamał.
– Odwagi, Damianie. – jej też zrobiło się byle jak – Lepiej żyć bez nogi, niż wcale. Dziś wszyscy mieliśmy szansę palić się teraz wraz z tamtą budą!
– Ciężko będzie żyć jednonogiemu bardowi, – rzekł melancholijnie – ale dzięki za dobre słowo.
– Ja nadal liczę na ciebie.
Zerknął na nią zaciekawiony.
– Ballada czeka na zakończenie!
Ścisnął jej dłoń uśmiechając się.
– To masz już obiecane. Niech no tylko będę się mógł stąd ruszyć.
– Jeny, – odezwał się myśląc nad czymś – jak ci się to udało? Ten numer z … z Samantą. Nabrałaś nas wszystkich.
– Bardzo prosto, Damianie. Ja nie musiałam u d a w a ć Samanty.
– Jak to? – próbował unieść głowę, ale mu to nie wyszło. – To ty naprawdę jesteś….?
– Oczywiście, Damianie, we własnej osobie.
– Aż trudno w to uwierzyć. – a po chwili dodał – A jednak nas nabrałaś.
– Przepraszam, to było konieczne. Może dzięki temu dożyłam dnia dzisiejszego.
– Nie mam o to pretensji. Co będziesz teraz robić?
– Wracam do domu i chciałam się pożegnać, ale na pewno się jeszcze zobaczymy. Damianie, chciałam dać ci coś na pamiątkę tych wydarzeń. Widzisz, tam na skraju zarośli żołnierz trzyma konia za uzdę.
Uniósł głowę pomagając sobie ręką.
– Widzę, to twój deresz.
– Od tej chwili jest to już t w ó j deresz!
– Coś ty? Oddajesz mi swego wierzchowca?
– Był mój, więc mogłam z nim zrobić co chciałam, prawda?
– No… niby tak.
– A więc załatwione. Siodło też jest twoje.
– Dzięki. – rzekł ze smutnym uśmiechem – Tyko gdy mi utną nogę, to nawet nie wsiądę na niego.
Jeny zerknęła na szczupłą sylwetkę pod narzutką.
– Pokaż mi tę twoją nogę. – poprosiła.
– Co? Ale po co?
– Pokaż, pokaż. – nie ustępowała.
– Ale … nie mogę!
– A to czemu?
– Bo…. bo…. – jąkał się – bo ktoś ściągnął mi spodnie!
Jeny roześmiała się cicho i jednym ruchem odrzuciła z niego koc!
– Au! – wrzasnął ranny raczej nie z bólu.
– Nie jestem już dzieckiem, Damianie, ani cnotliwą panienką.
Zsunęła z ramienia pas i ostrożnie położyła „kuszę” obok posłania. Broń była wciąż naładowana, należało uważać na nią.
Strzała trafiła chłopaka w połowie uda. Musiała uszkodzić kość, bo rana nie była głęboka, ale było to bardzo poważne zranienie. Krwawienie wprawdzie ustało, ale gangrena była pewna.
– No i co, siostro miłosierdzia? – mimo powagi sytuacji humor go nie opuścił.
– Z nogą mogło być gorzej, – stwierdziła – a jeśli chodzi o resztę, to masz chyba wszystko w porządku...
– Przestań – mruknął – i co mi po tym?
– Zaczekaj. – dotykała nogi poniżej zranienia. Nie reagował.
– Czułeś coś? – spytała podnosząc na niego oczy.
– A powinienem?
Było gorzej, niż się spodziewała. Strzała musiała uszkodzić znacznie więcej, niż to początkowo wyglądało.
Nagle od strony płonącego domu dobiegł ich donośny łoskot. Ponad drzewami uniósł się w niebo olbrzymi kłąb ognia, dymu, iskier i jakichś płonących strzępów, które długo opadały dopalając się w powietrzu. Domyśliła się, że to musiały wybuchnąć groty pozostawione w podziurawionym pudełku.
– Dokonało się. – mruknęła i zajęła się nogą chłopaka.
„Właściwie, to co mi szkodzi? Najwyżej będę znów tłumaczyć się przed Wiki. Może uda mi się ją jakoś wykołować. Ten jeden raz!
– Nie ruszaj się teraz. – ostrzegła barda.
Położyła jedną rękę na ranie, a drugą wsunęła pod udo rannego. Skupiła się. Od razu poczuła przepływ energii od Medalionu poprzez ręce wprost na zranienie.
Chłopak poruszył się niespokojnie.
– Co mi robisz? – usiłował dojrzeć coś unosząc głowę.
– Niespodziankę twojemu lekarzowi. – odrzekła skupiona.
Energia płynęła jeszcze dłuższą chwilę i jak zwykle jej działanie urwało się samo. Cofnęła ręce.
– Czułeś coś? – spytała.
– Jakieś dziwne drżenia w tej nodze, gdzie już nic nie czułem! – rzekł zdumiony – Coś ty mi zrobiła?
– Wiesz, czasem, w niektórych przypadkach potrafię pomóc. Bądź dobrej myśli. – dodała wstając.
Chłopak tylko pokręcił głową z niedowierzaniem. Jeny starannie okryła rannego derką.
– Dzięki. – rzekł wzruszony.
– Zobaczysz, że jeszcze dosiądziesz tego pięknego deresza.
– Nie wiem, jak mam ci dziękować. – łzy zakręciły się w jego oczach i błyszczały w świetle pochodni.
– Jesteś moim przyjacielem, Damianie, niezależnie czy z nogą, czy bez niej. Na mnie już czas, ale pamiętaj, że jeśli będzie ci źle na tym świecie, rzuć wszystko i przyjeżdżaj do nas, do ludzi Pogranicza. U nas zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce. – podniosła „kuszę”.
– Może. Jeśli się sprawdzi to co mówisz, to może odwiedzę was, choć na krótko.
– Przyjeżdżaj Damianie i to nie na krótko. Zdrowiej szybko i do zobaczenia!
Szybko, szybciej niż chciała odeszła w bok i pobiegła w las. Po drodze przykazała żołnierzowi na warcie, gdzie ma odprowadzić deresza Damiana i omijając centrum obozu poszła do swego namiociku. Czuła się dziwnie lekko, nerwy i zmęczenie całym dniem, pełnym przeżyć i stresów gdzieś znikło. Wszystkie okropności, których była świadkiem, a często głównym sprawcą odpłynęły gdzieś w mrok nocy. Łuna pożaru przygasła, a na czarnym już niebie rozbłysły jak co noc tysiące gwiazd. Powietrze było chłodne i rześkie i jak lekarstwo opływało jej ciało ze wszystkich stron. Powoli wyciszała swoje emocje i na jej skołataną duszę napłynął gdzieś od strony Wielkich Jezior wielki spokój.
W mroku zamajaczyły kontury namiotów oficerskich. W całym obozie panował ruch i rejwach. Zapewne w związku z poselstwem do wojsk Imperium.
Nie zwracając na siebie uwagi podeszła od lasu do swego namiociku. Nie zauważyła nikogo w pobliżu, oprócz wartownika. Poznał ją mimo mroku i wyprężył się regulaminowo. Odsunęła płócienne drzwi. Torba z prowiantem i bukłaczek stały na swoim miejscu. Bez pośpiechu obrzuciła wnętrze uważnym wzrokiem i zabrała obie rzeczy. Nie było tu już niczego więcej, na czym by jej zależało i co chciałaby zabrać ze sobą.
Z zewnątrz dobiegły ją miarowe kroki i obok namiotu przemaszerował kilkudziesięcio osobowy oddział. Wyjrzała przez szparę w płóciennych drzwiach. Byli to żołnierze Elgardu, w pełnym uzbrojeniu. Odczekała, aż kroki przycichną i z bagażem wyszła z namiotu.
Żołnierz na warcie znów stanął na baczność.
– Pytał ktoś o mnie? – zagadnęła wartownika.
– Nie, panno Jenifer. – odparł natychmiast.
– Gdyby mnie ktoś szukał, powiedz mu … – właściwie to co mogłaby chcieć jeszcze komuś przekazać? – Albo lepiej nic nie mów.
– Tak jest, panno Jenifer. – odpowiedział chłopak nieco zdziwiony.
Od strony obozu dobiegały wciąż liczne głosy ludzi zlewające się z tej odległości w jednolity szum, jak w ulu. Czasem można było rozróżnić pojedyncze głosy, nawoływania, rytmiczny krok pieszych, ale jednego na pewno nie słyszała: bitewnego zgiełku, szczęku broni i krzyków walczących.
Uśmiechnęła się po cichu do swoich myśli.
cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez Ertew » 31 Sie 2014, 14:28

VII)
oraz
VII/2)
Kolejny kawał dobrej roboty. Tym razem nie znalazłem żadnych błędów i poważnych wpadek.

Trochę nie pasuje mi fragment "w kącie panoszył się kominek z kratą z kutego żelaza". Zazwyczaj spotykałem się z przypisaniem panoszenia się do ludzi i zjawisk (np. bałagan), pierwszy raz do przedmiotów. Ale słownik dopuszcza takie zastosowanie, więc nie będę wnikał
Image
Student :\
Awatar użytkownika
Ertew
Na'vi
 
Posty: 1126
Rejestracja: 31 Lip 2010, 19:30
Miejscowość: Leszno czyli gdzieś między Poznaniem a Wrocławiem
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 58
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Opowiadania sikorka część piąta i ostatnia.

Postprzez sikorek48 » 03 Wrz 2014, 08:49

Dzięki, że znajdujecie jeszcze czas na czytanie mojego opowiadania. :)
c.d.
XII/3.
Łatka powitała ją jak zwykle radośnie i była tylko zdziwiona wyjątkowo małą ilością pieszczot, jakie jej się dostały. Jeny zawiesiła na łęgu torbę i bukłak, odwiązała lejce i skoczyła na siodło zręcznie łapiąc w locie strzemiona. Odgłos kopyt końskich roztopił się w ciemnościach, gdy omijając kręcących się wszędzie ludzi opuszczała teren obozu. Skręciła na drogę ku tajnemu przejściu pod górami. Dziś przebyła ją dwa razy, tam i z powrotem, teraz musiała pokonać ją po raz trzeci, ostatni. Pozostało jej jeszcze jedno ważne zadanie: musiała jak najszybciej pozbyć się swojej „kuszy” i zatrzeć wszelkie ślady jej istnienia. Bardzo pomógł jej w tym pożar, który strawił budynek spotkania. Wraz z nim spłonęło podziurawione pudełko z grotami, dwa puste, a także wszystkie wystrzelone przez nią rurki. Nawet jeśli po ogniu i wybuchu coś z tych rzeczy pozostanie, będzie to już nie do rozpoznania. Płaszcz i peruka „Samanty” nie były jej już do niczego potrzebne, ale w tej chwili uświadomiła sobie, że w budynku pozostało coś jeszcze, coś bardzo dla niej ważnego! Nóż od Starego Łowcy! Nie wyjęła go z ciała Gorma, zapomniała. Strata tej jakże ważnej pamiątki była bardziej bolesna, niż się mogła spodziewać.
Trudno, pomyślała sobie na koniec, może musiała poświęcić coś dla niej drogiego aby to wszystko się udało?
Pędziła drogą w słabnącej poświacie pożaru. Ogień już wygasł i tylko gdzieś za lasem żarzyły się niedopalone głownie rzucając na pobliskie wzgórze czerwonawą poświatę. Wzeszedł księżyc i jego pomarańczowa, wielka tarcza pojawiła się w perspektywie drogi prześwitując między gałęziami drzew. Przypominał teraz wielki balon wznoszący się nad dalekim horyzontem. Zwolniła biegu klaczy nie chcąc jej narażać na niepotrzebny wysiłek. Droga jak okiem sięgnąć była pusta, ale Jeny w pewnej chwili zjechała w głównego szlaku. Nocne spotkania z ludźmi niewiadomego autoramentu nie należały do bezpiecznych i wolała na dziś uniknąć już niespodzianek.
Całym ciałem wchłaniała nocny chłód, który w cudowny sposób przywracał jej siły po całodziennych przeżyciach. Nadal też nie opuszczało jej owo dziwne uczucie lekkości, które opanowało ją wieczorem. Podejrzewała, że ma to coś wspólnego ze spełnieniem najważniejszej misji jej życia, które właśnie nastąpiło. Nie umiałaby go określić żadnymi słowami.

Drogi ubywało szybko i na długo przed północą była przed tajnym wejściem do arsenału przodków. Wszystko zastała nie zmienione. Z jakąż ulgą zdjęła z siebie „kuszę” i położyła ją na wieku półuchylonej skrzyni. Teraz dopiero zauważyła ślad po grocie strzały. Brzeg drewnianej kolby obok osłony spustu był odłupany na długości prawie jej dłoni! Szczęście, że grot nie trafił w jakąś ważną część! Pozbywając się niezwykłej broni doznała uczucia wielkiej ulgi, ale też i wdzięczności dla tego niesamowitego urządzenia, dzięki któremu ich wspólne plany powiodły się doprowadzając całe dzieło do końca.
Po namyśle zdjęła broń ze skrzyni i położyła pomiędzy nimi, dokładnie w tym samym miejscu, w którym zobaczyła ją po raz pierwszy. Może to nie miało znaczenia, ale niech tak zostanie.
Krzywiąc się z bólu ściągnęła podziurawioną i zakrwawioną kurtkę. Rana na ramieniu nie była głęboka, piekła tylko niemiłosiernie. Gorzej było z tą na boku. Grot strzały rozerwał jej skórę w pobliżu dwóch poprzednich zranień ale krew przestała się już sączyć. Przemyła sobie te miejsca odkażającym płynem. Przy okazji znalazła parę innych skaleczeń i otarć. Wtedy, podczas walki nawet nie zwróciła na nie uwagi, teraz ranki zaczęły jej dokuczać.
„To miejsce na boku ma wypisaną moją historię” myślała zawiązując bandaż wokół talii. „Jeden po ucieczce z Osady, drugi po walce z Witeliuszem i teraz trzeci po rozprawie z Gerhardem. Gdyby każda taka okazja kończyła się kolejną blizną w tym miejscu, byłoby ich tam znacznie więcej!” roześmiała się w duchu.
Włożyła z powrotem kurtkę, bo na bezrękawnik było jeszcze za wcześnie. Uzupełniła strój plecionkami, naszyjnikiem w kłów i z plasterków rogu. Obroża z kapsułką wróciła na swoje miejsce. Z ulgą zrzuciła granatowe buty „Samanty” i wciągnęła swoje ze skóry naszywanej kółeczkami i rzemykami. Teraz poczuła się wreszcie sobą.
Poprawiając buty zastanowiła się. Schowek po nożu od Łowcy był pusty. Popatrzyła po rzędach skrzynek z literami U.S. Jeśli było tu wyposażenie całego oddziału dawnego wojska to czy mogło zabraknąć noży? Postanowiła poszukać.
Wiedziała już wcześniej, że wielkość i kształt skrzynek odpowiada ich zawartości, a więc w dwóch identycznych skrzynkach musiały być takie same przedmioty. To ułatwiało znacznie poszukiwania. Dla porządku otworzyła pierwszą z brzegu. Były w niej kusze lecz trochę inne niż ta jej. Krótsze, mniejsze i zapewne znacznie lżejsze. Bez trudu rozpoznała zasadnicze elementy broni: kolba, uchwyt, spust, wylot grotów i pudełko z zapasem, tutaj węższe, za to znacznie dłuższe.
Zamknęła skrzynkę. Nie było po co otwierać następnej w rzędzie, musiały zawierać takie same kusze. Nie było też sensu szukać noży w rzędach po kilkanaście identycznych skrzyń. Noże jeśli były mogły zająć jedną, najwyżej dwie paczki. Rozejrzała się za pojedynczymi egzemplarzami. Dojrzała je pod ścianą jaskini na prawo od wejścia.
Stało tam w rzędzie kilkanaście różnej wielkości skrzynek. Wszystkie zielone, z literami U.S. i szeregiem małych znaczków na dłuższych bokach. Zamknięcia wszystkich były bardzo proste, wystarczył jeden ruch ręką i pokrywa odskakiwała.
W pierwszej leżały równo ułożone jakieś obłe przedmioty z jednej strony zakończone czymś w rodzaju metalowych skrzydełek. Zajrzała do następnej. Były tam coś jakby wielkie jaja z metalu z pociętą w kratkę skorupą. W kolejnej znalazła kilkanaście samych uchwytów do kusz. Takie miała pierwsze odczucie, ale po chwili wiedziała, że to też jest jakaś broń. Zrezygnowana otworzyła długą, wąską skrzynkę. W środku na zielonej wyściółce leżała gruba rura, znacznie dłuższa niż wzrost Jeny. Oba otwory na końcach zaopatrzone były w lejki, a na środku rura miała zgrubienie z uchwytem, jak przy kuszy. Ten uchwyt był jedyną rzeczą, jaką rozpoznała i pomyślała z przerażeniem, jakie to olbrzymie groty musi wyrzucać taka potężna broń! Zatrzasnęła skrzynkę z myślą, ile też trudu zadali sobie ich przodkowie, aby wymyślić i zbudować tyle różnych maszyn do uśmiercania innych ludzi.
Na końcu szeregu stała jeszcze jedna, niewielka skrzyneczka. Chyba już tylko dla porządku zajrzała także i do niej. Podniosła pokrywę i ... co za radość! Są!
Wewnątrz było kilkadziesiąt noży, ale jakich!
Drżącą ręką wyjęła jeden z nich. Skórzana pochewka była miękka, błyszcząca i miała szlufkę do założenia na pasek. Podkładka pod rękojeścią była sztywna i miała pasek obejmujący rękojeść pod krzyżykiem.
Jeny odpięła pasek i powoli wysunęła ostrze z futerału. Światło pochodni zamigotało w idealnie wypolerowanej powierzchni dość długiej klingi, ale chyba mocniejsze zapaliło się w zachwyconych oczach dziewczyny. Błyszczące jak lustro czteropłaszczyznowe ostrze było lekko podgięte na końcu i miało krawędź cięcia tylko po jednej stronie. Na płaskiej powierzchni tuż przy rękojeści wytłoczone były w stali jakieś znaki. Rozpoznała ptaka, chyba drapieżnego, bo trzymał coś w szponach, a po drugiej stronie jakieś drobne literki ułożone w kółko. Krótki prosty krzyżyk przechodził w profilowaną rękojeść zrobioną z jakiegoś nieznanego, czarnego tworzywa. Zważyła nóż w dłoni i aż zagwizdała z wrażenia. Był wyważony tak, jak żaden z jej znanych, łącznie z tym pamiątkowym.
Z prawie nabożnym szacunkiem schowała go do pochewki i umieściła w prawym bucie, w miejscu tamtego poprzedniego zapinając pasek wokół łydki. Spróbowała go szybko wyciągnąć. Doskonale!
Już miała zamknąć skrzynkę, gdy niespodziewanie dokonała zaskakującego odkrycia. Wyjęła kilka innych noży i stwierdziła, że wszystkie są identyczne. W jej świecie było to nie do pomyślenia. Każdy nóż, miecz, czy grot był jedyny w swoim rodzaju. Nie było dwóch jednakowych, co najwyżej mogły być podobne. A tutaj miała przed sobą kilkadziesiąt idealnie wykonanych egzemplarzy, których nie byłaby w stanie odróżnić od siebie.
Dłuższą chwilę przekładała je z miejsca na miejsce nie mogąc znaleźć jakiejkolwiek różnicy i już miała wrzucić z powrotem do skrzynki, gdy niespodziewana myśl przyszła jej do głowy.
„Właściwie, czemu by nie?” wzięła trzy z nich i zamiast do paczki, owinęła irchą i schowała do swojej torby. „Będę miała je komu ofiarować!” Z tą myślą zatrzasnęła skrzynkę. Czas było jej w drogę.
Zdziwiona Łatka strzygła uszami, gdy znosiła do korytarza cały swój dobytek ukryty rano w arsenale. A było tego sporo i wszystko musiała ze sobą zabrać. Toteż poczciwa klacz spoglądała z niepokojem na stos pakunków, rosnący obok niej. Z trudem udało się pozawieszać wszystko na siodle i Jeny wróciła po swój miecz, kuszę i strzały.
Uruchomiła mechanizm zamykający wejście i z niezmienną ciekawością patrzyła jak urządzenie dokonuje zabiegu kamuflażu. Gdy pył opadł wyciągnęła swój nowy nóż i starannie zeskrobała ze ściany nad półką białe, połyskujące litery. Zebrała z dna trochę pyłu i sypnęła nim na resztki napisu. Osiadł na chropowatościach skały.
„No, teraz chyba nikomu nie przyjdzie do głowy pociągnąć za ten garb.” pomyślała z satysfakcją odwiązując Łatkę. W blasku ostatniej pochodni ruszyła korytarzem ku wyjściu.
Z radością powitała chłód pogodnej nocy owiewający jej twarz i ręce. Księżyc wisiał nisko nad lasami Pogranicza rozjaśniając złocistym blaskiem wygwieżdżone niebo, zbocza górskie i pofałdowany teren, rozciągający się przed nią hen, ku południowi, ku jej ojczyźnie.
Dosiadła Łatki i ruszyła w dół wąwozu czując jak z każdym krokiem klaczy jej dom jest coraz bliżej…

cdn.
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

PoprzedniaNastępna

Wróć do Wasze prace

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość

cron