Pandora - moje przekleństwo

Opowiadania, tłumaczenia, grafiki itd

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Tutee » 21 Cze 2013, 08:26

William Blake, dziękuję :)
Starałam się oddać całą atmosferę tragizmu w życiu Anny. Śmierć dziecka i mąż potwór to naprawdę może zabić.
Mimo to moja bohaterka jest silną kobietą, która walczy o siebie. Jest podobna do mnie tak na marginesie ;)

TheZoooZ, jak zdąrzę, to już dzisiaj zapodam kolejną część :)
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Symbian Mozilla

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Wiliam Blake » 21 Cze 2013, 09:48

Tak na marginesie, bo nie chcę ci zaśmiecać PW: kiedy ruszasz z kontynuacją?
Awatar użytkownika
Wiliam Blake
Mistrz Gry
 
Posty: 616
Rejestracja: 14 Gru 2012, 19:34
Miejscowość: Outer Heaven
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 28
UżytkownikUżytkownikUżytkownik
Linux Safari

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez TheZoooZ » 21 Cze 2013, 16:53

Tutee napisał(a):

TheZoooZ, jak zdąrzę, to już dzisiaj zapodam kolejną część :)


Na to liczę :)
Awatar użytkownika
TheZoooZ
Na'vi
 
Posty: 875
Rejestracja: 07 Mar 2013, 17:24
Płeć: --Nie wybrane--
Punkty reputacji: 37
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Tutee » 24 Cze 2013, 10:47

Wiliam Blake napisał(a):Tak na marginesie, bo nie chcę ci zaśmiecać PW: kiedy ruszasz z kontynuacją?


Jak mi powróci wena, lecz kiedy to się stenie tego nie wiedzą najstarsi górale :D

Tym czasem wklejam IV rozdział i życzę Wam miłego czytania :)

Rozdział IV


Pierwsze promienie słońca rozświetlały niebo, kiedy Anna opuszczała bazę w ciele avatara. Szybko wbiegła do lasu, Tíngay już na nią czekał, trzymając na wodzy Mrocznego Konia.
- Widzę cię - powiedział, uśmiechając się.
- Widzę cię - jak zwykle na jego widok serce jej waliło mocno.
- Gotowa na spotkanie ĸlanu Omaticaya?
Zgrabnie wskoczył na wierzchowca i podał jej rękę, ruszyli szybko z miejsca. W dość krótkim czasie pokonali spory kawał drogi, wjechali w głęboki wąwóz. Tuż obok koryta rzeki, czekało na nich czterech Na'vi siedzących na Pa'li, ruszyli dalej razem.
Po jakimś czasie wyjechali z rozpadliny i znaleźli się na rozległej równinie. Już z tej odległości Anna zauważyła Domowe Drzewo, górujące nad okolicą. W miarę, jak przybliżali się do siedziby Klanu, drzewo "rosło" jej w oczach, nie była w stanie ogarnąć wzrokiem tego giganta! Przytłoczona jego wielkością, nie zauważyła nawet, kiedy znaleźli się tuż przed wejściem. Zeskoczyli z Pa'li, rozejrzała się wokoło. Zobaczyła zaciekawione twarze setek Na'vich; mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, wszyscy lustrowali ja czujnym wzrokiem. Tíngay poprowadził ją do wnętrza Domowego Drzewa, znaleźli się w centrum wielkiego placu. Na skalnym podwyższeniu stał starszy Na'vijczyk, wyglądał majestatycznie w blasku rozpalonego ogniska.
- Ma sempul, oel ngati kameie ( Widzę cię ojcze) - przemówił Tíngay, dotykając dłonią czoła.
- Ma 'itan, oel ngati kameie (Widzę cię synu).
- Tsatu lu tute a poeteri poltxe'oe (To ta kobieta, o której wam opowiadałem).
Domyśliła się, że Tíngay rozmawia z Olo'eyktanem. Skłoniła głowę z szacunkiem, wódz przyjrzał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nagle zauważyła Na'vijkę schodzącą po konarze drzewa. Kobieta poruszała się lekkim, kocim ruchem, podeszła do Anny. Nie była już młoda, ale upływ czasu nie odebrał jej urody. Biło od niej dostojeństwo i coś niepojętego.
Szamanka z szelmowskim uśmiechem na twarzy przyglądała się jej przez chwilę. niespodziewanie położyła dłoń na brzuchu Anny, w jej oczach zatańczyły diabelskie ogniki.
- Ma 'itan - rzekła do Tíngaya.
Rozgorzała gorączkowa rozmowa pomiędzy nimi, Anna niczego nie pojmowała, jakiż słaby okazał się jej na'vijski!
Nagle dyskusja została przerwana, Tíngay podszedł do niej, wyraźnie wzburzony.
- Wolą mojej matki jest, abym był twoim nauczycielem. Mam nauczyć cię naszych zwyczajów i mowy, a teraz już idź, kobiety zaopiekują się tobą. Zobaczymy się wieczorem, kiedy wrócę z polowania.
Wyszedł na zewnątrz, usłyszała oddalający się tętent końskich kopyt. Dwie Na'vijki złapały ją za ręce i śmiejąc się, zaprowadziły do szerokiej niszy wewnątrz drzewa. Chwilę potem, Anna wyglądała jak prawdziwa córa Omaticaya. Ubrana w skromna przepaskę na biodrach i sznury muszelek przesłaniających piersi, czuła się nago jak nigdy dotąd.
Dzień minął jej na obserwowaniu krzątaniny wokół Domowego Drzewa. Kobiety z entuzjazmem włączyły ją do obowiązków. Pilnowała, żeby żar na palenisku nie wygasł i słuchała jak Na'vijki snują piękne pieśni.Lecz nie była w stanie skupić się na słuchaniu pieśni, co chwila spoglądała w kierunku, w którym odjechał Tíngay. Jedna z kobiet zauważyła jej roztargnienie i przysiadła się bliżej Anny.
- Tíngay lu 'itan Olo'eyktana (Tíngay jest synem Olo'eyktana) - powiedziała poważnie.
Anna zrozumiała, pojęła powagę sytuacji! Jej serce wybrało tego, którego wybrać nie powinno! Jak durna nastolatka pokochała przyszłego Olo'eyktana...

Zapadał już zmrok, kiedy myśliwi powrócili z polowania. Rzucono martwe yeriki na ziemię i od razu kobiety zabrały się za oprawianie zwierząt, śpiewając przy tym niezwykle przejmującą pieśń.
- To pieśń dziękczynna - usłyszała znajomy, ukochany głos.- W ten sposób dziękujemy naszym leśnym Braciom za oddanie nam swojego życia.
Podniosła się znad poćwiartowanego mięsa, które układała na wielkim liściu. Uśmiechnęła się ciepło na jego widok, na całe szczęście mrok skrywał rumieńce na jej policzkach. Spuściła wzrok, widząc, że bacznie jej się przygląda.
- Jak ci się podoba moje na'vijskie wdzianko? - spytała frywolnie, chcąc ukryć zmieszanie.
- Pasuje ci - odrzekł lakonicznie. - Czujesz się dobrze wśród Na'vi?
- O tak, jest mi tu dobrze.
- Cieszy to moje serce Anno, muszę już iść, matka mnie wzywa.
- Tíngay - szepnęła, nie chciała, żeby odchodził. - Zostań na chwilę, proszę... Więc jesteś przyszłym Olo'eyktan?
- Tak, jestem. Jednak to nieważne, dla ciebie muszę niestety pozostać tylko karyu. Zobaczymy się wieczorem.
Gdy odszedł, z ciężkim sercem zabrała się za ćwiartowanie mięsa. Robiła to z taką złością, że kobiety musiały odgonić ją od tej czynności. Gdyby tego nie uczyniły, zrobiła by z całego mięsa niezłą sieczkę.
Nadszedł czas wieczornego ucztowania. wszyscy Na'vi już dawno zebrali się przy ognisku, słyszała ich śpiew z oddali. Musiała poczekać, aż Tíngay zaprowadzi ją do zebranych, tak nakazywał obyczaj. Tylko karyu, który był opiekunem obcego, mógł to uczynić. Anna nie miała prawa sama podejść do Domowego Ogniska. Po jakimś czasie przyszedł po nią i bez słowa zaprowadził do ucztujących. Przestali śpiewać, zobaczywszy ją nadchodzącą w towarzystwie Tíngaya. Przyglądali się jej z zaciekawieniem a zarazem z odrobiną dystansu. Usiadła na miejscu, podał jej kawałek upieczonego mięsa. Czuła się nieco skrępowana, ale śmiało spoglądała wszystkim w oczy.
- Jutro zaczniemy pierwszą lekcję - powiedział. - Nauczę cię jak ujeżdżać Mrocznego Konia.
- Dobrze - rzekła krótko, głos uwiązł jej w gardle.
- Czy coś cię trapi?
Zakrztusiła się kawałkiem jedzenia.
- Czy coś mnie trapi? - wydusiła. - Okazuje się, że jesteś przyszłym Olo'eyktan; to dla mnie szok! Po za tym czuję się tutaj dobrze a zarazem obco... Jakbym była zawieszona pomiędzy dwoma światami! Jestem człowiekiem nieba a jednocześnie w pewnym sensie jestem Na'vi. Na dodatek, ten, którego uważam za moją bezpieczną przystań, stał się dla mnie oschły.
Ostatnie słowa wycedziła, akcentując dobitnie każde z nich. Tíngay spoważniał, rozmyślał nad jej słowami.
- Wybacz mi, nie powtórzyłem ci słów Tsahik. Moja matka jest szamanką i widzi rzeczy, których zwykłe oko nie potrafi ujrzeć. Oeyä Sa'nok objaśnia wolę Eywy, a wolą Eywy jest, abym trzymał się od ciebie z daleka.
Anna pobladła, usłyszawszy te słowa, cała energia gwałtownie z niej uszła. Zdruzgotana patrzyła mu w twarz nic nie rozumiejąc. Po uczcie udała się na spoczynek, z ciężkim sercem kładła się w hamaku. Ten wieczór nie należał do udanych, usypiała z poczuciem porażki. Miało się okazać, że to nie koniec przykrych niespodzianek.
Ocknęła się w laboratorium, pracownica pomogła jej wyjść z łącza.
- Ma pani gościa - powiedziała. - Czeka w stołówce.
Wmurowało ją w podłogę, gdy ujrzała tam Peter'a.
- Przecież przesyłam ci raporty - wypaliła bez sensu. - Co tu robisz?
Z wyrazu jego oczu wyczytała, że jest wściekły.
- Robisz ze mnie durnia? - spytał oschle.
- O co ci chodzi?
- O to Anno!
Po tych słowach rzucił w jej stronę jakimś zeszytem, pobladła gwałtownie. Rozpoznała bowiem pamiętnik, który zaczęła pisać, gdy poznała Tingaya.
- Nie miałeś prawa grzebać w moich prywatnych rzeczach! - krzyknęła.
- Mam to gdzieś! - ryknął, a jego krzyk rozniósł się po całym laboratorium. - Moja żona przyprawia mi rogi z jakimś pie**** dzikusem!
- Jak śmiesz! To nie prawda Peter!
Wyrwał jej zeszyt z rąk i otworzył gwałtownie na dowolnej stronie.
- "Tíngay jest jak młody Bóg" - przeczytał na głos, wściekle cedząc słowa. - "Jego cała postać emanuje wewnętrznym światłem, jakby Eywa stworzyła go z najjaśniejszego płomienia".
- Peter, proszę cię!
- Robisz ze mnie rogacza, a na to nie pozwolę! zataiłaś, że masz kontakt z tą niebieską małpą! Wykorzystujesz avatara do swoich celów a nie jest twoją własnością!
- Peter, ja tylko chciałam poznać jego świat i zrozumieć tę więź, która łączy go z Pandorą.
- Podsunęłaś mi pewien plan. Twoja grupa nadal będzie badała botanikę, lecz ty od dzisiaj masz nowe zadanie. Będziesz mnie informowała jak przebiega twoja znajomość z tym dzikusem. Nie wymigasz się od tego, zawiadomię o tym ZPZ. Zarząd na pewno ucieszy się, że będą mieli wreszcie konkretne wiadomości na ich temat.
- Nie możecie ingerować w ich życie! - Annie zbierało się na płacz.
- W du*** mam ich życie! - wysyczał. - Zapomniałaś po co tu jesteśmy? Podpisałaś kontrakt a to zobowiązuje! Dzięki temu masz finanse na badanie tych durnych rośli8nek!
Nie powiedziała ani słowa, miał na nią haka.
- Niech twój niebieski przyjaciel pokarze ci swój świat. poznaj go dogłębnie i jego najskrytsze tajemnice... Możesz nawet przespać się za swoim chłoptasiem z lasu, bylebyś tylko...
Nie zdążył dokończyć, bo Anna wymierzyła mu potężny cios w twarz. Gotowała się w środku ze wściekłości.
- Ty podła świnio!!!
Otarł zakrwawioną twarz w rękaw i nagle złapał ją za przegub ręki, wykręcając ją mocno ddo tyłu.
- Napewno mu się podoba taka wściekła kotka! - głos miał zimny, lodowaty. - Jestem pewien, że ulegnie twoim wdziękom.
Drugą ręką przejechał w dół jej szyi, aż w wycięcie bluzki. Szarpała się gwałtownie, chcąc się uwolnić, lecz trzymał ją mocno.
- Nadal jesteś piękna Anno, na pewno mu się podobasz.
Zaśmiał się parszywie, wykorzystała moment jego nieuwagi i wyrwała mu się.
- Wynoś się stąd! - krzyknęła. - Jesteś gównem gromowołu pod jego stopami!
Z dziką pasją zaczęła rzucać w niego czym popadnie. Widząc wściekłą furię w jej oczach, szybko wybiegł z laboratorium. Opadła bezwolnie na koję, nie mogła się uspokoić. Zaczęła śmiać się histerycznie, stopniowo śmiech przerodził się w pełen rozpaczy szloch.

Następnego dnia z ciężkim sercem łączyła się z avatarem. Nie miała w sobie już tego entuzjazmu, jak dzień wcześniej. Burzyła się w niej bezsilna wściekłość na samą myśl, że musi zdawać raporty Peter'owi o Klanie.
Gdy się obudziła, zobaczyła nad sobą twarz Tíngaya. Jego widok był dla niej niczym balsam dla skołatanych nerwów. Siedział na gałęzi tuż nad nią, przyglądając się jej z zainteresowaniem.
- Wyglądasz słodko, kiedy śpisz - powiedział z przekąsem.
- Niemów mi takich rzeczy - odrzekła. - Musisz trzymać się ode mnie z daleka, pamiętasz? Chodźmy już, czeka mnie ostra jazda bez trzymanki.
Patrzył na nią przez chwilę, nieco zdezorientowany. Zeszli na dół, od razu zaprowadził ją do pasących się nieopodal Mrocznych Koni.
- Ta klacz będzie dla ciebie odpowiednia. Jest łagodna, w sam raz dla nowicjuszy.
Wspięła się na Pa'li, czuła się niepewnie na jej grzbiecie. Złapała koniec warkocza w jedną dłoń, drugą pochwyciła jedno z czułek zwierzęcia. Nastąpiło tsahaylu, klacz zarżała niespokojnie, stając dęba na tylnych kopytach. W ostatniej chwili przytrzymała się jej szyji, wystraszyła się trochę.
- Spokojnie - rzekł. - Zamknij teraz oczy i poczuj jej siłę. Poczuj jak silnie bije jej serce, jak jest odważna!
Posłuchała jego rady, wyciszyła myśli, wczuwając się w zwierzę. To było niesamowite uczucie, poczuła się odważna jak nigdy!
- Myślami możesz kierować Mrocznym Koniem, ucisz umysł i pomyśl: "Jedź".
W myślach nakazała zwierzęciu ruszyć do przodu, Pa'li ruszyła z kopyta.
- Nie tak gwałtownie Anno! Uspokój najpierw swoje myśli a klacz będzie wykonywała wszystkie twoje polecenia.
- To trudniejsze niż przypuszczałam - burknęła.
- Nie mówiłem, że jazda na Pa'li jest łatwa - wyszczerzył się ironicznie.
Cały dzień próbowała okiełznać uparte zwierzę, lecz z marnym skutkiem. Tíngay skwitował to krótko, lecz celnie:
- Myślami jesteś gdzieś indziej...
To była prawda, wciąż rozpamiętywała poprzedni wieczór i starcie z Peter'em. Poczucie winy narastało w niej coraz bardziej. Nie poddawała się jednak i z wypiekami na twarzy dosiadała wierzchowca spowrotem. Całe ciało miała obolałe od nieustających upadków, w końcu Tíngay przerwał jej mordęgę.
- Na dziś już wystarczy - powiedział, widząc jej zmęczenie. - Masz ochotę na małą przejażdżkę?
- Nie powinnyśmy - wyszeptała, choć miała ogromną ochotę na tę eskapadę.
- Nie daj się długo prosić - powiedział wesoło.
Miała obawy, zgodziła się jednak. Pomógł jej usadowić się bokiem na Pa'li, usiadł za nią i nawiązał więź, ruszyli wolno. Nie znacznie oddalili się od Domowego Drzewa, otoczyła ich zewsząd rozświetlona dżungla.
- Rozluźnij się - powiedział. - Siedzisz sztywna jakbyś połknęła gałąź.
Roześmiał się cicho, nie powiedziała ani słowa, była zbyt spięta.
- No przytul się do mnie niemądra kobieto! - był wyraźnie rozbawiony. Ja nie gryzę.
Ostrożnie wtuliła się w jego ciało, wstrzymała oddech. Poczuła ciepło jego skóry i mocne bicie serca, zamarła z wrażenia. On także milczał, wyraźnie poruszony. Czuła jak gwałtownie bije mu serce, uśmiechnęła się smutno w duchu. Więc i on coś do niej czuł, tego była pewna! Ukrywał to przed nią, lecz serce go zdradziło...
- Tíngay - szepnęła przejęta.
- Ciii... - pogłaskał ją czule po policzku. - Nacieszmy się tą chwilą Anno!
Przytulił ją mocniej do siebie, jechali dalej bez celu w milczeniu. Upłynęła spora chwila, zanim odważyła się ponownie odezwać.
- Nie wytrzymam tego dłużej - powiedziała zrozpaczona.
- Czego nie wytrzymasz, jazdy w moim towarzystwie? Aż tak jest ci to niemiłe?
Wstrzymał Pa'li, zeskoczyli na ziemię.
- Proszę, możemy iść na piechotę - w oczach skakały mu diabelskie ogniki.
- Proszę cię! - krzyknęła, przyśpieszając kroku.
- Co się dzieje Anno? - spytał, łapiąc ją za rękę i obracając w swoją stronę. - Nie rozumiem twojego wzburzenia.
Tak bardzo chciała wyznać mu co do niego czuje, lecz nie mogła tego zrobić. Nie teraz, gdy Peter wymusił na niej szpiegowanie Klanu.
- Muszę od was odejść Tíngay - powiedziała zbolałym głosem. - Natychmiast! Nie mogę dłużej przebywać wśród Na'vi, narażam was na niebezpieczeństwo!
- O czym ty mówisz kobieto! - wykrzyknął, potrząsając nią gwałtownie. - Mów Anno!
- Muszę ci to powiedzieć; ludzie nieba chcą, abym informowała ich o Klanie... Wiedzą, że mam z wami kontakt i chcą to wykorzystać! Pozwól mi odejść, wtedy nie będą mieli takiej możliwości...
- Jak to się stało, że tawtute dowiedzieli się wszystkiego?
- To był przypadek, mój przełożony odkrył, że ukrywam przed nim znajomość z tobą i Omatiacaya... Wściekł się i wymusił na mnie szpiegowanie Na'vi!
Zamyślił się. Widziała, że jest zdruzgotany tą wiadomością.
- Czy to przez swojego przełożonego kiedyś płakałaś? - spytał niespodziewanie.
- Tak, przez niego - odparła zaskoczona.
Lustrował ją przez dłuższą chwilę przenikliwie, spuściła wzrok.
- A więc odejdź - wydusił cicho. - Wróć do swoich Anno! Bądź nadal bezwolnym narzędziem w rękach swojego szefa! Poddaj mu się, nie walcz! Niech nadal tobą manipuluje, aż całkowicie obedrze cię z godności!
Odwiózł ją niemal do samej bazy, wstrzymał Pa'li na skraju lasu. Czuła się jak zdrajca i wyrzutek...
- Anno - rzekł cicho, gdy chciała już odejść. - Niech Eywa da ci siłę! Niech zabierze od ciebie obłęd, w którym przebywasz!

C.D.N.
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez TheZoooZ » 24 Cze 2013, 14:31

Ciekawe, ciekawe ;)
Awatar użytkownika
TheZoooZ
Na'vi
 
Posty: 875
Rejestracja: 07 Mar 2013, 17:24
Płeć: --Nie wybrane--
Punkty reputacji: 37
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Adelante » 24 Cze 2013, 16:00

Tutee, powinnaś pisać dalej :) Tym bardziej, że pisanie jest to bardzo przyjemnym hobby :P
Awatar użytkownika
Adelante
Na'vi
 
Posty: 698
Rejestracja: 13 Lut 2011, 10:06
Miejscowość: okolice Ostrołęki
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 39
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Tutee » 01 Lip 2013, 10:27

Adelante napisał(a):Tutee, powinnaś pisać dalej :) Tym bardziej, że pisanie jest to bardzo przyjemnym hobby :P


Owszem Adelante, lecz jak w głowie pustka tomnie da rady :(

Tym razem prosiłabym o więcej komentarzy, bo ten rozdział szczególnie kocham i zależy mi na Waszej opinii :)

Rozdział V

Od paru dni tłukła się bezcelowo po całym laboratorium. Wciąż wracała myślami do słów, które powiedział jej Tingay. Na'vijczyk miał rację i jasno jej wyklarował całą prawdę. Wiedziała, że chciał w ten sposób otworzyć jej oczy. Zachowywała się do tej pory jak tchórz!
Była pewna, że Tingay domyślił się co łączy ją z Peter'em... Duma i wrodzona subtelność powstrzymywały go od zadawania pytań na ten temat.
Podeszła do oszklonej części laboratorium, ściana deszczu przysłaniała jej widok na dżunglę. Padało już drugi dzień i nic nie wskazywało, że ulewa ustąpi w najbliższym czasie. Dała ekipie wolne i wysłała do Piekielnych Wrót. Została tylko jej zaufana pracownica, która w razie konieczności pomogłaby jej przy łączu. Nie zapowiadało sięże będzie miała okazję połączyć się z avatarem. Paskudna pogoda uniemożliwiała wyjście na zewnątrz, po za tym Anna nie miała czego szukać w lesie. Była wyrzutkiem po odejściu z Domowego Drzewa,banitką i dezerterką. Tęskniła za Tingayem i Klanem! Kochała lud Omaticaya, ich kulturę i zwyczaje; w świecie ludzi czuła się dziwnie. Wśród Na'vi była wolna i niezależna, wśród ludzi była wyobcowana. Słowa Tingaya i bunt, który się w niej zrodził, sprawiły iż spojrzała na wszystko z innej perspektywy. Miała świadomość, że jest zwykłym pionkiem w perfidnej grze Peter'a i całego Konsorcjum. Nic nieznaczącym człowieczkiem, którego można zlikwidować machnięciem ręki.

Następnego dnia siedziała do późnych godzin wieczornych przy mikroskopie. Panowała niczym niezmącona cisza, nie dochodziły do niej nawet odgłosy z okolicznej dżungli.
"To przez ten deszcz" - pomyślała.
Nagle coś rąbnęło o blaszany dach laboratorium, przytłumiony łoskot rozległ się po pomieszczeniu. Zerwała się na równe nogi, nasłuchując.
- Co to było? - usłyszała za sobą przestraszony głos pracownicy.
Niespodziewanie coś załomotało o szybę, krzyknęły przestraszone.
- Poszukaj Osy - szepnęła. - Ja zerknę co nas niepokoi.
Podeszła na miękkich nogach do oszklonej ściany, nic nie widziała.
Wtem ujrzała tuż przy szybie niebieską twarz, z szelmowskim uśmieszkiem na ustach i diabelskimi ognikami w oczach.
- Tingay - wyszeptała bezdźwięcznie.
Serce waliło jej jak opętane, była zaskoczona jego widokiem. Gestem zachęcił ją, aby wyszła na zewnątrz.
- To mój Na'vijczyk - oznajmiła przejęta.
- Pani się rumieni - pracownica patrzyła na nią z lekkim uśmieszkiem na twarzy. - Niech pani idzie, ja wszystkiego dopilnuję.
- Dobrze, pomóż mi tylko przy łączu Kathy.
Po paru minutach była już na zewnątrz, wolnym krokiem zbliżyła się do Tingaya.
- Witaj - wyszeptała zmieszana.
- Witaj Anno!
- Tu nie jest bezpiecznie dla ciebie, ludzie nieba...
- Ludzie nieba boją się pandorańskich nocy - przerwał jej spokojnym głosem. - Po za tym wiem, że jesteś tu sama.
Patrzył na nią tym swoim przenikliwym wzrokiem, jakby chciał odgadnąć jej myśli.
- Jakim cudem dostałeś się na teren bazy? - spytała, wytrzymując jego spojrzenie.
- Przyleciałem na skrzydłach wiatru i spadłem z nieba - uśmiechnął się promiennie. - Chciałem cie zobaczyć Anno, chociaż przez moment!
Zapadło pełne napięcia milczenie, Tingay nie spuszczał z niej oczu.
- Chodźmy - rzekła, łapiąc go za rękę.
Wyszli po za teren bazy, szybko znaleźli się w głębi dżungli. Las był mokry od deszczu, lecz drzewa dawały im pewne schronienie. Szli trzymając się za dłonie, nie śpieszyli się. Nie przeszkadzał im panujący chłód ani zimne krople spadające im na rozgrzane ciała. Milczeli, nie potrzebowali słów... Weszli w mała kotlinkę, otoczoną zewsząd gęstymi liśćmi paproci. Rośliny były tu tak wysokie, że tworzyły nad nimi swoisty dach. Usiedli na suchym i pachnącym mchu, Anna westchnęła głęboko. Jak urzeczona przypatrywała się twarzy Tingaya.
Delikatny poblask tańczył po jego obliczu, niczym zwiewne rusałki nad taflą jeziora. Jego żółto-zielone oczy błyszczały wewnętrznym blaskiem.
- Czy ten tawtutan nadal jest w twoim sercu? - spytał cicho.
Była zła, że zepsuł tym pytaniem tą wyjątkową chwilę, odpowiedziała jednak spokojnie:
- On dla mnie umarł, dawno temu!
- Ale ty dla niego nie umarłaś.
- Nic nie rozumiesz Tingay - wyszeptała. - Po za tym moje serce należy do innego! Moje serce jest głupie i mnie nie słucha, nic a nic!
Pożałowała tych słów, ale stało się... Uśmiechnęła się blado, spuszczając wzrok. Pogłaskał ją po policzku, zrozumiał... Wtuliła twarz w jego dłoń, potrzebowała tej pieszczoty. Przygarnął ją szybko do siebie, nie opierała mu się.
- Opowiedz mi wszystko - wyszeptał, wdychając zapach jej włosów. - Proszę, pragnę zrozumieć!
- Tingay, ta historia jest tak brudna i chora, że na samą myśl robi mi się niedobrze! Naprawdę chcesz ją poznać?
- Tak, chcę! - krzyknął prawie.
Gdy zaczęła opowiadać, usiadł naprzeciw niej. Na początku opowiadała spokojnym, lecz smutnym głosem. Opowiadała jak straciła rodzinę, jak zatraciła się w alkoholu i w jaki sposób trafiła na Pandorę. Opowiadała jakim szokiem było dla niej odkrycie, że Peter żyje... Słuchał z udawanym spokojem, lecz gdy doszła do wątku o zbrodniczych planach męża, jego twarz nabrała wściekłego wyrazu. Zaciskał pięści z gniewu, gdy opowiadała o tym, jak Peter wymusił na niej szpiegowanie klanu. Kiedy skończyła, twarz Tingaya była niczym wyciosana z kamienia.
- Teraz rozumiesz dlaczego musiałam odejść z Klanu; bałam się o was! Mój mąż jest szalony, obłęd włada nim całkowicie! Zrobi wszystko, aby mnie dopaść! Dopnie swego, nawet po trupach. Za nim stoi cała Korporacja i nie omieszka użyć jej do swoich celów!
Milczał dosyć długo, zastanawiając się nad jej słowami.
- Powinnaś wrócić do Domowego Drzewa - powiedział stanowczo. - Ten vrrtep nie ma prawa do ciebie! Tak samo nie ma prawa tobą pomiatać i narzucać ci swojej woli! Wróć ze mną Anno, potem pomyślimy co dalej. Opowiemy wszystko mojej matce i ojcu.
- Tingay, jak wrócę to narażę was na niebezpieczeństwo! Nie sądzę tęż, żeby twoi rodzice byli mi przychylni, jestem jedną z ludzi nieba. Jestem obcą...
- Jesteś wybranką mojego serca - wypalił i musną delikatnie wargami jej usta. - Jesteś także wybranką Eywy, nie zapominaj o tym!
- A ty nie zapominaj, że masz się trzymać ode mnie z daleka. Nie powinieneś mnie dotykać Tingay, nie powinieneś!
Nie bacząc na jej słowa, przygarnął ją do siebie, nie opierała się...
- Nie zamierzam o tym pamiętać Anno! Zapomniałem wszystko, pamiętam tylko o tobie...
Po tych słowach ujął jej twarz w dłonie, wplatając palce we włosy. Nie czekała, aż to on pierwszy ją pocałuje: pieszczotliwie dotknęła jego ust wargami. Zawirowało jej przed oczyma, gdy zachłannie wpił się w jej usta. Jak opętana poddała się jego pocałunkom, uległa mu całkowicie.
- Eywa to wiedziała - wyszeptał, odrywając się od niej. - Jestem tego pewien, Ona wiedziała!
- Co? - spytała oszołomiona, z trudem łapiąc oddech.
Była zbyt skołowana jego bliskością, by zrozumieć co przed chwilą powiedział.
- Chodź Anno - powiedział. - Eywa jest Wszechwiedząca, Eywa wie wszystko!
Nic nie pojmowała, ale bez słowa podążyła za nim. Była zdziwiona wyrazem jego oczu, jakby nagle doznał olśnienia. Uśmiechał się tajemniczo, czuła że nigdy nie zapomni tej nocy...
W tej chwili zapomniała, że jest jest jedną z ludzi nieba, w tym momencie była kobietą Tingaya. W myślach przepędzała Peter'a i cały ten jego bajzel do wszystkich diabłów!
Weszli pomiędzy gęste zarośla pióropuszników, Anna momentalnie rozpoznała to miejsce.
- Tingay, to tu po raz pierwszy cię ujrzałam - powiedziała przejęta.
Uśmiechał się ciepło, poprowadził ją w stronę lśniących różowych drzew.
- To są Drzewa Głosów - powiedział z szacunkiem w głosie. - Tutaj przychodzimy słuchać naszych przodków.
Szli dotykając błyszczących gałązek, była zafascynowana tym miejscem. Lecz to nie Drzewa Głosów przyciągały jej uwagę. Z zapartym tchem obserwowała Tingaya idącego tuż przed nią. Podziwiała z jaką gracją się porusza i jak miękkie są jego ruchy... Zauroczona tym widokiem nie zauważyła, że się zatrzymał. Wpadła na niego z impetem, przytrzymał ją delikatnie. Zadrżała gwałtownie pod wpływem ciepła jego rąk. Ujął jej twarz, uśmiechał się z czułością.
- Tutaj przychodzą również tacy jak my, którzy odnaleźli swoje serca.
Nie powiedziała ani słowa, chwila była zbyt czarowna, żeby ją psuć zbędnymi słowami. Delikatnie pociągnął ją w dół, uklękli naprzeciw siebie. Serce załomotało jej gwałtownie, widząc, że Tíngay ujmuje w dłoń warkocz. Bez namysłu uczyniła to samo, ręka drżała jej mocno.
Pomógł jej zbliżyć końcówkę warkocza do swojego, połączyli się... Doznanie było tak silne, że z trudem powstrzymała się od krzyku. Oddychała głęboko, obserwując twarz ukochanego.
Przymknął oczy. Widziała jak szybko oddycha i że ledwie panuje nad emocjami. Czuła wszystkie uczucia płynące od niego, zalały ją z niepohamowaną siłą.
Objął ją w pasie, przyciągając zachłannie do siebie. Przylgnęła do niego całym ciałem, poddając się jego pieszczotom.
Zatracili się w wzajemnej fascynacji własnych ciał. Opętani i głodni siebie; odkrywali się tej nocy wiele razy.
Dopiero nad ranem, gdy pierwsze promienie słońca nieśmiało zaczęły przedzierać się poprzez konary drzew, opadli na miękki mech. Byli zmęczeni, ale szczęśliwi. Wtuliła się mocno w jego bok, objął ją ramieniem, gładząc czule jej rozpaloną skórę.
- Dałaś mi wiele szczęścia dzisiejszej nocy - powiedział, oddychając ciężko.
- Zapewniam cię, że ty dałeś mi o wiele więcej - wyszeptała, pieszcząc go po szyi.
Pocałował ją namiętnie, uśmiechając się z czułością.
Gdy usypiali, wtuleni w siebie, złączeni nadal warkoczami, dżungla zbudziła się już do życia.

- Dlaczego do diabła, wciąż muszę powracać w to przeklęte miejsce? - wykrzyknęła, wychodząc z łącza.
Spodziewała się wesołej riposty Kathy, zamiast tego usłyszała oschły głos Peter'a:
- Może dlatego, że ja tu jestem? - powiedział.
Nogi zrobiły się jej jak z waty z zdenerwowania.
- Może też dlatego, że jesteś skazana na mnie - ciągnął bezbarwnym głosem.
Milczała. Instynktownie wyczuwała wiszące nad sobą niebezpieczeństwo. Lodowate spojrzenie, jakim na nią patrzył, utwierdziło ją w tym przekonaniu. Bała się, lecz dumnie patrzyła mu w oczy... oparła się o blat biurka, gorączkowo szukając czegoś do obrony.
- Harda jesteś! Ta niebieska małpa cię tego nauczyła?!
- Nie mów tak o nim - powiedziała spokojnie.
Wyczuła dłonią długi, cienki i metalowy przedmiot; chwyciła go odruchowo. Podszedł do niej szybko, kurczowo zacisnęła rękę na szpikulcu. Przez moment patrzył jej w oczy, nie spuściła wzroku.
- Spałaś z nim - wycedził. - Miałaś takie same iskierki w oczach, gdy zrobiłaś to ze mną pierwszy raz. Ty suko, oddałaś mu się!
Wrzeszczał, wściekle machając rękoma.
- Możesz być pewien, że uszczęśliwiłam go tej nocy!
Wypowiedziała te słowa pomału, spokojnym głosem i z wyrachowaniem. Czekała na atak...
Nie myliła się, Peter nie wytrzymał. Złapał ją brutalnie za włosy, szarpiąc mocno.
- Więc przekonajmy się jaka jesteś dobra w uszczęśliwianiu mężczyzn!
Szarpnął nią ponownie, ciągnąc w stronę koi. Zaatakowała z dziką furią, wbiła mu szpikulec w policzek, ciągnąc z całych sił w dół. Rozległ się nieprzyjemny trzask rozrywanej skóry. Zatoczył się do tyłu, upadła na podłogę. Krew lała się z rozerwanego policzka strumieniem, zachlapując wszystko wokoło. Peter wył z bólu, zasłaniał zranioną twarz.
Nie zdążyła się podnieść, kopnął ją z całych sił w brzuch. Krzyknęła rozdzierająco, przetoczyła się pod ścianę. Kolejny kopniak trafił ją prosto w twarz, potworny ból złamanego nosa zamroczył ją totalnie. Krew zalała jej oczy, nic nie widziała. Odruchowo wycofywała się do tyłu na czworakach, łkając cicho. Poderwał ją z podłogi za włosy, brutalnie rzucając o koję. Upadając, uderzyła silnie głową o metalowy stelaż łóżka, straciła przytomność.
Ocknęła się, czują w ustach ostry smak alkoholu, zakrztusiła się.
- Pamiętasz swoją przyjaciółkę? - wciskał jej szyjkę butelki głęboko w usta. - To stara dobra wódeczka, twoja znajoma za czasów żałoby po mnie!
Zaśmiał si e szyderczo. Nie widziała go wyraźnie, obita twarz opuchła jej okropnie. Była naga, przeguby rąk i nóg boleśnie skrępowane. Nie próbowała się nawet poruszyć, alkohol powoli zaczął krążyć jej w żyłach. Leżała bezsilna, zamroczona bólem i trunkiem.
- Pamiętasz moją śmierć? Pamiętasz śmierć córki? to ja zleciłem wasze morderstwo! Byłyście mi zbędne, po za tym potrzebowałem pieniędzy z twojej polisy. Nie udało mi się wtedy, ale teraz zrealizuję swój plan!
Chciała krzyczeć i płakać nad prawdziwą przyczyną śmierci dziecka! Lecz nie mogła, brutalna prawda odebrała jej resztki chęci walki. Poruszyła bezwiednie opuchniętymi wargami, Peter nachylił się nad nią.
- Chcesz błagać o litość? - spytał szyderczo.
- Idź do diabła popaprańcu! - wysyczała resztką sił.
Nie uderzył jej, jak się tego spodziewała, lecz odszedł gdzieś w głąb laboratorium. Po chwili poczuła mdlący smród benzyny, szarpnęła się gwałtownie, zobaczywszy nad sobą Peter'a. Wylał na nią całą zawartość kanistra, paliwo wdarło się jej do ust i oczu.
"To koniec - myślała przerażona. - Żegnaj Tingay, nie zobaczymy się już nigdy!".
Zobaczyła jak zapala zapalniczkę i rzuca nią o podłogę. Ściana ognia buchnęła tuż przy niej, gorąco parzyło ją dotkliwie. Gryzący dym szczypał w oczy i niemiłosiernie dusił płuca. Leżała spokojnie, nie szarpała się... Wyłączyła się, myślami poszybowała w stronę Domowego Drzewa.
Odnalazła go, siedział na ziemi i naprawiał łuk. Porzucił swoje zajęcie i szybko podszedł do niej, objął ją mocno ramionami. Patrzył na nią smutno...
"To nic Tingay - wyszeptała. - To nie boli, wiesz? Jestem z tobą, to najważniejsze".


C.D.N.
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Tirea » 01 Lip 2013, 10:44

Fajny rozdział ;) zauważyłam tylko jedną literówkę:
zapowiadało sięże będzie
:)

Po za tym zauważyłam, że bardzo fajnie opisujesz przyrodę itp i stosujesz wiele środków stylistycznych :) mi niestety to przychodzi z trudem ;)

Powodzenia w pisaniu dalszym :)
Another day, your truth will come,
You're gonna pay for what you,
Pay for what you've done,
You'll get what's yours,
And face your fraud,
You're gonna give me back what's mine
Give me back what's mine!
Awatar użytkownika
Tirea
Na'vi
 
Posty: 1363
Rejestracja: 14 Cze 2012, 20:25
Miejscowość: TG
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 41
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows Internet Explorer 9

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Wiliam Blake » 01 Lip 2013, 13:26

Cóż, ja już przeczytałem wszystko i wiem jaki los czeka Petera :D. Ładnie opisujesz przyrodę tak jak Zauważyłą to Tirea.

Cóż czekam aż zaczniesz kontynuację.
Awatar użytkownika
Wiliam Blake
Mistrz Gry
 
Posty: 616
Rejestracja: 14 Gru 2012, 19:34
Miejscowość: Outer Heaven
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 28
UżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Internet Explorer 7

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Adelante » 01 Lip 2013, 20:46

Tutee, jaka tam pustka w głowie ;) Siadasz, zaczynasz pisać od byle czego, a późnej już leci :D Metoda prosta, sprawdzona wielokrotnie i zawsze tak samo skuteczna :P A i jeszcze jedno, piszesz dokładnie tak jak Ty chcesz, a nie jak czytelnicy chcą, bo często nie wiedzą czego chcą. Pamiętaj, że to Ty jesteś Autorem ;)
Awatar użytkownika
Adelante
Na'vi
 
Posty: 698
Rejestracja: 13 Lut 2011, 10:06
Miejscowość: okolice Ostrołęki
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 39
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez sikorek48 » 02 Lip 2013, 22:07

Tak, ten rozdział jest rzeczywiście wyjątkowy. Czytałem go dziś po raz drugi i po rza drugi mam dreszcze na plecach. Bardzo działa na wyobraźnię. A to sztuka tak napisać.
Myślę, że masz koncepcję całości ,także tej nie napisanej. Więc zrób jak radzi Adelante: usiądź i zacznij pisać. Nie od razu będziesz zadowolona, trzeba będzie coś tam poprawiać, ale rusz do przodu, a dalej już poleci.
pozdrawiam i czekam na kontynuację. :)
I see you!
Awatar użytkownika
sikorek48
Na'vi
 
Posty: 851
Rejestracja: 27 Sty 2010, 12:22
Miejscowość: Ostrowiec Świętokrzyski
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 40
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows XP Opera

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Tutee » 05 Lip 2013, 10:53

Adelante napisał(a):Tutee, jaka tam pustka w głowie ;) Siadasz, zaczynasz pisać od byle czego, a późnej już leci :D Metoda prosta, sprawdzona wielokrotnie i zawsze tak samo skuteczna :P A i jeszcze jedno, piszesz dokładnie tak jak Ty chcesz, a nie jak czytelnicy chcą, bo często nie wiedzą czego chcą. Pamiętaj, że to Ty jesteś Autorem ;)


Nie mogę zacząć pisać od byle czego Adelante, to nie w moim stylu :P Jak już zacznę to muszę mieć chociaż jakiś pomysł na ciąg dalszy a nie mam dosłownie ani grama pomysłu. Jeżeli miałabym kontynuować ciąg dalszy "od byle czego" to wolę nie pisać w ogóle ^^

Dziękuję ślicznie za miłe komentarze i od razu wklejam ciąg dalszy :)

Rozdział VI

Jakiś wewnętrzny głos nakazał mu wyrwać się ze snu. Ogarnął go niewypowiedzialny strach, szybko wysunął się z objęć ukochanej. Nadal łączyło ich tsahaylu, powstrzymał się od zerwania więzi. Zamknął oczy, dziwny lęk wypełnił mu serce. Rozłączył warkocze i zaciągnął avatara bliżej Drzew Głosów.
- Tu będziesz bezpieczna - wyszeptał i bez namysłu popędził w głąb dżungli.
Kierował się w stronę bazy, gnany niepokojem, przedzierał się szaleńczo poprzez zarośla. Pędził na oślep, nie zważając na smagające go gałęzie. Znał ten las jak samego siebie, więc szybko dotarł na jego obrzeże. Poczuł swąd spalenizny, z impetem wypadł spomiędzy drzew. Kłęby czarnego dymu przesłaniały mu widok. Popędził skrajem lasu w kierunku rzeki, zatrzymał się dopiero tuż nad urwiskiem.
- Dzięki ci bracie, że czekałeś tu na mnie! - wykrzyknął z ulgą.
Ikran, na którym tu wczoraj przyleciał, czekał na niego ze stoickim spokojem. Wskoczył szybko na zmorę, pokierował zwierzę w stronę bazy. Zatoczyli koło nad całym terenem, szykował się do skoku.
Zniżył lot, wlatując w czarną chmurę dymu. Skoczył. Gwałtownie uderzył o ziemię, potoczył się parę metrów po trawie. Poderwał ciało na nogi, szybko oceniając sytuację. Po lewej stronie miał laboratorium. Z drugiej strony zauważył dwóch ludzi nieba, wskakujących do kunsip.
Jeden z nich miał zakrwawioną twarz, natychmiast rozpoznał w nim Peter'a. Z dzikim okrzykiem na ustach dopadł do nich błyskawicznie. Stanęli jak wryci, wykorzystał ich zaskoczenie. Złapał jednego z nich za kark i rzucił nim o ścianę laboratorium. Usłyszał suchy trzask pękających kręgów, człowiek osunął się bez życia. W oka mgnieniu pochwycił Peter'a za ubranie i powalił go na ziemię. Wyszarpał nóż z pochwy i z całej siły wbił go w brzuch Peter'a. Ten zawył z bólu, krew zalała dłonie Tíngaya.
- Jestem twoim ostatnim cieniem - powiedział, nachylając się nad nim. - Już nigdy więcej jej nie skrzywdzisz demonie!
Nie poświęcając mu dłuższej chwili, dopadł do baraku. Rozpaczliwie szukał wejścia do środka. Lęk o Annę sprawił, że działał jak w transie. Wskoczył do śmigłowca i sycząc wściekle, oderwał kawał jakiegoś metalu.
Rzucił żelastwem o oszkloną ścianę baraku, szyba pękła z hukiem, wskoczył do środka. Ognia nie było dużo, za to wszechobecny dym utrudniał mu orientację. Brnął na kolanach, boleśnie obcierając kolana o kawałki szkła. Rozpacz pchała go do przodu, nie poddawał się. Nagle wyczuł pod dłonią coś miękkiego, zamarł w pół ruchu. Spojrzał w dół, to nie była Anna! Martwa kobieta leżała w kałuży krwi, miała poderżnięte gardło.
Dobrnął do końca laboratorium i wtedy ją zobaczył... Leżała nieruchomo na posłaniu, naga, skrępowana... Jej skatowane ciało, całe zakrwawione i poparzone, było opuchnięte do granic możliwości!
- Oeyä Anna! - krzyknął przerażony.
Porwał ją w ramiona, wolną ręką nałożył jej maskę na twarz. Gnany strachem o jej życie, szybko odnalazł drogę do wyjścia. Wezwał ikrana. Wskoczył szybko na jego grzbiet, przytrzymując ramieniem nieprzytomną Annę. Nakazał zmorze lecieć do Domowego Drzewa.
- Szybciej! - krzyczał zrozpaczony. - Leć szybciej mój bracie!
Ikran pomknął niczym strzała, w błyskawicznym tempie dotarli do wioski Omaticaya. Gwałtownie wylądował tuż przed wejściem do Drzewa, pochwycił w ramiona ukochaną. Chwiejnym krokiem doniósł ją do miejsca zebrań Klanu, nie zwracając uwagi na zaskoczone okrzyki współplemieńców.
- Ojcze, matko! - wykrzyknął, kładąc Annę na ziemi. - Ona umiera!
- Co się stało synu? - spytała Tsahik, kucając przy nim.
Opowiedział szybko wydarzenia z bazy, Olo'eyktan był wzburzony jego opowieścią.
- Nie powinieneś zabijać tych tawtutan! - wykrzyknął.
- Ratował wybrankę Eywy! - ucięła Tsahik, nachylając się nad nieprzytomna Anną.
Zapadła pełna napięcia cisza, szamanka badała ją w milczeniu.
- Czy ona przeżyje? - spytał Tíngay.
- Nie w tym ciele - odparła tajemniczo. - Zbierz wszystkich dorosłych przy Drzewie Dusz, natychmiast!
Zrozumiał powagę sytuacji, wskoczył na skalne podwyższenie. Stając obok ojca, przemówił donośnym głosem:
- Słuchajcie mnie Bracia i Siostry! Staję przed wami i błagam o pomoc dla tej kobiety nieba! Proszę was o życie dla wybranki mego serca! Ta kobieta miłuje nasz lud, jest Wybranką Eywy! Stańmy przed Jej obliczem i prośmy o ratunek dla niej! Niech stanie pośród nas jako prawdziwa córka Omaticaya!
Ostatnie słowa wykrzyczał, jego głos rozniósł się echem ponad słuchającymi. Przemowa zrobiła widocznie wrażenie na Na'vijczykach, bo z entuzjazmem zrywali się z miejsc.

Wkrótce Klan zebrał się wokół Drzewa Dusz, u jego podnóża ułożono Annę i avatara. Tsahik przygotowywała się do ceremonii.
Rozległo się dudnienie bębnów, szamanka zaintonowała pradawną pieśń... Na'vijczycy wznieśli dłonie ku niebu, poruszając rytmicznie smukłymi palcami. Tíngay klęczał tuż przy Annie, wsłuchując się w rytm bębnów. Na początku dźwięki były jakby lekko przytłumione i jednostajne. Tsahik zawodziła monotonnie rytualną pieśń, która z czasem stawała się bardziej wyrazista. Jej śpiew współgrał z dudnieniem bębnów i "tańcem rąk". Zachowywała się jak opętana, rzucała się i podskakiwała, tańczyła i kręciła się w kółko. Jej oddech stał się nierówny, z trudem chwytała powietrze, chwiała się na nogach. Wyglądało na to, że stopniowo wpada w trans... Wtem znieruchomiała, upadła na ziemię, nie dając oznak życia.
Podłoże, na którym spoczywała Anna i jej avatar, rozbłysło nagle jaskrawym światłem. Blask rozprzestrzeniał się stopniowo, zalewając falą ziemię pod Na'vijczykami. Tíngay z zapartym tchem obserwował rozgrywający się na jego oczach świetlny spektakl.
"O Eywo!" - modlił się w duchu. - "Wielka jest Twoja mądrość! Błagam Cię Matko, pomóż Annie!".
Opalizujące "macki" oplotły gęstą siecią ciała Anny i avatara; drobne wypustki złączyły się także z warkoczami Na'vijczyków. Tsahik gwałtownym ruchem ręki nakazała zamilczeć bębnom i śpiewającym.
Nagle wielka chmara Nasion Świętego Drzewa spłynęła delikatnie w dół, osiadając leniwie nad Anną. Przez moment Nasiona unosiły się nad nią, po chwili płynnym ruchem przeniosły się nad avatara. Tíngay wstrzymał oddech, z trudem zachowywał spokój. Zdjął maskę z twarzy Anny, pocałował ją czule w policzek. Z duszą na ramieniu przesunął się ku ciału avatara.
- Udało się? - spytał cicho.
Szamanka nie powiedziała ani słowa, czekała...

Słyszała głosy, dochodziły do niej z oddali... Miała nie jasne wrażenie, że je zna...
"Przeszła przez Oko Eywy?" - pierwszy głoś był niespokojny.
"Ucisz się synu!" - drugi głos był stanowczy.
Czuła się dziwnie, jakby dryfowała w powietrzu. Unosiła się w jasnym świetle, zewsząd otaczała ją mgła w kolorze macicy perłowej. Nagle jakaś siła pchnęła ją z rozmachem w dół, rąbnęła o twarde podłoże. Poczuła, że ktoś gładzi ją po policzku. Łzy napłynęły jej do oczu, znała ten delikatny dotyk!
- Anno, słyszysz mnie? - ukochany głos był pełen niepokoju.
Z trudem uniosła powieki, ujrzała nad sobą żółto - zielone oczy z tańczącymi w nich, diabelskimi ognikami...
- Tíngay! - krzyknęła, zrzając się na nogi. - Tîngay,ukochany!
- Spokojnie Anno - wyszeptał przejęty. - Witaj wśród żywych!
Uśmiechał się radośnie, wpatrywała się w jego twarz zupełnie zdezorientowana.
- Byłaś bliska śmierci - Tsahik kucnęła obok niej. - Eywa cię ocaliła! Dziękuj Wszechmatce i mojemu synowi, to on wyniósł cię z płomieni.
Wtem spostrzegła obok swoje ciało, ciało Anny Lind! Ze zdumienia odebrało jej mowę, Tíngay pośpieszył jej z wyjaśnieniami:
- Jesteś teraz jedną z nas! Twój duch przeniósł się w to ciało, które czujesz.
Była zbyt skołoana, by sensownie rozumować. Czuła jednak, że żyje! Uśmiechnęła się drżącymi wargami, Tíngay przytulił ją do siebie. Widziała w jego oczach bezgraniczną radość, uśmiech rozjaśniał mu twarz.
- Synu, zaprowadź ją do Domowego Drzewa - powiedziała Tsahik. - Ona musi odpoczywać!
Milczeli, idąc w stronę siedziby Klanu, Tíngay celowo zwolnił kroku. Chociaż miała spuszczoną twarz, zauważyłw jej oczach łzy. Czuł, że jest bliska wybuchu, nie mylił się... Upadła nagle na kolana, zasłaniając twarz dłońmi. Rozpaczliwy szloch wydarł się jej z piersi, płakała jak dziecko.
Szybko przygarnął ją do siebie, tuląc mocno w ramionach.
- Tego już nie ma! - szeptał, całując ją po twarzy. - Twój koszmar minął Anno!
- Nie płaczę nad sobą Tíngay, lecz nad śmiercią mojej córki! To Peter przyczynił się do jej śmierci, to on ją zabił! Nienawidzę go za to, nienawidzę!
Nie pojmował jej słów! W głowie mu się nie mieściło, jak można zabić własne dziecko?! Mógł jedynie domyślać się jakim podłym człowiekiem był Peter!
- On już nikogo nie skrzywdzi! - powiedział po chwili milczenia. - Człowiekowi z rozciętą twarzą wbiłem nóż w trzewia.
Odetchnęła głęboko... Śmierć Peter'a nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Nie czuła najmniejszego żalu, nic nie czuła! Szybko otarła łzy z twarzy, uśmiechnęła się blado.
- Zaczynam nowe życie - powiedziała cicho. - Jestem wolna! Już nie muszę tam wracać, nie muszę! Przeprowadź mnie Tíngay przez wszystkie próby, które musi przejść każdy Na'vijczyk. Chcę dumnie stać u twojego boku ukochany!
Z zapartym tchem słuchał jej słów, był z niej dumny!
Przyciągnął ją do siebie, uśmiechając się czule. Wtuliła się mocno w jego ramiona, odganiając od siebie resztki niespokojnych myśli. Tej nocy nie dotarli do Domowego Drzewa... Ukryli się w swojej małej kotlince.
Obudził ją przytłumiony świst śmigłowca, dochodził z daleka. Leniwie otworzyła oczy, Tíngay już nie spał. Stał nieopodal, nasłuchując uważnie. Wstała i podeszła do niego, pocałowała go czule w ramię. Uśmiechnął się ciepło na jej widok, objął ją delikatnie.
- To od strony bazy - powiedział niespokojnym głosem. - Zabiłem tych tawtute, ściągnę przez to gniew ludzi nieba na cały Klan!
- To przeze mnie! - szepnęła udręczona.
- Nie mów tak! - wykrzyknął. - Ty nie jesteś niczemu winna! Jeśli dojdzie do walki, Na'vi staną ramię w ramię i żaden z nich nie powie, że to przez ciebie muszą ginąć! Będą walczyć w imię wolnej Pandory, bo ludzie nieba panoszą się na naszej ziemi bezprawnie!
- Stanę do walki razem z wami! - wykrzyknęła z entuzjazmem.
Policzki jej pałały z przejęcia.
- Za to cię kocham Anno! - szepnął, całując ją czule. - Kocham cię za ducha walki, którego masz w sobie.
Wtem usłyszeli przejmujące dudnienie plemiennych bębnów.
- Co to? - spytała zaskoczona.
- To z Domowego Drzewa! Chodźmy, coś się stało!
Pobiegli szybko w stronę wioski, Tíngay narzucił spore tempo. Po niedługim czasie dotarli na miejsce, wśród Na'vi panowało niespokojne poruszenie.
- O Eywo! - Tíngay krzyknął przerażony.
Anna upadła na kolana, ujrzawszy przed sobą makabryczny widok... Na ziemi spoczywały dwa zakrwawione ciała; kobiety i dziecka. Martwa Na'vijka miała odcięty warkocz, w jej otwartych oczach zastygło nieme przerażenie...

C.D.N.
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Wiliam Blake » 05 Lip 2013, 20:35

I tak już wiem co będzie dalej, ale czyta się naprawdę ciekawie! Masz dar budowania napięcia...
Awatar użytkownika
Wiliam Blake
Mistrz Gry
 
Posty: 616
Rejestracja: 14 Gru 2012, 19:34
Miejscowość: Outer Heaven
Płeć: Mężczyzna
Punkty reputacji: 28
UżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Internet Explorer 7

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez Tutee » 08 Lip 2013, 09:45

No dobrze, wklejam ciąg dalszy :)


Rozdział VII

Ze zgrozą patrzyła na martwe ciała, oszołomiona uklękła tuż przy dziecku. Zamknęła oczy, widok martwego niemowlęcia wrył się jej głęboko w podświadomość.
- Kto był aż tak okrutny, że zabił dziecko?! - wykrzyknęła.
- Ludzie nieba! - usłyszała oskarżający głos.
- Nie wiemy tego, bracie - uciął Tíngay.
Rozgorzała pomiędzy nimi gwałtowna wymiana zdań, Anna nie przysłuchiwała się jej uważnie. Bacznie przyglądała się obu ciałom, coś ją zastanawiało. Przysunęła się bliżej ku martwemu dziecku, przyjrzała się ranom na małym ciałku. Następnie obejrzała rany kobiety, zasępiła się poważnie.
- Czy mogę coś powiedzieć? - spytała, wstając na nogi.
Panował wszech obecny gwar, więc nikt jej nie usłyszał.
- Tej kobiety i tego dziecka nie zabili ludzie nieba! - krzyknęła donośnie po na'vijsku.
To poskutkowało, wszystkie oczy skierowały się na nią.
- Bronisz swoich! - usłyszała wściekły głos.
Odwróciła się w stronę oskarżającego, z trudem panowała nad sobą.
- Nie wysuwaj pochopnych wniosków, bracie! - ucięła. - Nie należę już do ludzi nieba, gardzę nimi! Pozwólcie mi przemówić, proszę prawo głosu Olo'eyktan!
Wódz lustrował ją przez chwilę. Jego oczy wyraźnie mówiły, co sądzi o wymądrzających się kobietach. Wyraził jednak zgodę.
- Tíngay, tłumacz moje słowa, dobrze? - uśmiechnęła się niepewnie.
Złapał ją za rękę i skinięciem głowy dał jej znak, żeby przemówiła.
- Jestem pewna, że tych dwojga nie zabili ludzie nieba - powtórzyła. - Byłam naukowcem i pamiętam to, czego nauczyłam się o ranach.
Tíngay przetłumaczył jej słowa, patrzył na nią ze zdumieniem.
- Jesteś tego pewna? - spytał cicho.
Skinęła głową, była przekonana o swojej racji.
Głos zabrał Olo'eyktan, mówił coś podniesionym głosem. Anna śmiało patrzyła mu w oczy, czekając na tłumaczenie.
- Mój ojciec mówi, że pomieszało ci rozum i że jesteś szalona!
Ściskał mocno ją za rękę,z trudem zachowała spokój. Odwzajemniła jego uścisk. Wiedziała, że ukochany jest po jej stronie.
- Powiedz swojemu ojcu, że daleko mi do szaleństwa! Jeśli chce się dowiedzieć, kto zabił tę kobietę i to dziecko, to powinien mnie wysłuchać! Powiedz mu, że mieszka we mnie mądrość, którą zdobyłam wiele lat temu. Powiedz mu także, że chcę pomóc, nie zaszkodzić!
Podczas, gdy Tíngay tłumaczył, ona walczyła z narastającą w niej frustracją. Nie ufali jej, wyczuwała to aż nazbyt wyraźnie. Złościło ją to bardzo, lecz nie dała tego poznać po sobie.
- Skąd mamy mieć pewność, że nie kłamiesz? - tym razem zrozumiała słowa Olo'eyktana. Zagotowała się w środku, powiedziała jednak spokojnie:
- Ponieważ pokochałam lud Omaticaya! Wszystko, co dzieje się w Klanie, dotyczy również i mnie! Wybaczcie mi moją dumę, ale to właśnie mnie wybrała Eywa! Nie uczyniła tego bez powodu!
Zamilkła na chwilę, Tíngay tłumaczył.
- Eywa dała mi nowe życie - dodała, gdy skończył. - Przeszłam przez Jej Oko, by żyć u boku Tíngaya!
Znowu poczuła delikatny uścisk jego dłoni, pozwolił jej wszystko wyznać.
- Eywa nas złączyła - powiedziała dobitnie. - Jestem jego kobietą! Czy teraz wysłuchacie mnie do końca Bracia i Siostry?!
Zapadła cisza, Tíngay objął ją ramieniem na znak porozumienia. Nie powiedział ani słowa, to była jej walka o szacunek dla siebie. Olo'eyktan musiał ustąpić wobec takich argumentów. Skłonił głową, żeby mówiła dalej. Tsahik patrzyła na Annę wielce wymownym spojrzeniem, nie było w nim wrogości. Odniosła wrażenie, że szamanka w pełni akceptuje fakt połączenia się Anny z jej synem.
- Jak już wspomniałam, to nie ludzie nieba zabili to dziecko i tę kobietę - rozpoczęła. - Poznaję to po ranach, potrafię rozpoznać jaką bronią zadano im śmiertelny cios. To nie noże ludzi nieba przecięły im skórę i wnętrzności, lecz noże Na'vijczyków.
Gdy Tíngay przetłumaczył jej ostatnie słowa, rozległy się pełne oburzenia okrzyki. Czekała spokojnie, aż się wszyscy wykrzyczą. Wiedziała, że wzbudzi spore zamieszanie swoimi słowami. Z niewzruszonym wyrazem twarzy czekała na ciszę. Nawet Tíngay był poruszony, patrzył na nią totalnie zaskoczony.
- Pozwólcie mi wytłumaczyć - powiedziała, gdy nastała względna cisza. - Broń ludzi nieba jest zrobiona z metalu, tnie ciało czysto. Noże Na'vi tworzone są z kości zwierząt, dlatego ta broń pozostawia nierówne i poszarpane rany. Takie właśnie obrażenia znalazłam na ciałach kobiety i dziecka. Dlatego śmiem twierdzić, z całą pewnością, że to ktoś z Na'vi zadał im śmiertelny cios!
Po jej słowach nastała tak gęsta atmosfera, że szło ją niemal kroić! Żaden z Na'vijczyków nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku. Anna czekała, aż przetrawią jej słowa. Tíngay nie wzruszenie trwał u jej boku, obejmując ją mocno ramieniem. Objęła go w pasie, czekając na ewentualne pytania.
- Jak chcesz to udowodnić? - spytała Tsahik.
- Trzeba zbadać miejsce, gdzie znaleziono ciała - powiedziała stanowczo.
- Dobrze - rzekł wódz. - Pojedzie z tobą mój syn i paru ludzi. Niech Eywa rozjaśni twój umysł, kobieto mojego syna!
Odetchnęła głęboko, poczuła jak Tíngay mocno ściska jej ramię. Rozumieli się bez słów, oboje czekali na TE słowa Olo'eyktana. W ten sposób wódz wyraził swoją akceptację dla ich związku.
Wyruszyli niezwłocznie. Anna w pełni panowała nad Pa'li, jechała więc równo u boku ukochanego. Chociaż miał zaciętą minę, uśmiechał się do niej ciepło. Tragedia i jemu odebrała wszelką radość, jechali więc w milczeniu. Dwaj Na'vi, którzy znaleźli ciała, wysunęli się na przód. Badali uważnie ślady, pochylając się mocno z Pa'li ku ziemi. Wtem jeden z nich, ruchem ręki, wstrzymał jadących.
- To tutaj - powiedział. - Widać ślady krwi.
Anna zeskoczyła z wierzchowca, Tíngay podąrzył tuż za nią. Przykucnęli, Anna przyglądała się przez chwilę zdeptanej trawie. Miała zaciętą minę, jakby analizowała cały przebieg akcji. Obserwował, jak w skupieniu bada cały teren. Uważnie przyglądała się źdźbłom trawy, na których było widać ślady krwi.
- Broniła siebie i dziecka jak dzika kocica! - powiedziała po jakimś czasie. - Walka odbyła się w tym miejscu, ziemia jest tu podeptana wokoło. To byli mężczyźni, było ich dwóch. Spójrz, w tym miejscu trawa jest bardziej pogięta. Kobieta i dziecko stali troszkę dalej, widzisz? Zabili najpierw dziecko... W tym miejscu jest mniej krwi, to tu je uśmiercili. Spójrz, tam natomiast krwi jest więcej, to jej krew!
Zamilkła, zdruzgotana. Była chora od tego wszystkiego, ze smutkiem patrzyła na Tíngaya. Nagle kątem oka spostrzegła jakiś przedmiot, leżący wśród trawy. Ostrożnie podniosła go z ziemi, pokazała go ukochanemu.
Był to czarny kamień z białym rysunkiem wężowilka. Zaskoczony, wyrwał jej kamień z ręki.
- Co to jest? - spytała, zdezorientowana jego reakcją.
- To symbol Klanu Znad Północnego Morza - wydusił. - Więc znowu uderzyli!

W niszy panował przytłumiony półmrok, tylko jedna latarnia oświetlała wnętrze. Anna uważnie przyglądała się skamieniałej twarzy Olo'eyktana. Wódz obracał w palcach czarny kamień, który znalazła parę chwil temu na miejscu zbrodni.
- Od bardzo wielu lat panuje spór pomiędzy naszymi Klanami - powiedział po dłuższej chwili milczenia. - Nasze tereny łowieckie mają wspólną granicę, którą oni systematycznie naruszają. Od czasu do czasu dochodzi do starć pomiędzy wojownikami!
- Tym razem posunęli się za daleko - powiedział Tíngay.
- To jakiś absurd! - prychnęła Anna. - Nie możecie się jakoś dogadać?
- Jedynie To... - Olo'eyktan nie zdążył dokończyć zdania. Milcząca do tej pory Tsahik, przemówiła nagle grubym i ochrypniętym głosem:
- Nadchodzi Okres Wielkiego Smutku!
Szamanka upadła na ziemię, wijąc się w konwulsyjnych drgawkach. Pot wystąpił jej na czoło, oczy zaszły bielmem. Anna stała jak skamieniała, Tíngay złapał ją szybko za rękę.
- Moja matka ma widzenie! - wydusił.
- Ogi8eń i śmierć pochłonie wielu!!! - wrzeszczała Tsahik. - Opuszczą swoją ziemię! Ich drogę będą znaczyć trupy i krew! Trupy i krew!!! Obca powiedzie ich przez nieznane krainy...
Szamanka nagle znieruchomiała, Anna odruchowo przypadła do niej. Wtem Tsahik złapała ją za rękę, wbijając boleśnie paznokcie w skórę.
- Wydasz na świat dziecko - powiedziała to tak cicho, że tylko Anna mogła to dosłyszeć. - Z twojego łona zrodzi się Toruk Macto!
Kobieta zemdlała, wycieńczona wizją, zapadła głucha cisza. Obaj mężczyźni patrzyli na nią ze zdumieniem, lecz w ich oczach wyczytała również pewność. Słowa Tsahik dudniły jej w uszach:
"Obca powiedzie ich przez nieznane krainy"... "Z twojego łona zrodzi się Toruk Macto"...
Chciało jej się śmiać, nic z tego nie rozumiała! Cała ta przepowiednia była dla niej jakąś bezsensowną bajeczką! Szamanka musiała się pomylić, to nie mogła być prawda!
"Kim lub czym jest Toruk Macto?" - myślała gorączkowo.
Nagle dotarł do niej prawdziwy sens słów Tsahik:
"Będę miała dziecko!"
Przytłoczyła ją ta wiadomość... Więc do tego została wybrana! Urodzić ważne dziecko dla Klanu i poprowadzić lud Omaticaya! Gdzie w tej całej przepowiedni jest miejsce dla Tíngaya i jego ojca?! To oni powinni poprowadzić Klan, nie ona!
- Nadszedł już czas - stanowczy głos Olo'eyktana wyrwał ją z zadumy. - Najwyższy czas, abyś stała się wojowniczką! Tsahik nigdy się nie myli, musisz być gotowa na wypełnienie woli Eywy!

Tego wieczoru nikt nie zasiadł przy Domowym Ognisku, cały klan uczestniczył w ceremonii żałobnej. Paru Na'vijczyków grało na bębnach, kobiety żałośnie zawodziły przejmującą pieśń. Nawet dzieci były nadzwyczaj spokojnie i nie marudziły. Anna była pod wielkim wrażeniem rytuału, z przejęciem obserwowała śpiewających. Ich smutek i żal wprost ją przytłaczał, jeszcze nigdy nie uczestniczyła w tak przejmującej ceremonii!
Uroczystość trwała do późnego wieczoru, po jej zakończeniu złożono oba ciała do wspólnego grobu. Kobiety i dzieci udały się na spoczynek, natomiast mężczyźni zebrali się wokół ogniska.
- Nie wiem kiedy wrócę - powiedział Tíngay, odprowadzając ją do hamaka. - Przede mną jeszcze nocny rekonesans.
- Uważaj na siebie, proszę! - wydusiła.
- Obiecuję - rzekł, całując ją czule. - Śpij spokojnie moja droga!
Gdy odszedł, ułożyła się w hamaku. Nie mogła jednak usnąć, niespokojne myśli kłębiły się jej w głowie. Wciąż rozmyślała nad przepowiednią Tsahik... Jedna, jedyna myśl spędzała jej sen z powiek. Dlaczego w swojej wizji szamanka nie wspomniała Tíngaya? Usiadła raptownie, hamak zakołysał się niebezpiecznie.
"Muszę coś zrobić!" - pomyślała.
Z bijącym sercem wyszła z hamaka i niezauważona przez nikogo, opuściła Domowe Drzewo. Mogła się udać tylko w jedno miejsce, niepokój pchał ją do celu. Już wkrótce dotarła do Drzewa Dusz, wolnym krokiem podeszła do jego podnóża. Uklękła na ziemi, ujęła w dłoń warkocz a w drugą pęk różowych gałązek. Zamknęła oczy, gdy nastąpiło tsahaylu... Była skołowana, nie wiedziała co ma powiedzieć. tyle myśli kłębiło się jej w głowie! Wzięła głęboki oddech, rozpoczęła swoją modlitwę...
- Wybacz mi moją śmiałość Wszechmatko! Przychodzę do Ciebie z lękiem w sercu! Dziś poznałam do czego mnie wybrałaś Eywo... Twoja wola jest dla mnie święta, poddaję się jej całkowicie! Stawię czoła wszelkim niebezpieczeństwom i poprowadzę lud Omaticaya, kiedy nadejdzie czas! Wiesz o tym, widzisz przecież moje serce! Nie lękam się o siebie Matko, zginę z podniesionym czołem, gdy zajdzie taka potrzeba!
Zamilkła, zbierając w sobie resztki odwagi. Czuła wielki respekt przed Eywą.
- Proszę cię, pomóż mi ocalić Tíngaya! Boję się o niego, może całkiem bezpodstawnie? Ale Tsahik... Jej wizja wzbudziła we mnie niepokój! O Eywo! On jest moją jedyną radością życia! Błagam Cię!!!
Łzy napłynęły jej do oczu, serce waliło jak oszalałe... Stanęła powoli na nogi, zrywając więź z Drzewem Dusz. Sporo czasu upłynęło, zanim zdecydowała się na powrót do wioski.
Postanowiła wrócić do Domowego Drzewa okrężną drogą, niespodziewanie nabrała ochoty na zimną kąpiel. Szybko dotarła na miejsce, woda kusiła przejrzystością i opalizującym blaskiem. Zrzuciła z siebie wszystko to co miała na sobie, nawet sznury muszelek i weszła do rzeki. Dała się unieść nurtowi, leniwie dryfując na powierzchni. Zanurkowała, dłuższą chwilę płynęła pod powierzchnią, rozkoszując się chłodem wody.
Po jakimś czasie poczuła zmęczenie, wyszła więc na brzeg. Niespodziewanie dobiegł ją tętent końskich kopyt i wściekły wrzask jeźdźców... Szybko wskoczyła z powrotem do wody, skrywając się w przybrzeżnych zaroślach. Najpierw obok jej kryjówki przegalopowało dwóch Na'vi, w jednym z nich rozpoznała natychmiast Tíngaya. Tuż za nimi pędziło pięciu obcych Na'vijczyków, Anna zamarła.
"Klan Znad Północnego Morza" - przemknęło jej w myślach.
Gdy tylko się oddalili, szybko wyskoczył na brzeg. Nie miała czasu na ubieranie. Chwyciła tylko przepaskę i koraliki, i popędziła w ślad za nimi. Wiedziała którędy biec, stratowane zarośla wskazywały jej drogę. Nie miała szans ich dogonić, pędziła jednak bez zastanowienia śladem jeźdźców. Nagle dobiegł ją okrzyk pełen bólu, parę metrów przed nią... Zatrzymała się raptownie i z najwyższą ostrożnością podkradła się pod zarośla. To co ujrzała, zmroziło jej krew w żyłach... Towarzysz Tíngaya leżał nieopodal paproci, w których się przyczaiła, z jego pleców wystawała strzała.
Napastnicy osaczyli stojącego Tíngaya ze wszystkich stron, nie miał żadnych szans z ich przewagą! Trzymał ich z daleka od siebie, wymachując wściekłe młynki bolą. Anna rozejrzała się szybko po zaroślach, szukając czegoś do walki ciężkiego do walki. Uśmiechnęła się w duchu, natrafiając dłonią na kawał grubego kija. Spostrzegła, że jeden z Na'vi przyczaił się za Tíngayem z nożem w ręku... Lęk o ukochanego dodał jej odwagi, zacisnęła mocniej dłoń na ladze.
Nie bacząc na swoją nagość, z dzikim okrzykiem na ustach, wpadła pomiędzy wrogów...


C.D.N.
Dołączona grafika
Image
Awatar użytkownika
Tutee
Na'vi
 
Posty: 595
Rejestracja: 17 Maj 2013, 11:05
Miejscowość: Rybnik
Płeć: Kobieta
Punkty reputacji: 15
UżytkownikUżytkownik
Windows XP Firefox

Re: Pandora - moje przekleństwo

Postprzez TheZoooZ » 08 Lip 2013, 12:25

Gdzie grafika? :]

I jak tam zwiecha poszła w zamęt? ;]
Bo w gorszym momencie nie mogłaś przerwać ;))
Awatar użytkownika
TheZoooZ
Na'vi
 
Posty: 875
Rejestracja: 07 Mar 2013, 17:24
Płeć: --Nie wybrane--
Punkty reputacji: 37
UżytkownikUżytkownikUżytkownikUżytkownik
Windows 7 Firefox

PoprzedniaNastępna

Wróć do Wasze prace

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość

cron